Ronaldo będzie cierpiał! Już cierpi - pisze "Marca", komentując pierwszy trening Realu Madryt pod wodzą trenera Vanderleia Luxemburgo. W środę Real dogra 7 min ligowego meczu z Realem Sociedad.
Zabawne jest zdjęcie, które hiszpański dziennik opublikował na okładce. Z przodu mknie trzech graczy (Zidane, Beckham i Owen), a za nimi kilka metrów przerwy i słaniający się na nogach Ronaldo. Zmagający się z nadwagą brazylijski gwiazdor kilka razy wyczerpany padał na ziemię, prosząc o tlen. I tak będzie pewnie do końca tygodnia, bo Luxemburgo zafundował swoim graczom ciężki trening, mający poprawić ich przygotowanie fizyczne.
A tu jeszcze bezlitośnie liga hiszpańska wznawia rozgrywki po świątecznej przerwie. W środę Real gra jako pierwszy - siedem minut meczu z Realem Sociedad, który przerwano w grudniu przy stanie 1:1 z powodu alarmu bombowego. - Wiem, jak wygrać mecz w siedem minut, ale jestem trenerem, a nie cudotwórcą - mówi Luxemburgo, który spotka się ze swoimi piłkarzami w środę rano. Przed dokończeniem meczu z Sociedad Real ma kolejny trening.
A Ronaldo? We wtorek wciąż sapał i dyszał, ale wytrzymał rytm nadawany przez nowego trenera. Tym razem Luxemburgo wyznaczył swojego asystenta Marco Teixeirę, by specjalnie czuwał nad gwiazdorem.
Przy okazji kłopotów Ronaldo hiszpańska prasa przypomina, że Luxemburgo miał już jedną scysję z królem strzelców ostatniego mundialu. Kiedy Ronaldo grał jeszcze w Interze, Luxemburgo powołał go na dwa mecze reprezentacji Brazylii. Ronaldo przyjechał i oznajmił, że klub pozwolił mu zagrać tylko w jednym. "Albo oba, albo wcale" - powiedział selekcjoner. "Jeden" - upierał się Ronaldo. "No to wcale" - stwierdził Luxemburgo, odsyłając gracza do Mediolanu. Do dziś Luxemburgo uważa, że postąpił słusznie, choć podkreśla, że Ronaldo i Roberto Carlos to jego przyjaciele. Zaraz jednak dodaje, że nie mogą z tego powodu liczyć na taryfę ulgową.
Co do transferów Realu, to prezes Santosu dementuje informacje, że sprzedał Robinho (za 18 mln euro). Mówi, że to wymysły hiszpańskiej prasy. Ta z kolei zupełnie się tym nie przejmuje twierdząc, że prezes musi zaprzeczać, bo umowa jest na razie ściśle tajna. Na pewno jednak trwają negocjacje w sprawie sprowadzenia środkowego pomocnika - Duńczyka Gravesena z Evertonu lub Argentyńczyka Javiera Mascherano z River Plate.
Na pewno jednak nikt z nich, ani Ronaldo, Roberto Carlos, ani też Zidane, Raul, Beckham - słowem nikt z galaktycznych nie jest według nowego trenera Realu najlepszym dziś piłkarzem na świecie. A kto? - Proszę o następne pytanie - powiedział Luxemburgo zapytany o to przez gazetę "As". Bo gdyby to był przypadkiem Ronaldinho z Barcelony, to trener Realu nie mógłby się do tego przyznać.
Tymczasem Ronaldinho błysnął po raz kolejny, tym razem poza boiskiem. Telewizja katalońska zaprosiła do programu dwóch ludzi, którzy byli architektami odrodzenia Barcelony w 2004 roku. Obaj: piłkarz Ronaldinho i prezes Joan Laporta zjawili się ze swoimi firmowymi uśmiechami na ustach, ale gdy chciano im założyć korony na głowy, zareagowali zupełnie inaczej. Laporta przyjął trofeum, za to jego piłkarz powiedział, że w takie rzeczy to on się może bawić z dziećmi, a nie z dorosłymi.
Piłkarz zdaje sobie sprawę z tego, że Barca nie jest jeszcze na szczycie, ale ciągle w drodze na szczyt. Tymczasem Laporta zamiast przyjmować laury i hołdy, powinien się zastanowić nad wzmocnieniem zespołu. Ma w kadrze zaledwie 12 pełnowartościowych piłkarzy (Santiago Solari z Realu ma przyjść dopiero po sezonie i to jeśli zgodzi się na pensję znacznie niższą niż 3 mln euro). A w dwunastu nie da się wygrać mistrzostw Hiszpanii i Ligi Mistrzów. Nawet, gdy do walki poprowadzi ich geniusz, taki jak Ronaldinho.



