O czym mowa? oczywiście o spotkaniach wagi ciezkiej : Katalonia kontra Kastylia, wolnosc przeciwko dyktaturze generala Franco. Barca – Real.
22 pazdziernik. 10 rano. Mój pokoj i moja malo godna uwagi osoba wstajaca z lozka wśród promykow slonca wchodzacych do mojego malego krolestwa. Mija pare minut zanim uswiadomilem sobie przewracajac kartke z kalendarza, ze to Ten dzien. Ten dzien, na który wielu kibicow na swiecie czekalo od momentu ogloszenia terminarzu spotkan w La Liga.
Football Club Barcelona jedzie na Estadio Santiago Bernabeu, żeby zagrac z odwiecznym rywalem z Madrytu – Realem Madryt.
Dzien mija jak kazda niedziela. Nauka, obiad i koszulka Barcelony na sobie. Im blizej spotkania, tym wieksza ilosc adrenaliny i noradrenaliny wytwarzalo moje cialo w ukladzie przywspolczulnym znajdujacym się w autonomicznym ukladzie nerwowym. Godzina 20:30. Wlaczam telewizor i czekam. Paznokci już nie ma, a roznego rodzaju paluszki, chipsy sa na ukonczeniu. „Kiedy to się zacznie?” pytam sam siebie. Godzina 21:00. Na zielonej murawie posrod 70 tysiecy ludzi pojawia się 22 zawodnikow. Od razu moje oczy powedrowaly na pilkarzy w bordowo-granatowych koszulkach. Nagle poczulem radosc: Deco, Xavi i Iniesta w pierwszym skladzie. Frank Rijkaard po raz 1 ustawil swój zespol tak odwaznie, bez twardego i walecznego Motty, czy Edmilsona. „No...będzie zajebiscie” mowie do kumpla siedzacego obok.
Mecz się zaczyna. Ryknelismy jednym gromkim dwuosobowym chorem „Barca” i każdy z nas zatopil się w swoich myslach i modlitwie.
Nasze modlitwy nie zostaly wysluchane. Raul w 2 minucie i „Blancos” wychodza na prowadzenie. A mi i kumplowi w tym samym momencie wyrwalo się „O [k****]”. Zadajemy sobie pytanie : „co jest do cholery?” . Nie mija 10 minut a kapitan „Krolewskich” trafia w poprzeczke.Za chwile genialnie broni Valdes. „Co się kurna dzieje?” . To miala być uczta dla naszego podniebienia i naszej duszy w bordowo-granatowych kolorach. Szczena mi opadla , gdy ogladalem po raz 1 od 3 lat naprawde walczacy Real. A Barca? Po raz kolejny stracila bramke pierwsza i nie umiala się pozbierac. Katalonczycy nie walczyli. Ich postawa odzwierciedlala spokoj jaki panowal przed GD. Cisza w prasie, a prezydenci Laporta i Calderon obsypuja się komplementami. Jednym slowiem sielanka...i tak samo miał wygladac mecz dla Blaugrany. „Wyrosnie mi kaktus jak Real zagra tak jak Chelsea” , „Real jest bez szans” , „Ronaldinho pokaze, ze spadek formy był chwilowy”. Takie i wiele innych, aczkolwiek bardzo podobnych zdan wyglaszali fani Blaugrany w calej Polsce. I każdy z nich się mylil. Ronaldinho kompletna klapa...ale mnie frustruje Brazylijczyk. I pewnie nie tylko mnie. Jestem „sfuldaczony”(synonim slowa zazenowany, wypowiedziany przez pewna kobiete z mojej klasy) jego gra od mniej wiecej pol roku. Gdzie ten firmowy usmiech i niesamowite zagrania elektryzujace caly swiat, wlacznie z fanami Madrytu? Ale ile można pisac o Ronaldinho zlego. Zajmijmy się czyms innym.
„ Van Nistelrooy i gol!!!!” . 2:0. „[k****]”. Po raz enty wyrywa mi się to niekulturalne slowo z mojej szczeki opadlej z wrazenia gry Realu i beznadziejnosci w poczynaniach Barcelony. „Niech to cholera...do wiosny musze znosic to upokorzenie” mowie po meczu do brata.
Ostatni gwizdek sedziego i euforia na stadionie. Real powraca do lat swietnosci, a w Barcelonie slychac coraz czesciej: „kryzys? Co jest z Ronaldinho”? . W ciagu 4 dni 2 wazne mecze, obydwa przegrane w sposób, w jaki Barca nie przegrywala od 2 lat. Bez wiary, prawdziwej walki o zycie. Wszyscy sa zmeczeni? Czym? Soba samym? Warto się tutaj zastanowic czy podpisywanie dlugich kontraktow , kontraktow tak lubianych przez sternika Barcelony ma sens. Nie można grac caly czas na najzwyzszym poziomie, w tym samym skladzie personalnym.
Miejmy nadzieje, ze to było tylko „pyrrusowe zwyciestwo Realu”. „Niech się ciesza, my podniesiemy rece w gescie triumfu na koniec sezonu” – czytam wypowiedz na forum kibica Barcy. 232 GD przeszly do historii. Minal tydzien i echa tego spotkania zniknely tak szybko, jak szybko się pojawily. Może to spotkanie tak naprawde nie było, az takie wazne? Pewnie nie było, ale zwyciezki mecz z Realem to droga do raju. Nawet brak pucharow można wybaczyc, ale nie porazki z Realem Madryt tak faworyzowanym niegdys przez najwiekszego wroga wolnej Katalonii generala Franco.
PS; moze nie napisalem tak jak chcialem , ale tez chyba zle nie jest?



