Pora wykonać jakąś skrobankę w odpowiednim temacie...
WASHINGTON WIZARDS – MILWAUKEE BUCKS 116:111 (33:23, 26:28, 17:34, 40:26)
Jak ja nie lubię takich meczów, tym bardziej kiedy kibicuję jednej z drużyn. Otóż początek zdecydowanie należał do gospodarzy którzy uzyskali bezpieczna przewagę i systematycznie ją powiększali. W II kwarcie przewaga wykosiła ok. 15 pkt by tę część Wizards zakończyli porażką 2 oczek. III część to jak widać zupełna dominacja gości którzy od pierwszych sekund uzyskali 10 punktów przewagi i nie schodzili poniżej tej granicy a nawet znacznie ją powiększyli. Jak się ostatecznie okazało w sumie dobrze że obstawiłem ten mecz jednak w III ćwiartce myślałem że będę mógł sobie rzucić zdeformowanym kuponem do kosza niczym prawie koszykarz czeher do swojego wiadra. Na całe szczęście w IV kwarcie gospodarze ruszyli do odrabiania strat i nie bez problemów zniwelowali ok. 10 pkt przewagi gości, wyszli na minimalne prowadzenie po czym znów lekką przewagę uzyskali zawodnicy Bucks. Ostatecznie w samej końcówce meczu Wizards uzyskali lekką przewagę i zapewne dzięki faulom gości i rzutom osobistym wygrali rónicą aż 5 pkt. Osobiście spodziewałem się że ciut lepiej zagra lider drużyny ze stolicy – Gilbert Arenas i rzuci coś ok. 40 punktów jak w dwóch meczach tego sezonu, jednak ostatecznie zakończyło się na 29 oczkach. Drugim strzelcem co też nie jest żadną niespodzianką był A. Jamison który rzucił 24 pkt. Najlepszym strzelcem Kozłów z 25 pkt był M. Redd.
NEW JERSEY NETS – MIAMI HEAT 106:113 (32:22, 21:21, 22:33, 31:37)
W New Jersey odbył się kolejny mecz z cyklu tych dziwnych. Pierwsza kwarta to dobra gra z obu stron poparta dobrą skutecznością w ataku. Koszykarze gospodarzy swoją przewagę uzyskali głównie dzięki szybkiemu rozgrywaniu piłki i skuteczności ok. 75% w rzutach za dwa oraz trzem trójkom Vince’a Cartera. Zaś po grze Miami można było odnieść wrażenie że chcą tylko gra im nie wychodzi. Do przewagi Nets przyczyniła się przede wszystkim bardzo dziurawa obrona obrońców tytułu i zbyt mało opcji w ataku w przeciwieństwie do agresywnej gry na całym placu w wykonaniu gospodarzy z których niemal każdy swoją grą wnosił coś do meczu, a czego nie było widać u Miami. W II części gra się wyrównała ale przewaga uzyskana z pierwszej części pozwoliła zawodnikom New Jersey na kontrolowanie przebiegu meczu. Zaś początek II połowy to zupełna zamiana rolami z I kwarty. Miami rzuciło się do ataku i dzięki agresywności w grze oraz głównie za sprawą Wade’a i bardzo dobrego pod koszami tego wieczoru Haslem’a łatwo zniwelowali przewagę Nets i wyszli na prowadzenie. Miami sprawiało wrażenie drużyny bardziej dojrzałej w której szeregach każdy koszykarz wiedział jak dokładnie rozgrywać każdą piłkę aby umieścić ją w koszu rywala. Natomiast zawodnicy Nets podejmowali chyba najgorsze jakie można było decyzje i zupełnie nie przypominali drużyny z I kwarty. W ich szeregi wkradł się chaos a kontuzja Jeffersona który po rzucie spadł na stopę SHAQ’a upadając na parkiet oraz rozwalona dłoń Cartera który w walce o piłkę także starł się O’Neal’em nie ułatwiała gospodarzom gry z przebudzonym rywalem. Ostatecznie zwycięstwo odnieśli goście i w ich szeregach można wyróżnić prawie każdego tzn wszyscy się starali jednak jak w każdym meczu tego sezonu bardzo słabo wypadł Mourning i gdyby nie powrót do gry O’Neal’a to losy meczu mogłyby się potoczyć zupełnie inaczej. Co prawda SHAQ nie może zaliczyć tego meczu do udanych zawodząc głównie w ataku to jednak i tak zagrał dużo lepiej niż jego partner z Heat.
HOUSTON ROCKETS – NEW YORK KNICKS 103:94 (26:20, 28:26, 28:20, 21:28 )
D tej pory tylko jeden mecz na swoim dobrym wysokim poziomie w tym sezonie zaliczył T-Mac, a w starciu przeciwko Knicks znów raził wielką nieskutecznością trafiając zaledwie 4 rzuty na 12 oddanych z gry. Dzielnie partnerował mu rozgrywający Rakiet Alston 4/11 z gry. Na całe szczęście w tym sezonie poniżej wysokiego poziomu nie schodzi w tej chwili chyba najlepszy środkowy ligi Yao Ming. Chiński gigant rzucił 35 pkt prowadząc Houstin do trzeciej wygranej z rzędu.
PHILADEPHIA 76ERS – DENVER NUGGETS 101:108 (23:30, 25:22, 20:26, 33:30)
O tym meczu można napisać że zawiódł przede wszystkim Iverson, którego katastrofalna skuteczność uniemożliwiła wygranie meczu. W ekipie gości którzy prowadzili niemal od początku na wyróżnienie zasługuje przede wszystkim jej lider Carmelo Anthony który wyraźnie przebudził się po słabym początku sezonu i walnie przyczynił się do pierwszej wygranej w sezonie rzucając 31 pkt. W ekipie gospodarzy najlepiej punktującym był rezerwowy K.Korver – 23 pkt.
LA LAKERS – DETROIT PISTONS 83:97 (21:27, 16:18, 18:25, 28:27)
Nawet brak Hamiltona w szeregach Pistons nie przeszkodził Detroit w odniesieniu chyba dość łatwej wygranej nad Lakersami mając na uwadze wyniki poszczególnych kwart. Najwięcej punktów wśród zwycięzców uzyskał T. Prince - 31, a wśród pokonanych Bryant - 19 i Odom - 16 którzy raczej nie mogą zaliczyć meczu do udanych mając na względzi ich poprzednie mecz i uzyskane w nich zdobycze punktowe.
INDIANA PACERS - ORLADNO MAGIC 93:83 (27:32, 20:18, 23:13, 23:20)
To kolejny mecz w którym praktycznie przez cały mecz prowadzili goście a wygrali gospodarze. Sam wynik nie odzwierciedla przebiegu meczu w którym decydująca okazała się trzecie kwarta wygrana przez Pacers różnicą 10 pkt. Najlepszym strzelcem gospodarzy był Al Harrington - 32 punkty, zaś wśród gości którzy prowadzili przez ok 3/4 meczu żaden koszykarz nie przekroczył liczby 20 pkt (trzech zawodników zblizyło się do tej granicy) i można powiedzieć że zawiodło największe nazwisko zaspołu Magic Grant Hill - 17 oczek.
Pozostałe dzisiejsze mecze:
TORONTO RAPTORS – ALTANTA HAWKS 102:111
CHARLOTTE BOBCATS – SEATTLE SONICS 85:99
BOSTOn CELTICS – UTAH JAZZ 100:107
PORTLAND – NEW ORLEANS HORNETS 92:91


