Mi z kolei podoba się Queen w nowym wydaniu. P. Rodgers wnosi (swym charakterystycznym głosem i nie tylko) sporo bluesa, a tego -jeśli choidzi o mnie - nigdy za wiele. Poza tym jest jeszcze inny pozytyw - Rodgers - wokalista zupełnie inny niż Mercury - śpiewa po swojemu, nie stara się naśladować Freddiego i jego stylu. Ale rzeczywiście - co prawda, to prawda - Queen to Mercury, May, Taylor i Deacon.Michał M pisze:Ten trybut dla Freddiego to było naprawdę coś - choć uważam, że na tym koncertowanie Queen powinno się zakończyć, bo Queen to Mercury, May, Taylor i Deacon. Nie więcej, nie mniej



