Koszykówka w Polsce

Awatar użytkownika
Yukasz
Basket fan hooligan
Posty: 6363
Rejestracja: 27 sie 2005, 13:17
Reputacja: 0
Lokalizacja: Muzeum Ziemi Podlaskiej, ul. Alternatywy 4, Wiórkowo

Post autor: Yukasz » 18 cze 2007, 17:51

Ciekawy wywiad nie tylko dla kibiców koszykówki :P Polecam :!:

ŻW pisze:Bacik: Koledzy z zespołu sprzedali mecz Anwilowi

Jeden z najzdolniejszych polskich koszykarzy w historii o trenerze sadyście, pruszkowskiej mafii i korupcji. Z Mariuszem Bacikiem, jednym z najlepszych polskich koszykarzy ostatnich kilkunastu lat, rozmawiają Marcin Grzywacz i Marcin Harasimowicz


Jest Pan znany z tego, że mówi to, co myśli, nie owijając w bawełnę. Czy z tego powodu miał Pan podczas swojej kariery więcej przyjaciół czy wrogów?
Raczej tych drugich. Wszystko zależało od tego, czy trafiałem na szczere osoby, czy lawirantów. Ja zawsze wolałem powiedzieć najgorszą prawdę w oczy. Taki już po prostu jestem.

Więc prosimy o szczerość – dlaczego aż 10 lat musieliśmy czekać na awans kadry koszykarzy do mistrzostw Europy? W 1997 roku nasza drużyna, z Panem w składzie, zajęła siódme miejsce. W kolejnych latach spisywała się już tylko gorzej, źle i w końcu fatalnie...
Sprawę zawalili działacze PZKosz. Każde kolejne eliminacje kończyły się porażką, zwłaszcza organizacyjną. Pieniędzy brakowało na wszystko. Nie mam na myśli kasy dla zawodników, bo grać dla ojczyzny to, przynajmniej dla mnie, zawsze był wielki honor. PZKosz nie chciał jednak płacić nawet za ubezpieczenie. Gdybym odniósł kontuzję, w ciągu sezonu nie zarobiłbym pół złotego, bo kierownictwo kadry nie brało za to odpowiedzialności. Brakowało też strojów, butów...

Całe szczęście, że znalazł się – nie waham się użyć tego słowa – zbawiciel polskiego basketu – pan Ryszard Krauze. Rok temu sypnął groszem na reprezentację i od razu awansowaliśmy do ME. Klasowych graczy zawsze mieliśmy. Teraz mamy też dobrego trenera – Andreja Urlepa – i poprawną organizację kadry. Nic dziwnego, że w końcu zaczęła wygrywać.

O polskich poprzednikach Urlepa nie ma Pan zbyt dobrego zdania. Pan pożegnał się z grą w kadrze za kadencji Piotra Langosza.
To prawda. Langosz był kolejnym w panteonie niedoszłych zbawicieli polskiego basketu. Naobiecywał różnych cudów... Na prowadzonych przez niego treningach częściej leżałem na parkiecie, niż po nim biegałem. Nie tylko ze śmiechu. Jego ulubionym ćwiczeniem były... rzuty na piłkę. I to takie, żeby krew z kolan leciała! Część graczy rzucała się rzadziej, inni częściej. Pewnego dnia Langosz oznajmił nam: Panowie, mam dodatkowy budżet. Kto będzie rzucał się najbardziej efektownie, dostanie ode mnie 100 dolarów.

Krzysiek Wilangowski od razu padł na parkiet z takim impetem, że aż w całej hali zadudniło. Langosz na to: Brawo Krzysiu, brawo! Tak trzymać! Na to „Wiluś”: Trenerze, jak pan chce, to mogę jeszcze raz. Dawaj Krzysiu, dawaj! – usłyszał, więc znów walnął z całej siły w parkiet. I jeszcze raz, i jeszcze... Na koniec treningu podszedł do selekcjonera i pyta: Gdzie są moje pieniądze? Langosz zaczął stękać i wymigiwać się, czym tylko rozsierdził Wilangowskiego. Krzysiek spojrzał na niego ostrym wzrokiem i powiedział stanowczo: Trenerze, niech mnie trener nie denerwuje! Należy się ponad tysiąc baksów. Jak ich nie dostanę, zaraz panu przypier... Langosz wystraszył się i wypłacił wszystko. Co do centa. Następnego dnia oznajmił, że dodatkowy budżet się wyczerpał (śmiech).

