Ja nie rozumiem jak można porównywać Metallice i Korn.Johnatan Davis gra inną muzyke niż Metallica i co najważniejsze gra dużo krócej.fieldy pisze:tak jak np. zrobił to Davis
No właśnie i wyobraź sobie ile oni mają fanów na całym świecie. I nagle ci wszyscy fani by sie o tym dowiedzieli. To tak jakbyś powiedział np. fanom barcy, że koniec z ich klubem bo zaczęli grać inną piłke, nie mają gwiazd i są słabi. Na drugi dzień ilość samobójstw w Katalonii wzrosła by niesamowicie. Tak samo Metallica. Co z tego, że niektórym ludziom ten zespół z obecną muzyką nie pasujefieldy pisze:są ikoną, już są legenda - i takie krążki wydają, że głowa boli/Jak już nie potrafią, to powinni zakończyć robote.
Który Ci się jeszcze nie podoba?Ostatnio tylko 1 wydali.fieldy pisze:takie krążki wydają, że głowa boli
fieldy pisze:pomimo ostrego brzmienia ? St.Anger = ostre brzmienie ?
A np.Some Kind Of Monster.Frantic-gdzie tu widzisz coś popowego.
Ja myśle że St.Anger nie jest aż taka zła, żebyś porównywal ją do Wiśniewkiego, amatorów rocka i popowych piosenek.
Ciągnąc to dalej chciałem Ci powiedzieć jak powstała ta płyta;
JAMES HETFIELD opuscił swój zespół na rok w celu kuracji odwykowej.Był on do tej pory pijakiem; przegapił pierwsze urodziny swojego syna polując na niedzwiecie z flaszką. W czasie odwyku Metallica umiera... Jednak nadchodzi powrót Jamsa do domu. Zmienia się- jest bezkonfilktowy i to daje tchenie Metallice.PRAWDZIWY James Hetfield, ojciec, mąż, a nie tylko rozpity Horseman
fieldy Polecam Ci ten film, jeśli chcesz zrozumieć tą płytę i obecną Metallice
Mam też dla Ciebie krótką charakterystykę wszystkich kawałków zaczerpniętą z dobrej strony o metallice; krótka opowieść fana tego zespołu.
Po 9 godzinnym oczekiwaniu pod klubem Traffic w Warszawie dostałem się do wnętrza nowoczesnego budynku. Obecna wszędzie ochrona upewniły mnie co do faktu, iż gdzieś niedaleko siedzą sobie w spokoju James z Kirkiem. Zmęczony przeszedłem pomyślnie cała kontrole, by w końcu ujrzeć tych, na których setki osób łącznie ze mną czekały w prażącym czerwcowym słońcu prawie cały dzień. Jednak niewielu z nich dane było osobiście poznać królów metalu. Wytrwałość, spryt oraz spory fart pomogły mi przekroczyć barierę nie do przekroczenia. Teraz właśnie ½ Metallici podpisywała specjalnie dla mnie małą naklejkę. To miała być nagroda za upór i determinacje. Po tych wszystkich emocjach dotarłem do kas klubu Traffic. Właśnie tam kupiłem limitowaną płytkę CD z DVD. „ Proszę 5 płyt ” – powiedziałem do panienki z kasy. „ Ile ? Pięć ? i pięć plakatów ? ” – ta zdziwiła się ale moja mina wybitnie świadczyła o tym co o niej w tamtej chwili myślałem : „ Boże kobieto to Metallica... nie dziw się tak tylko dawaj szybko „. Po wydaniu około 250 zł poczułem się od razu jakiś lżejszy. Wróciłem do domu, następnie odpaliłem kompa i włożyłem do napędu płytkę z muzą. Wygodnie usadowiłem się w fotelu aby po raz pierwszy od wielu lat posłuchać nowej Metallici. Metallici, której jak się okazało do tej pory nie znałem wcale... i wtedy słowo stało się ciałem a ściślej mówiąc zapowiedź Larsa przeobraziła się w płynący z głośników rwący potok nieokiełznanej perki, zrzęchowanych gitar i diabolicznego wokala.
