Artykuły prasowe warte przeczytania

Awatar użytkownika
Mentor
Zajebiaszczo
Posty: 16481
Rejestracja: 28 lut 2005, 13:15
Reputacja: 18

Post autor: Mentor » 29 lip 2008, 14:13

http://wyborcza.pl/1,75480,5494910,Ten_od_wala.html
Dwóch Polaków w historii noszono na rękach na placu Czerwonym. Pierwszym był hetman Żółkiewski. Drugim - ja. Rozmowa z Władysławem Kozakiewiczem, mistrzem olimpijskim z 1980 roku w skoku o tyczce

Po co pan w ogóle tego wała pokazywał?

- A czy ja go zaplanowałem!? To była spontaniczna reakcja na wszystko, co działo się w Moskwie. Oszustwa sędziów, ciężka atmosfera w wiosce olimpijskiej, zachowanie kibiców na stadionie... Nosiłem to w sobie.

W dniu konkursu wszystko było już na ostrzu noża. Wystarczyła iskra, którą okazali się kibice. Gwizdali na wszystkich oprócz swoich. Powiecie, że wszędzie gwiżdżą. Ale uwierzcie - jak gwiżdże 40 tysięcy ludzi, to już jest huk. Zaczynało się niezbyt głośno, ale w miarę pokonywania rozbiegu gwizd narastał. Atmosfera zrobiła się nie do zniesienia.

Mówi pan o oszustwach. Wiedzieliście wtedy np. o tym, że podczas konkursu rzutu oszczepem przed próbą zawodnika ZSRR organizatorzy otwierali bramę stadionu na Łużnikach, bo dzięki temu zrywał się wiatr i oszczep dalej leciał?

- Tak było. A po próbie ich zawodnika bramę znowu zamykano... Ale to jeszcze nic. W Moskwie sędziowie oszukiwali na każdym kroku. Weźmy trójskok. Konkurs powinien wygrać Brazylijczyk Oliveira - rekordzista świata, nie do pobicia. A tu sensacja - wygrywa dwóch Rosjan, Oliveira trzeci. Jak to się mogło stać?! Brazylijczyk oddał tylko jeden ważny skok, pięciu nie zaliczyli mu sędziowie. Ale nie dlatego, że spalił. Załamany chłop pod koniec konkursu to już odbijał się z pół metra przed belką. Tylko że wtedy obowiązywały jeszcze stare reguły, które przy drugim kroku zabraniały dotykania podłoża przez nogę zakroczną. Jak się skakało na żużlu, to po czymś takim zostawał ślad. A na tartanie co? Nic nie widać. Więc Oliveira skakał, lądował daleko, sędzia przy rozbiegu spoglądał w stronę tego przy piaskownicy, ten kręcił głową i dopiero wtedy szła w górę czerwona chorągiewka, że skok niezaliczony. Widać za daleko skoczył, cholera.

Albo taki ruski skoczek w dal - Podłużnyj się nazywał. W eliminacjach spalił wszystkie trzy próby. I co? Dostał... czwartą próbę. Do finału wszedł, a tam zdobył brąz.

Idziemy dalej - dysk. Najlepszy był Schmidt z NRD. Rzuca, mierzą mu rzut. Ale potem rzuca Rosjanin. A dysk się przecież nie wbija w murawę, jak oszczep, ale po prostu odbija od niej kilka razy. No i sędziowie szukali, gdzież się ten dysk odbił... A że znaleźli nie to miejsce, gdzie odbił się po raz pierwszy - kto to wtedy mógł im udowodnić? Cały świat się oburzał na takie rzeczy.

Ale akurat tyczka to wymierny sport, tu chyba trudno o oszustwa?

- Na rozbiegu stoisz 40 m od poprzeczki. Czy tam postawią ci wysokość 5,50 m czy 5,60 - z daleka wygląda tak samo. Mogę sobie tylko myśleć - cholera, te 5,50 jakoś wysoko dzisiaj... Nie mogli swojemu, zamiast 5,70, postawić 5,65, a mnie 5,75? Żaden sędzia z miarką nie sprawdzał, ile naprawdę jest. Zresztą nie tylko o to chodzi. Później się okazało, że wszyscy sędziowie, którzy obsługiwali skok o tyczce, to byli radzieccy trenerzy tej dyscypliny. Wszyscy. Przed skokiem swojego zawodnika rzucali np. trawkę - pokazywali, jaki jest wiatr. Wtedy to było niedozwolone, taka pomoc groziła dyskwalifikacją. Mój trener siedział wtedy na trybunach. Jakby coś mi podpowiedział, zostałbym zdyskwalifikowany.

