Artykuły prasowe warte przeczytania

Awatar użytkownika
Yukasz
Basket fan hooligan
Posty: 6363
Rejestracja: 27 sie 2005, 13:17
Reputacja: 0
Lokalizacja: Muzeum Ziemi Podlaskiej, ul. Alternatywy 4, Wiórkowo

Post autor: Yukasz » 16 maja 2007, 2:09

Może kogos to zainteresuje :wink:
Artykuł: Lynn Greer: Dramat idola

Trzy lata temu rozgrywający Idei Śląska Wrocław Lynn Greer był objawieniem nie tylko Polskiej Ligi Koszykówki, ale także elitarnej Euroligi. Gdy wreszcie wywalczył miejsce w wymarzonej NBA, spotkała go wielka tragedia osobista.


Ta historia przypomina scenariusz filmowy melodramatu, typowego wyciskacza łez. Miłość od pierwszego wejrzenia, narodziny synka, wspólne lata na końcu świata, wreszcie zawodowy sukces. Szczęście przerywa choroba i nagła śmierć ukochanej. Tyle tylko, że nikt tego nie wymyślił, a zdarzyło się to naprawdę.

Popularność go peszyła

W listopadzie 2003 roku do Wrocławia przyleciał Lynn Greer. Młody chłopak, wówczas 24-latek, z niewielkimi doświadczeniami w Europie, po obozie z Milewaukee Bucks w NBA, ale ostatecznie bez kontraktu w zawodowej lidze. Szybko stał się prawdziwym idolem kibiców i objawieniem Euroligi, stale uznawano go za zawodnika tygodnia. Sam Greer był speszony popularnością i rolą bohatera. Na parkiecie rządził i dzielił, po końcowej syrenie zmieniał się w cichego i skromnego chłopaka, który myślał przede wszystkim o tym, by szybko wracać do domu.

A miał dokąd wracać, bo ze Stanów Zjednoczonych przyleciała wraz z nim z narzeczona Jillian Pullen, matka jego syna Lynna Greera III.

- Był młodym chłopakiem, ale zawsze podkreślał, że rodzina jest dla niego najważniejsza. Dużo czasu spędzał z Jillian i małym Lynnem – mówi Krystyna Wójcik, żona Adama, dziś koszykarza Prokomu Trefla Sopot, a wtedy, obok Greera, drugiej podpory Śląska. – Trudno powiedzieć, że byliśmy przyjaciółmi, ale kilka razy spotykaliśmy się na wspólnej kolacji. W 2003 roku spędziliśmy razem sylwestra, choć trudno to nazwać huczną zabawą. To było raczej spotkanie towarzyskie w bardzo wąskim gronie. Lynna ani Jillian jakoś nie ciągnęło do wielkich imprez. Widać było, że świetnie się ze sobą rozumieją i dobrze czują w swoim towarzystwie. To była po prostu ogromnie sympatyczna para – wspomina Krystyna Wójcik.

Od pierwszego wejrzenia

Poznali się w kafeterii na Uniwersytecie Tample, gdzie oboje studiowali. Lynn był wówczas na drugim roku studiów, Jillian zaczynała naukę.

- To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zobaczyłem ja i od razu chciałem poznać – mówił Greer dla amerykańskiego dziennika „Jurnaltimes”. Szybko zaczęli się ze sobą spotykać, stali się niemal nierozłączni. – Byliśmy przyjaciółmi, doskonale bawiliśmy się, spędzając czas razem – przyznaje Greer. Jeszcze w trakcie studiów na świat przyszedł ich syn Lynn Greer III.

Lynn miał szanse na kontrakt w NBA, ale nic z tego nie wyszło i musiał wyjechać do Europy. Jillian praktycznie wszędzie była z nim. – Tylko w Grecji, gdzie na krótko trafił przed przyjazdem do Śląska, był sam. Potem narzeczona była razem z nim w Polsce, w Rosji i we Włoszech. Swoje życie całkowicie podporządkowała jego karierze – opowiada Mateusz Jodłowski, polski agent Greera, który wciąż jest w stałym kontakcie z zawodnikiem.

