Pisakk pisze: trafiłoby idealnie w moje gusta
W moje gusta właśnie trafiło prawie idealnie (prawie bo między innymi bez "Faith") jestem bardzo zadowolony z setlisty.
Ogólnie trudno mi ubrać moje wrażenia z koncertu w słowa a potem wystukać to na guzikach klawiatury do teraz jeszcze jestem otumaniony wielką mocą The Cure. Jak na razie mój najlepszy koncert w życiu (no może trochę krzywdzę w tym momencie równie cudowny Pearl Jam ale nic to) Miejsce też miałem blisko sceny bo dość wcześnie najechałem Torwar. Nie rozumiem tych co wolą miejsca siedzące, no chyba że nie mają nóg albo urodzili się przed II wojną światową.
Trochę popsuły mi humor dwa czynniki. Oczywiście tylko trochę.
- Irytowali inni co niektórzy "niedzielni" fani. Nie znali piosenek oprócz największych hitów i co jaki czas dało się słyszeć ryczenie "CO ONI TERAZ GRJĄ!?" I po co takie coś na koncert lezie?
- Co prawda jestem w stałym związku i na koncercie byłem z moją lepszą (dużo lepszą) połówką (i wcale nie chodzi tutaj o wódkę!) jednak mimo tego moja szowinistyczno-świńska cześć mnie (ten zły franz) kazała mi przeANALizować zewnętrzną powłokę fanek (grupis?) zespołu The Cure, no i w tej materii taki esteta jak ja czuł się wysoce zażenowany. Choć wyjątki się zdarzały ale niestety 50 Cent/Boys/Rubik ma lepsze grupis.
Choć jak na takich dziadków (Robert Smith jest już chyba blisko 50tki) to i tak dobrze. Robercik z roku na rok coraz grubszy ale tapir zawsze ten sam
PS w odpowiedzi na PS (w skrócie PSwonPS): 65daysofstatic może być ale ja jakoś nie mogłem się skupić na słuchaniu ich bo dostałem juz przed The Cure'owej gorączki.
Wybrańcu Bogów zazdroszcze i to chorobliwie!janop pisze: Na razie mam bilet na Radiohead do Berlina.