¨ St. Anger
Wejście perki powala swą mocą. Po sześciu taktach uszy nieprzyzwyczajonych wysiadają. Pierwszy riff i poczułem dreszcze.... Przepraszam czy ci panowie grali kiedyś tak słodko z jakąś symfonią? A może to zupełnie inny zespół... i ta powalająca kosiara... trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr cały czas. Z niepokojem spojrzałem na szyby w oknach, niby nowe i z atestem ale jednak... Nagle stop... całkowicie zmiana tempa.... coś tam skowyczy w oddali.. ach to przecież James z szyją owiniętą świętym gniewem. Odruchowo chwyciłem swoją ale na szczęście była cała. Dochodzi do refrenu... refrenu ?! tu nie można mówić o typowym podziale utworu na zwrotkę i refren.. wszystko jest „ spójne inaczej ”. I znowu kosiara... trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr Boże nie wytrzymam... to jest wręcz genialne... jaki tam new metal ?! To co ci faceci wyprawiają to wirtuozeria metalu. Metalu metalowego rzekłbym właściwie. Muza drążąca całą czachę aż mi się mielina zagotowała. Dendryty powyskakiwały ze swoich miejsc. Szkoda, a dobrze się uczyłem
¨ Frantic
Idźmy dalej... utwór rozpoczynający płytę. Można śmiało powiedzieć, że jest taki jak cały krążek.. połączenie brutalności, agresji, zero melodyjek tylko ciągłe wgniatanie w ziemie... coraz głębiej i głębiej... i ten kawałek bez perki grany gdzieś na 12 progu bardzo chybotliwy rzekłbym J. Na MTV Icon James wpada w trans grając naprzeciw Larsowi... ale nie o tym. W końcu od wielu lat słyszę Jamesa zdzierającego na maksa swoje struneczki głosuweczki... tick tick toooooooooock... – całkowite wycie, rozbiegające się po trzewiach słuchającego. Zaczepistość Frantica przeradza się tez tym, że podczas słuchania aż chce się ryczeć razem z Jamesem. Każdy zauważył to co Lars wyprawia na garnkach... wstęp przypomina stare dobre „Creeping Death”. Rąbanka werbla i crusha... i ten tekst o stylach życia i umierania.... extra. Niby zwolnienie ale to ciągle jazda łamiąca wszelkie ograniczenia prędkości. Aż strach pomyśleć co to będzie na koncertach.... ufff
¨ Some Kind Of Monster
Wstęp spokojniutki na rozluźnienie.... a potem znowu miażdżenie i wejście perki... oraz coś niby pseudo solówka. Całość jest daje doskonałe muzyczne zgranie... nie ma niepotrzebnych pląsów zagubionych nutek. Wreszcie wokal... zadziorny, ostry oraz przesycony nienawiścią. Po pierwszej części refren.... Are we the people ? Chyba sam James o ty nie wie bo nagle słowa Some Kind Monster… i charakterystyczne dla Hetfielda yeah.. pięknie. Długo ciężko, ciężko polecam na gorące piaski polskich plaż – niech wszyscy leżący plackiem obudzą się... Nagle zmiana tempa i inny riff nie za szybki aby dobić do końca. Znowu tomy odzywają się jak stary kałasznikow głos w tle wydobywa się z samych piekieł co oni prawdziwego diabła do współpracy zaprosili ?! No tak.... MONSTER !!!! żyje w każdym z nas a po głosie Jamesa możemy to odczytać.... no a na końcu Hammet drwi sobie z tak ciężkiego repertuaru... Widać, że Kirk czuje się dobrze...