W barwach Idei Śląska Lynn podbił Euroligę, rok później – jako zawodnik Dynama Moskwa – podpisał niewiarygodny kontrakt na 700 tysięcy dolarów za sezon (we Wrocławiu zarabiał 10 razy mniej). Wreszcie latem poprzedniego roku spełniły się jego marzenia i trafił do NBA.

- Zasłużył na to – we Włoszech w bardzo silnej lidze, przed rokiem był niekwestionowaną gwiazdą. W Neapolu, gdzie grał, daliby wszystko, czego by zażądał. Ale z NBA nikt nie mógł konkurować, bo to było spełnienie jego marzeń – przyznaje Jodłowski.

Lynn podpisał dwuletni gwarantowany kontrakt z Milwaukee Bucks. Gdy wydawało się, że teraz czeka go już tylko szczęśliwe życie, zaczęły się problemy zdrowotne Jillian.

- Zdarzały się od czasu od czasu. Jillian brała leki. Czasem pomagały, czasem nie. Myśleliśmy, że bóle związane były z problemami ze wzrokiem. Ale badanie okulistyczne wykluczyło taką teorię. Okulista zalecił wizytę u neurologa – wspomina Greer.

Od radości do tragedii

Diagnoza zabrzmiała jak wyrok – guz mózgu. W grudniu Jillian wyjechała na wschodnie wybrzeże, do specjalistycznej kliniki. Lekarze zadecydowali, że konieczna będzie operacja, którą zaplanowano na 4 stycznia. – W Wigilię rano rozmawialiśmy przez telefon, ale Jillian mówiła, że czuje się bardzo źle. Nawet rozmowa sprawiała jej ból, musieliśmy ją szybko skończyć – wspomina Greer. Wówczas rozmawiał z nią po raz ostatni. Miała 26 lat.

- To szok. Widzieliśmy ją wiele razy i nigdy nie przyszło mi do głowy, że ta dziewdzyna może być poważnie chora – przyznaje Krystyna Wójcik.

- Zadzwoniłem do Lynna z życzeniami noworocznymi, a on był krótko po pogrzebie Jillian. Nie mogłem w to uwierzyć – mówi Mateusz Jodłowski.

Lynn został sam z synem w zupełnie nowej sytuacji. Życie zawodowego koszykarza to ciągłe podróże, wychowaniem Lynna III zajmują się więc rodzice. Greer okazał się jednak nie tylko wielkim sportowcem, ale także wielkim człowiekiem, co najlepiej obrazuje jego podejście do tej tragicznej sytuacji.

- Wierzę w Boga. Wiem, że czasem zdarzają się rzeczy, których nie chcesz, których nawet nie możesz sobie wyobrazić. Nie mam pretensji. Jestem wdzięczny, że spotkałem taką cudowną kobietę, a nasz związek był tak długi i tak udany – mówi Lynn Greer.

W tekście wykorzystano wypowiedzi z artykułu opublikowanego w „Jurnaltimes”

» Źródło wiadomości: Słowo Polskie Gazeta Wrocławska
Michał Lizak "Słowo Polskie * Gazeta Wrocławska"
Artykuł: Potrzeba nam bohaterów

Za nami półfinały, podczas których padło wiele ciekawych teorii: "drużyna gra z sercem", "gracze grają dla kasy". Koszykówka jest w naszym kraju na takim etapie, że ciężko jest od zawodników, tym bardziej zagranicznych, wymagać zaangażowania nawet trochę ponad sportową złość. Trudno dopatrywać się przywiązania do barw klubowych... Pora przypomnieć o dwóch takich co ukradli serca kibicom ze swoich miast.