Do Moskwy nie przyjechało wiele reprezentacji, bojkotując igrzyska po agresji ZSRR na Afganistan.

- Dla nas, sportowców, tematu bojkotu nie było. Zupełnie jak teraz przed Pekinem - sportowiec jest poza tym wszystkim. Każdy z nas przygotowywał się na olimpiadę. Nie chcą jechać - trudno. Olimpiada i tak się odbywa. Też byliśmy przeciwko Ruskim, ten Afganistan też nam nie leżał, ale... Co nas to w tym momencie obchodzi, gdzie jest olimpiada. Przecież nie myśmy wymyślili, żeby była akurat w Moskwie.

W niektórych dyscyplinach bojkot kompletnie przewrócił klasyfikację. Weźmy jeździectwo. Taki Kowalczyk zdobył złoto w skokach, a gdyby byli wszyscy najlepsi - skończyłby w trzeciej dziesiątce. Ale w tyczce akurat startowali wszyscy najlepsi.

A w wiosce olimpijskiej faktycznie było pusto. Cztery lata wcześniej startowałem na igrzyskach w Montrealu. Tam był taki kocioł, że głowa boli. W wiosce wszystko się gotowało, gdy się przechodziło, trzeba było się przeciskać. Tam poznałem np. Fibingerovą - mistrzynię olimpijską w kuli, z którą przyjaźniliśmy się potem przez wiele lat. Spotkaliśmy się na siłowni. Ja tu w leżeniu wyciskam 110 kg, ale ledwo, ledwo - oczy mi z orbit wychodzą. A ona przyszła i to 110 podrzuca seriami. A potem jeszcze przysiady ze sztangą robi. Mówię: "Helena, Jezu, jaka ty jesteś silna". A ona padła mi w objęcia - to był dla niej największy komplement. Jakbym powiedział: "Jaka ty jesteś piękna", tobym po mordzie pewnie dostał. A tak - doceniła szczerość.

W Moskwie na każdym kroku towarzyszyli wam mundurowi - żołnierze, milicja, ochrona. Po tragedii na igrzyskach w Monachium w 1972 roku środki ostrożności były konieczne.

- I dobrze, o to nikt nie ma pretensji. Ale oni przegięli pałę. Tam dochodziło do paranoi. Przykład. W wiosce reprezentacje miały swoje kilkunastopiętrowe bloki. Myśmy mieli taki jeden, z trzema wejściami, dla męskiej części reprezentacji, i gdzieś dalej blok tylko dla kobiet. Powiedzmy, że miałem jakąś sprawę do Mariana Woronina, który mieszkał w klatce obok. Wychodzę z mojej klatki i idę do tej, w której mieszka Woronin. Przecież przez okno nie będę krzyczał. I co? Pilnujący tej drugiej klatki schodowej żołnierz mówi mi, że nie wolno! Jak nie wolno? Z klatki do klatki? Przecież do kolegi idę. "Nie, ty mieszkasz tam, po co do kolegi? To się spotkajcie na dole". Powariowali - myślę - czy co? Oni mieli listy ze zdjęciami sportowców i wiedzieli, kto gdzie mieszka. Mogliśmy się poruszać tylko w swoich klatkach. A i z piętra na piętro nie za bardzo. Na każdym był strażnik i nie-

zbyt mu się takie spacery podobały.

W Montrealu to myśmy 24 godziny na dobę żyli. Nie było minuty wolnego. Jak ktoś skończył startować, to się bawił. W Moskwie też była dyskoteka, ale o 22 zamykali. Opowiadał mi kolega: dyskoteka na całego, a tu o 22 przychodzą i mówią, że trzeba kończyć. Nikt ich nie posłuchał, to wyłączyli światło. Ale komu to przeszkadza - jest muzyka, to można się bawić. To wykręcili korki. Zrobiło się cicho, ciemno, a do sali weszło z 50 chłopa i tak leciutko, delikatnie, krok za krokiem, posuwając się zwartym szeregiem, wypchnęli bawiących się na dwór. Ci nie chcieli się poddawać - jakiś Australijczyk przyniósł magnetofon i zabawa rozpoczęła się na nowo, tym razem już pod chmurką. No to magnetofon też zabrali. I co? Trzeba było iść spać.

