Metalist 2-3 Everton. Jeśli ktoś uważał, że pierwszy mecz był stresujący to był w błędzie. Rewanż to była masakra.
W pierwszym meczu padł remis 1-1, a okolicznościach nie będę pisał, bo ktoś już mnie uprzedził. Do awansu The Toffees potrzebowali conajmniej remisu wyższego niż 1-1 lub wygranej. I się udało.
Mecz zaczął się fatalnie. Już gdzieś na początku Ukraińcy zdobyli bramkę, a fatalnie zachowała się obrona Anglików. Przegrywaliśmy, a nasza gra wyglądała okropnie - Metalist wciąż napierał. Jednak przed przerwą Everton cudem zdołał wyrównać, a konkretnie Joleon Lescott, który jest najskuteczniejszym piłkarzem The Toffees w tym sezonie. Tak na marginesie to skurczybyk z niego. Szczęście trwało kilka minut, bo zaraz potem znów na prowadzenie wyszli gospodarze. Znów wszystko wyglądało fatalnie i miałem już spore wątpliwości co do szans na awans. A jednak się mile zawiodłem i ładną bramkę zdobył McFadden, a potem jeszcze rywali dobił Anichebe. Coś wspaniałego.
Jednak taki mecz potrafi otworzyć oczy. Everton nie potrafi grać z zespołami z kontynentu, zwłaszcza jak trzeba zaatakować i strzelać gole. W tej drużynie potrzeba jakiegoś rozgrywającego, kogoś kto potrafi zagrać dobre prostopadłe podanie i przetrzymywać piłkę. Sam Arteta nie wystarcza. I w Europie ciągła gra długą piłą praktykowana przez Neville nie ma sensu.
Everton i Bolton awansował, Tottenham też. Za to odpadło Blackburn, które nie dało rady w dwumeczu Larissie.
Dziwi też trochę postawa Saragossa, która nie poradziła sobie z Aris, chodź dziś wygrali 2-1. Z większych niespodzianek to jeszcze wspomniany Ajax, może Dinamo Bukareszt. Fiora się jeszcze dogrywkuje.