O okolicznościach Pańskiego rozstania z kadrą krążą legendy. Jak było naprawdę?
Po zgrupowaniu w Cetniewie graliśmy pokazowy mecz w Sopocie. Langosz chciał mi pokazać, kto rządzi, i przytrzymał na ławce przez 38 minut. Po czym zakomenderował: Wchodzisz! Odmówiłem. W efekcie doszło do ostrej wymiany zdań, po której obróciłem się na pięcie i poszedłem do szatni. Zmierzając do niej, słyszałem Langosza, który ujadał, że jestem skończony, że on już mnie załatwi. Ale to były czasy, kiedy grałem w Pruszkowie. Moi kochani kibice dali trenerowi selekcjonerowi wyrazy wdzięczności podczas meczu eliminacyjnego z Czechami. Ubarwili jego marynarkę kilkoma jajami.

Z ostatnich zwycięstw reprezentacji możemy się cieszyć, ale musimy się też martwić tym, że jej losy obchodzą coraz mniejszą liczbę kibiców. We wspomnianym 1997 roku koszykówka była, obok piłki nożnej, najpopularniejszą dyscypliną sportu w Polsce. Od tego czasu zdystansowała ją nie tylko siatkówka, ale także skoki narciarskie, Formuła 1 czy nawet ostatnio piłka ręczna. Kto zmarnował ten boom?
Kluby. Zachłysnęły się sukcesem i nie zrobiły nic, by podtrzymać dobrą passę. To się chyba jednak w końcu zmienia. Jedziemy na mistrzostwa Europy, a kolejne sami organizujemy. Wierzę, że koszykówka w najbliższych latach znów będzie na topie, że coraz więcej młodych Polaków trafi do silnych lig europejskich lub do NBA. To przełoży się na mocną kadrę.

Wróćmy jeszcze na chwilę do przeszłości. Półfinał mistrzostw Polski w roku 2000. Naszpikowany gwiazdami Hoop Pruszków, z Panem w składzie, jest faworytem rywalizacji z Anwilem Włocławek, ale w fatalnym stylu przegrywa mecz numer cztery i całą serię. Co się stało?
Co się stało? Prosta rzecz się stała. Dwóch zawodników ten mecz sprzedało.

Polacy?
Nie, obcokrajowcy. Nie będę podawał nazwisk, bo jeden z nich nadal pracuje w Polsce. Więc gdybym jego nazwisko ujawnił... Sami rozumiecie. O wszystkim dowiedziałem się od drugiego z nich. Spotkaliśmy się kiedyś zupełnie przypadkowo na jednym z lotnisk w Europie. Usiedliśmy w barze i po którejś butelce piwa wszystko mi opowiedział. Przyznał się, że to on i ten drugi tamten mecz po prostu sprzedali.

Za pieniądze?
Tak. Zapłacił im Anwil. Tak usłyszałem po latach od niego, bo sam przecież w nikogo w 2000 roku za rękę nie złapałem.

W polskiej lidze zdarzały się różne „dziwne” mecze. Czy miał Pan wrażenie, że dochodziło do korupcji?
Jak byłem młody i wchodziłem do drużyny, słyszałem rozmowy między zawodnikami, że coś tam można załatwić, że jeśli temu puścisz, od tego dostaniesz.... Ale o szczegółach nie miałem zielonego pojęcia.