¨ Dirty Window
No tak... początek jak zwykle nawalanka w werbel... Według mnie to jeden z ich najlepszych numerów....ostra zwrotka, szybka ale nie punkowa... pełna ciężkości, tu nie ma miejsca na wersje light.. I ten niby refren tak miły dla ucha z melodyjnym wokalem... jestem pewny, że to dzieło Kirka .. James świetnie moduluje paszczą AND EXECUTIONER TOO no i wyliczanka bardzo Metallicowy zabieg znany choćby z One. Zmian tempa abyśmy nie zapomnieli że to metal J Lars ciągle używa tego oryginalnego werbla... co mu wychodzi na dobre... Riff grany przez Jamesa i Kirka powala prostotą i rytmicznością... aż się chce skakać upppps właśnie uszkodziłem nocną lampelunie – no trudno... a tak przy okazji jutro okna będę mył
Fajnie brzmi to „coś” w co Lars stale nawala podczas refrenu
¨ Invisible Kid
Jak zwykle start na ostrym gazie...z piskiem opon – a propo świetnie słucha się jadąc samochodem pozdrówka dla kochanych panów w mundurkach. Hetfield śpiewa o jakimś niewidzialnym dziecku... no temat całkiem całkiem.... Gitary jak zwykle na tej płycie wydobywaja najmocniejsze power chordy. Refren pełen długiego zaciągania przypomina wycie stada dzikich wilków
¨ My World
Właśnie w tym utworze Metallica wypowiada ostre „fuck off sucker” pod kierunkiem wszytkich tych, którzy pragną narzucić im sposób grania... chłopaki robią to co ich kręci... każda część tekstu stale nam o tym przypomina : „my time”, „my world”.... Perka znowu trzęsie scena... a gitary rozrzedzają powietrze.. kiedy dochodzi do kawałka śpiewanego przy ostrym użyciu przepony mamy jeden z najlepszych riffów na tej płycie... a potem znowu szybkie wejście w perkę i po raz kolejny przeponka się przypomina
¨ Shoot Me Again
Na początek zabawa efektami w wykonaniu Kirka pozwala przypuszczać, iż utwór będzie jakiś lżejszy jeżeli o tej płycie możemy tak mówić. Ale potem gdy gra sam bass całkowicie zmienia się klimat kawałka. No i kolejny doskonały riff wraz z zawodzącym wokalem poprzedzającym urywany refren. Całość doskonale uwidacznia niezależność Metallici. Do chłopaków można strzelać ale to nic nie da. Ich muzyka jest niezniszczalna. Oni nie idą na kompromis –„no compromise”- poczym znowu następuje zmiana tempa i wprowadzenia do bardziej antycznego, egipskiego rzekłbym świata. A wszystko za sprawą niesamowicie zmodulowanego głosu Jamesa. Utwór kończy się w taki sam sposób jak zaczyna tzn. zawalanką Kirka na szpanerskich efektach... taka klamerka kompozycyjna
¨ Sweet Amber
Fajny wstęp ni to blues ni to metal ale potem wszystko jest już jasne... diabolicznie szybki riff budzi uśpione pozorami umysły. Dodatkowy wstrząs daje heavy ciężka perka... rytmiczna zwrotka przy zadziornym, żyletkowym głosie Jamesa świetnie nadaje się do grania na koncertach.. ach i ten refren mówiący o „słodkim bursztynie” totalnie wyciska z nas siódme poty... takie czegoś nie słyszałem od dawna. Mroczność refrenu jest postawione całkowicie w opozycji do utworu. Sprawia to świetnie wrażenie a jeszcze gitarka Kirka daje niesamowite wrażenie jakiegoś pozaziemskiego kopa. Jak zwykle chłopaki zmieniają tempo. Tuz przed końcem mamy ultra szybki riff ala trash... pięknie się kończy tym wolnym „SWEEET AMBEEER”.
