Przegrywamy na własne życzenie. Pierwsza połowa, a właściwie jej ostatnie 15 minut były wstępem do drugiej jakże niezłej dla oka gry. Real się rozpędzał a tu nagle gol Davida Villi... Na szczęście szybka odpowiedź Raúl'a, który wykorzystał złe ustawienie byłego madridisty Helguery.
Do przerwy 1:1. Lecz już po niej, Blancos zaczęli przyspieszać. W 56 minucie wychodzimy na prowadzenie za sprawą strzelającego 15 bramkę w tym sezonie La Liga Raúl'a i dobrej asysty nie za dobrze grającego Gutiego.
Potem seria niewykorzystanych sytuacji.
Frajerski faul Canny i 2:2, właściwie z niczego... Później, już nie pierwszy raz w tym sezonie "bicie głową w mur" piłkarzy Realu. Niestety, w 88 minucie piłka zagrana przez Miguela trafia do Arizmendiego, ten mija spóźnionego Canne, wchodzi obok linii w pole karne i ośmiesza Casillasa wychodzącego do wirtualnej wrzutki... Koniec. Valencia zadaje ostateczny cios...
Na uwagę zasługuje naprawdę dobra postawa Fernando Gago oraz Raúl'a. Nieźle zagrał Pepe. Robinho szarpał, Robben to samo... Guti lepiej w drugiej połówce. Canna antybohater...
Bezapelacyjny gracz meczu Hildebrand. Bramkarz Los Ches rozegrał kapitalne spotkanie. Chyba 11 udanych interwencji przy strzałach.
Podsumowując Real Madryt zagrał poprawne spotkanie i na tle ostatnich meczów, te zawody wypadły dosyć dobrze. Liczę na kolejny postęp i zwycięstwo za tydzień z Sevillą.
¡Hala Madrid!