Czy wspomniana drużyna z 2000 roku była najlepszą, w jakiej Pan grał w Polsce?
Na pewno jedną z najlepszych. Mieliśmy świetnych graczy i wielkie aspiracje. W klubie były duże pieniądze i olbrzymia presja, a na trybunach wspaniali kibice. Wszystko było na „tak”. Tylko wynik był na „nie”.

Kiedy przychodził Pan do Pruszkowa, o klubie mówiło się, że stoją za nim „chłopcy z miasta”. Dało się to odczuć?
Widywało się różne osoby przy klubie, w hali. Nie jestem jednak w stanie stwierdzić, czy to byli ludzie z miasta, czy tylko spod miasta. Można było tylko podejrzewać.

Najsłynniejszego świadka koronnego III RP („Masę” – przyp. red.) miał Pan okazję poznać?
Tak. Mówiłem mu „dzień dobry” i kilka razy uścisnęliśmy sobie dłoń.

Pewnie miejsca parkingowego pod halą nikt nie miał prawa Panu zająć?
Gdy przeprowadziłem się do Pruszkowa, koledzy w szatni powiedzieli, bym pokręcił się trochę po mieście, pokazał, że to mój samochód, i wszystko będzie OK. Na szczęście nie miałem żadnych niespodziewanych przygód. W ogóle z „chłopcami z miasta” miałem bardzo mało do czynienia. Różne się historie słyszało o tym, co było wcześniej, o ich związkach z pruszkowską koszykówką, ale te wydarzenia miały ponoć miejsce dwa, trzy lata przed moją przeprowadzką do Pruszkowa...

Na mistrzostwach Europy grał Pan już w 1991 roku – w Rzymie. W 1997 roku mówiło się, że wyjedzie Pan do dobrego klubu zagranicznego. Dlaczego został Pan w Polsce?
O ofertach dowiedziałem się od śp. prezesa Bobrów Bytom pana Stankowskiego. Na łożu śmierci wyznał mi: Cieszę się, że nadal grasz w Bytomiu, mimo tylu ofert z zagranicy.

Słysząc to, zdębiałem. Przyznał mi, że kiedyś przyszła propozycja z Maccabi Tel Awiw. Ponoć wykładali za mnie solidne pieniądze. Stankowski nie zgodził się na transfer. Chciał, bym dalej grał w Bobrach. Cóż... Ale niczego nie żałuję.

Grał Pan z Czarkiem Trybańskim w jego ostatnim sezonie przed wyjazdem do NBA. Czy ten transfer był dla Pana zaskoczeniem?
Olbrzymim. Gdyby ktoś chciał się ze mną wcześniej założyć, czy Czarek trafi do NBA, postawiłbym wszystkie pieniądze, że nie ma na to szans. Teraz spałbym pod mostem. Ale cieszę się, że mu się udało. To pokazuje, że przy odrobinie szczęścia, pracy i umiejętności polski koszykarz ma szansę się wybić.

Taki mały przypis z forum którego nigdzie indziej nie ma :arrow:

Jak to w tym półfinale było?
Faworytem półfinału w 2000 roku był Hoop-Pekaes Pruszków. W pierwszym meczu na własnym parkiecie pruszkowianie rozgromili rywala (80:60 - przyp red). Jednak w drugim spotkaniu niespodziewanie zwyciężyli goście (82:87 - przyp red). Fatalnie zagrali wtedy kluczowi gracze gospodarzy: Walter Jeklin i Ainars Bagatskis. Razem zdobyli tylko 3 punkty (dzień wcześniej uzyskali ich aż 25). Dwa kolejne mecze we Włocławku gładko wygrał Anwil (90:79 i 84:61 przyp red) i awansował do finału.


GW pisze:Anwil poda do sądu Mariusza Bacika?