¨ The Unnamed Feeling
Nieco wolniejsza partia na tej płycie, co nie oznacza wcale że ma charakter jakiejś ballady. Wręcz przeciwnie nacisk postawiony jest na wokal oraz spójność brzmienia gitar. Zwrotka jest bardzo melodyczna i nawiązuje do intra w dobrym stylu Metallici. Doskonale oddająca charakter perkusja z częstym użycie hi-hetu oraz talerzy bardzo dobrze wypełnia przestrzeń jaka organizują zdystortionowane wiosła. Cały utwór możemy uznać za kobyłę - trwa przecież ponad 7 minut... oj przypominają się stare czasy z „And justice for All”. Dlaczego znalazł się dopiero na 9 miejscu ? Cóż trudno odpowiedzieć na to pytanie. Z cała pewnością spełnia on założenia CD. Jest mocny... „wolny drążyciel” – tak określił go jeden z moich kumpli. Zawsze przyda się na płycie kawałek, który umożliwi odpocząć zarówno grającym oraz słuchaczom.
¨ Purify
To jedyny kawałek na całej płycie, którego wstęp wydaje się być nieco bardziej odciążony. Hetfield śpiewa w sposób bardzo zbliżony do ryku silnika odrzutowca. Doskonały riff następuje po trzech refrenach. Potem znowu mamy dynamiczne wejście perkusji oparte na werblu i kilku talerzach... poprzedza ono wstęp do jeszcze innej bajki- nowego riffu. Wolniejszego aczkolwiek nie pozbawionego spójności z resztą utworu. Jest on w pewnym sensie zaskoczeniem. To po nim następuje koniec całego „oczyszczenia”. Ostro tak jak trzeba, szokując słuchacza. To jednak przedsmak tego co czeka nas w utworze kończącym cała płytę.
¨ All Within My hands
To jest właśnie utwór kończący płytę St. Anger. Oprócz tego, że jest bardzo długi – ponad 8 minut, jest przesycony momentami zarówno spokojnymi jak i pełnymi mrocznej dynamiki. Doskonale pasuje do tej kompozycji głos Jamesa. Jest tak samo zmienny jak muzyka grana przez zespół. Refren składa się z części wolnej oraz wrzeszcącej metalowym brzmieniem. Zwrotka utrzymana jest w klimatach spokojnych, opartych na rytmie wybijanym na tomach. Natomiast kosiara obecna przy refrenie jest wstępem do świetnie zagranego riffu przy słowach „hate me now”. Po dwóch zwrotkach następuje znowu zmiana tempa na szybciutko graną partie power chordów. James się zupełnie nie oszczędza, zgniatając wręcz membranę mikrofonu. „Kill, kill kill, kill” to typowy crowling, po którym mamy niesamowity koniec płyty. Koniec, ukazujący bardzo garażowe granie Metallici na tym CD.
W taki sposób przesłuchałem całą płytkę zespołu Metallica. Zespołu, który udowodnił swój powrót z dalekiej podróży. Szkoda, że akurat teraz zapomniano o starych, dobrych partiach solowych. Dla wielu może okazać się największym mankamentem płyty. Jednak, genialne riffy, niesamowicie ostra perkusja oraz świetny wokal mogą to w pełni zastąpić. Cóż wszystko się zmienia... może na następnej płytce Kirk pokaże wielki talent. Teraz możemy tylko czekać. St. Anger jest nieprzewidywalny oraz zrywający wszelkie konwenanse granej do tej pory muzyki. Dzięki niemu Metallica znowu wróciła na pierwsze miejsce metalowych kapel. Po 6 latach otrzymaliśmy metal w najlepszym wydaniu. Oby tylko zespół znowu nie popadł w jakieś kłopoty i kontynuował swoją działalność. To najlepsza płyta od ponad 7 lat. Ośmielam się twierdzić, iż ciężkością bije nawet Black Album. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć jakie podobieństwa widzą niektórzy między St. Anger a np. Kill’em All. To dwa zupełnie inne światy muzyczne. Metallica ukazała swój święty gniew... drżyjcie bo królowie wrócili....



