Mentalność zarówno zawodników jak i działaczy jest bardzo nierozumiała.Ajgor pisze:Wsumie to zależy bo dla niego to lepiej żeby odszedł,ale liga bez Maćka to już nie ta liga przecieżJak ma iść do Trabzonu to przecież w Wiśle lepiej.Niby zarobki mniejsze,ale i tak narzekać nie może i nawet tego nie robi bo na poziomie gość jest,a o poziom jak idzie to nie wiem czy tez Trabzon lepszy.Szymek poszedł i szkoda,ale już prawdziwa by była jakby Maciek poszedł.ŻURAW lepiej zostań z nami
Najpierw przetrzymiją piłkarza tak długo, że broda mu rośnie po kolana, a później, kiedy już jest w ekstazie, sprzedają go do jakiegoś podrzędnego klubu. Znakomity felieton napisał o tym zwolniony z największego brukowca - Paweł Zarzeczny.
16-01-2005-23:39
Chleb i marmolada
Na naszych piłkarzykach polegać można i w środku zimy, zawsze dadzą powody do wesołości. Że Dudek zawalił kolejny mecz, z MU, to normalka. Ale nienormalne jest, że dzwoni do dziennika telewizyjnego i wmawia widzom, że trener jest z tych jego szmat zadowolony. Ciekawe co trzeba w tym Liverpoolu zrobić, żeby zadowolony nie był - kupę na linii bramkowej? No, ale Dudkowi odpuszczam, bo mnie już cokolwiek gościu nudzi. Natomiast nie nudzi mnie jeszcze Kraków ukochany, bo tamtejsza Wisełka ma nowy pomysł - oddać najlepszych zawodników do tureckiego Trabzonu...
Już na pierwszy "słuch" o tym transferze stanęły mi na łbie włosy. Otóż byłem jam ci w Trabzonie (gdziem nie był, czegom nie dokonał - mam to po imć Onufrym Zagłobie, podobnie jak i znaczną tuszę). Powiedzieć o Trabzonie "wiocha" to obraza dla wiochy prawdziwej. Stadion jeszcze jak cię mogę, murowany, parę domów w centrum też, ale już przebudzenia bywają tam koszmarne. Na przykład wygląda człek rano przez okno, a tam stada baranów pędzą od świtu głównymi arteriami. A koło ósmej widać na zabiedzonych ulicach tłumy zakapturzonych dziewczynek, o smutnuch oczach, pędzonych do muzułmańskiej podstawówki - jakież to szczęście, że Maciej Żurawski nie ma córki w wieku szkolnym i w żadnym innym też, podobnie Mirek Szymkowiak! Chłopcy i mężczyźni trabzońscy, zamiast na lekcjach matematyki, przesiadują raczej w licznych herbaciarniach i cały dzień sączą czaj - musi być mocny niemożebnie (jak nasz więzienny), bo trzeba go musowo literkami wody zapijać. Łudziłem się ociupinę, że dla atrakcji wyskoczę choć nad wodę, bliziuteńko, ale tam mnie dopiero zmuliło - błoto po kolana, jakby zderzyły się na plaży przynajmniej trzy tankowce. No, ale przynajmniej poznałem czemuż bajoro to w Trabzonie słusznie zwane jest Morzem Czarnym...
Nie, Boże broń! Da się tam jakoś żyć, mają pyszny chleb z serem, a dolar taki sam jak wszędzie w świecie. Ale jak pomyślę, że taki ma być szczyt marzeń polskiej klubowej piłki i jej gwiazdorów? Czas umierać! Ale z innej beczki - czemu nie ma być bryndzy, skoro za sznurki pociągają u nas dwaj zmyślni menedżerowie, zresztą moi kumple - jeden to mistrz piekarnictwa, a drugi właściciel myjni. Nic nie mam przeciw tym szlachetnym zawodom, ale nie miejmy złudzeń - z taką logistyką daleko tej polskiej piłeczki nie doturlamy.
A skończyła ona właśnie (PZPN) 85 lat! Wiem to, bo zaprosił mnie na obchody mój starszy kolega Kazimierz Górski. Niestety, tylko do szpitala, gdzie znów zmaga sie z chorobą - dzielnie bardzo, ale chwilowo ma zakaz podróżowania. I tenże "Kaz" akurat miał jechać do Krakowa na ważny futbolowy jubileusz. - Co robić? - spytał mnie, swego wieloletniego sekretarza, a ja już miałem gotowy pomysł. Mianowicie napisałem panu Kaziowi długachny wiersz rocznicowy, który pod Wawelem został uroczyście odczytany (ciekawe czy działacze piłkarscy wiedzą jakiemu autorowi co i rusz biją brawo - jam ci jest!). Ale pal licho wiersz, bo rymuję nie lepiej niż Jurek Dudek broni. Ważne to, żeśmy z panem Górskim znów pogadali jaka ta nasza piłka bywała przed wojną, jak to z Brazylią na mistrzostwach świata zrobilismy 4:4 i 5:6 po dogrywce (Kazio wygrał z nimi już po wojnie), jak się za Dziadka Piłsudskiego budowało stadiony i szkoły wychowania fizycznego. I jak ludzie sie szanowali: - U mnie we Lwowie - mówi pan Kazio - w każdej drużynie grał jakiś Niemiec, Rusek, dwóch Żydów, trzech Ukraińców, no i kilkoro Polaków. Wszystko byliśmy koledzy, nam nie potrzeba żadnej Unii było, ani polityki. Ani kasy, bo się zazwyczaj tylko za chleb i marmoladę grało...
Był wieczór, ciemno już za szpitalnym oknem, pan Kazio siegnął po swoją skromną codzienną kolację. Zerkam po co? A to chleb z marmoladą!
I w ułamku sekundy się zadumałem: Pan Kazimierz i polski futbol mają już jakoś tak po 85 lat. Ale od tamtych dawnych dni, aż po dzisiejsze, niby tak wielki postęp w świecie sie dokonał, a u nas nic zupełnie się nie zmieniło.
1919 - 2005. Wciąż to samo w piłce. Chleb i marmolada.
Paweł Zarzeczny