Były koszykarz reprezentacji Polski stwierdził, że w 2000 r. Anwil Włocławek awansował do finału ponieważ zapłacił zagranicznym zawodnikom przeciwnika. Prezes klubu z naszego regionu zaprzecza.
Bacik wspominał wczoraj w wywiadzie dla "Życia Warszawy" półfinał mistrzostw Polski sprzed siedmiu lat. Wtedy jego zespół - naszpikowany gwiazdami Hoop Pruszków - był faworytem meczu z Anwilem Włocławek, ale przegrał w fatalnym stylu najważniejszy mecz. Dzięki temu to zespół z naszego regionu awansował do finału. - Co się stało? Prosta rzecz się stała. Dwóch zawodników ten mecz sprzedało. Obcokrajowcy - nie będę podawał nazwisk, bo jeden z nich nadal pracuje w Polsce. Więc gdybym jego nazwisko ujawnił... O wszystkim dowiedziałem się od drugiego z nich. Spotkaliśmy się zupełnie przypadkowo na jednym z lotnisk w Europie. Usiedliśmy w barze i po którejś butelce piwa wszystko mi opowiedział. Przyznał się, że to on i ten drugi tamten mecz po prostu sprzedali - stwierdził w wywiadzie Bacik. Dodał również: - Zapłacił im Anwil. Tak usłyszałem po latach od niego, bo sam przecież nikoto w 2000 r. za rękę nie złapałem.

Wtedy zagranicznymi zawodnikami Hoopa byli Amerykanie Tyrice Walker i Jeffrey Stern oraz Łotysz Ainars Bagatskis oraz Słoweniec Walter Jeklin - były koszykarz toruńskiego AZS/Elany. Dziś tylko ten ostatni nadal mieszka w Polsce - prowadzi zespół w Warszawie.

Prezes klubu z Włocławka Zbigniew Polatowski: - Bacik chce zaistnieć. Nie może już koszykarsko, więc próbuje medialnie. To co mówi, to nieprawda. Niech z tym może pobiegnie od razu do prokuratury. My jako klub rozważamy podanie Bacika do sądu.



Hmm to się porobiło i ciekawe co z tego wyniknie :think: Jak Bacik się nie narąbał i mówił prawdę a ten koszykarz nie zmyślał to powinno być ostro. Tylko że już trochę czasu minęło a jak coś takiego okazałoby się prawdą to powinni prześwietlić kolejne sezony co będzie bardzo trudne.


Co do sprzedawania meczów to po Pruszkowie chodziły słuchy i podobno niektórzy wiedzą to od jednego z koszykarzy iż drużyna/koszykarze sprzedali siódmy decydujący mecz w finale sezonu 1997/1998 z Zepterem Śląskiem Wrocław. Były to jedne z najbardziej emocjonujących finałów a wtedy Pekaes Pruszków był faworytem całego sezonu. I tak po pięciu meczach prowadził Śląsk 3:2, we Wrocławiu wygrał Peakes a decydujący mecz bez większych kłopotów wygrali koszykarze z Wrocławia. Na trybuny do Pruszkowa Schetyna zaprosił pół Platformy Obywatelskiej :roll:

Pekaes Pruszków - Zepter Śląsk Wrocław 3:4 - 71:76, 65:49, 71:68, 49:66, 66:70, 76:63, 51:63 - system 2-2-1-1-1 czyli 2 mecze w Pruszkowie, 2 we Wrocławiu a później po jednym. Tak mi się przynajmniej wydaje.

A ile w tym jest prawdy to nie wiem :wink:


O chłopakach z Pruszkowa :arrow: pamiętam jak kiedyś po jakimś meczu oczywiście z Anwilem kiedy przyjechali kibice z Włocławka na koniec wpadli chłopaki z Pruszkowa bo tamci za bardzo się stawiali i później uciekali na nóżkach do sąsiednich miasteczek :lol2: Później już Włocławian chyba nigdy w Pruszkowie nie było :(



Polska płonie
Polska płonie
Polska płonie od morza do Tatr
A ja stoję na balkonie i patrzę jak Polska płonie
Wieje wiatr wieje ogniowy wiatr
Polska płonie od Bałtyku do Tatr


:zgon:

Wróć do „Inne sporty”