Dawno temu, za górami i lasami w małej mieścinie w centrum Polski pan Mirek Noculak miał ambicje aby wprowadzić młody klub do I ligi. Poszukiwał wzmocnień a los chciał, że jego wybór padł na młodego gracza RTI Mińsk - Igora Griszczuka. Białorusin w swoim pierwszym sezonie walnie przyczynił się do awansu II ligowego beniaminka Provide Włocławek na najwyższy szczebel rozgrywek krajowych rzucając w barażach średni 28.2 punkty na mecz. W tym samym czasie (czyli w sezonie 91/92) równie młody koszykarz, tuż przed wyjazdem na studia postanowił zdobyć ze swoją drużyną Mistrzostwo Polski. Maciek Zieliński - bo o nim mowa, świętował tym samym swój drugi tytuł z ekipą Śląska Wrocław, siedząc na walizkach do uczelni Providence, której barwy miał reprezentować w lidze NCAA. Provide Włocławek- Providence NCAA, zbieżność nazw jest pierwszą rzeczą, która połączyła tych legendarnych zawodników, ale ich losy krzyżowały się ze sobą przez długie sezony. Niczym artyści ze swoimi warsztatami ścigali się o prymat, a w rzeczywistości pracowali nad wspólnym dziełem-rzeźbiąc kształt oblicza koszykówki w Polsce.

Ktoś może powiedzieć, że pisanie o panu Macieju i panu Igorze jest trochę jak odgrzewany stek. Jednak stekiem tym żywili się przez długie lata fani basketu w całej Polsce. Próżno mówić o statystykach obu graczy. Były one wymieniane już wiele razy, przy wielu okazjach. Trzeba jednak zaznaczyć, że ich najważniejsze osiągnięcia są niemierzalne. Bez tych zawodników nie było by "świętej wojny" Wrocławia z Włocławkiem. Zdobyli oni tysiące punktów, ale jeszcze więcej serc. Zielińskiego i Griszczuka można było nie lubić (w zależności komu się kibicowało), ale obu panów trzeba było szanować. Inni zawodnicy zostawiali zdrowie na parkiecie, oni dla herbów oddali życie.

Griszczuk powiedział, kiedy odchodził do Słupska: "Włocławek to moje miasto, ja tylko zmieniam pracę". Cała Orbita w tym sezonie krzyczała :”Gdzie jest koszulka, hej Śląsku gdzie jest koszulka”, gdy tylko brakowało pod sufitem charakterystycznej "9"-tki. Ja powiem gdzie są następcy...? Gdzie są gracze, z którymi kibice mogli by się utożsamiać.

W obecnym baskecie brakuje nam przywiązania do klubów. Gdzie niedawno były gwiazdy Anwilu Jagodnik i Pluta? Z kim Nordgaard zdobywał swoje pierwsze mistrzostwo Polski? Prezesi mają cele na dany sezon i polityka układana jest na ten okres. Kiedy zawodnik się wypromuje przechodzi po roku do lepszych, często zagranicznych klubów. Czy na to tylko stać zespoły DBE - bycie trampoliną? Czy to sami zawodnicy, w pogoni za kontraktami, muszą zaprzedawać duszę diabłu (lokalnemu rywalowi)? Żadna odpowiedź na pewno nie jest ani prosta, ani jednoznaczna, wszędzie jest trochę winy, jednak gdzie to nas zaprowadziło? Gwiazd mamy coraz więcej, co cieszy, dawni bohaterowie przeżywają renesans, ale czy przeciętnemu fanu basketu nie brakuje generałów boisk, zawodników o niepodważalnym statusie w drużynie. Jagodnik mówił: "To jest nasz zawód, koszykarza. Dzisiaj pracujemy tu, jutro pracujem tam", ale czy to tylko praca... Kibicujmy Dylewiczowi - żeby stał się prawdziwym kapitanem Prokomu ,kibicujmy Chanasowi, aby był drugim Zielińskim. Rober Witka gra teraz w Turowie, być może zdobędzie z nim złoto, ale czy nie został by kolejną legendą włocławskich kibiców zostając w Anwilu. Doczekajmy okresu w którym każdy z klubów będzie miał zastrzeżony numer swojego zawodnika, a każde koszykarskie miasto swojego bohatera! Czy to jest w ogóle możliwe?
Marcin Mazurkiewicz

Wróć do „Kultura, polityka, wydarzenia”