Jechałem na studia. Droga prosta jak w mordę strzelił, sarny wyemigrowały,wiatr wskazywał mi drogę, 3 osoby w aucie już chrapały. Był poranek, 6;15, a ja z uporem maniaka brnąłem w czeluści ciemnego powietrza. Rozpędzony do prędkości 80 na h ( a tam taki przepis był ) najechałem na coś, co leżało na asfalcie. Z daleka wyglądało jak wiewiórka, śmieć, czy wielka kupa która pozostawiło jakieś wulgarne zwierzę. Zapomniałem, że moja laleczka ma niziutkie zawieszenie, 40 mam sprężynki.
Huk, łomot, krzyk moich pasażerów, ogień z podwozia, huk, smród i pisk opon. Najechałem na ... pozostałość po słupku ostrzegawczym. Taki kółko metalowe, w które wsadza się słupek jak budują drogi. Jakiś kawał skur..na nie zabrał tego z drogi i moja laleczka straciła cnotę. Urwałem cały układ wydechowy
Ot moje małe love story. Cytując słowa Liroya " Jak tu się nie wku...ć kiedy tylu ch... w koło ".
Ave