Naprawdę dziwnie wyglądała ta wioska. Po konkursie olimpijskim wróciliśmy już po północy. A tam ciemno i cicho tak, że aż strach iść. Ja bym tam chętnie darł mordę ze szczęścia, jakby tylko ktoś się z okna wychylił. A tu nie wolno. W naszym bloku na szczęście cała komanda już czekała - chociaż oczywiście tylko z naszej klatki. Parę szampanów się polało. W końcu było to nasze pierwsze złoto na tych igrzyskach.

Z tego powrotu pamiętam taką śmieszną scenę. Żeby tam wejść, musieliśmy przejść przez bramkę, jak na lotnisku. A tu moja torba robi "piiip". Strażnik pyta, co tam jest. No jak to - wyciągam. A oni - niemożliwe! "Zołotoj, posmatri" - tak sobie ten medal pokazywali.

Mogliście wychodzić z wioski olimpijskiej do miasta?

- To mogliśmy. Chodziliśmy po placu Czerwonym i paru ulicach naokoło. Słyszeliśmy już wcześniej - bo takie plotki po wiosce krążyły - że około 3 milionów mieszkańców Moskwy miało być wysiedlonych na czas olimpiady. Nie wiadomo, gdzie, i nie do końca wiadomo, po co. Może tylko tych biedniejszych, żeby zachodni turysta nie widział biedy w stolicy? W każdym razie faktycznie było dziwnie pusto. W bocznych ulicach, na które nie można było wchodzić, bo odgrodzono je taśmami, widzieliśmy okna zaklejone gazetami. Przygnębiające wrażenie. Jakby cała ulica była przeznaczona do wyburzenia.

Na placu Czerwonym byłem dzień po konkursie olimpijskim, Leszek Fidusiewicz robił mi sesję zdjęciową. Jak mnie zobaczyli polscy turyści, to złapali i zaczęli podrzucać na rękach. I jeszcze do tego śpiewając "Jeszcze Polska nie zginęła". Przy Mauzoleum Lenina! Tam przecież nie można było nawet głośno rozmawiać. Lecąc tak w górę, widziałem, jak w naszą stronę biegną milicjanci, żeby sprawdzić, co się dzieje. Jestem drugim Polakiem w historii, którego podrzucano na rękach na placu Czerwonym. Pierwszym był hetman Stanisław Żółkiewski.

Wróćmy do historycznego konkursu skoku o tyczce. Był pan jednym z faworytów.

- Takich jak ja było jeszcze kilku. W polskiej ekipie, jeśli liczono na medal, to stawiano raczej na Tadka Ślusarskiego, mistrza z Montrealu. Ja wprawdzie pobiłem w maju w Mediolanie rekord świata, skacząc 5,72 m, ale potem miałem kontuzję, a przed olimpiadą mój wynik poprawili dwaj Francuzi, doprowadzając rekord do 5,77.

30 lipca, dzień konkursu. Budzi się pan rano i...

- Zaraz, zaraz... Wcześniej była jeszcze noc. Położyłem się do łóżka o 22, jak należy. No i czekam na sen, a tu nic. Godzina 23, północ, pierwsza. Tak koło pierwszej słyszę, że drzwi skrzypią i po cichu wchodzi Jacek Wszoła - akurat przyleciał, bo startował później ode mnie. "Jacek, pal światło, i tak nie śpię" - mówię. I zaczęliśmy gadać. Położyliśmy się w końcu o piątej, a o 7.30 musiałem już wstać, bo konkurs zaczynał się w południe. Jak wstałem, wpadłem w panikę - najważniejszy start w życiu, a ja w ogóle nie spałem! Wtedy dopiero zacząłem się bać. Poszedłem na śniadanie, ale nic nie mogłem zjeść. Potem było jeszcze spotkanie z dziennikarzami. A oni mi mówią, że w biurze prasowym obstawiali, kto zdobędzie medal, i na mnie... nikt nie postawił. No to dziękuję bardzo. Nie mogłem już zdania złożyć. A spylajcie - mówię. Dół miałem straszny.

Na stadionie treningowym truchtam, robię wszystko, co trzeba, ale bez humoru. Głodny, niewyspany, zdołowany, zdenerwowany. Wchodzę na stadion, wyciągam tyczkę, staję na rozbiegu do skoku próbnego i... - w tym momencie odeszło wszystko. Poprzeczka, rozbieg, założenie, nogi do góry i 5,30 jest! Oddałem tylko jeden próbny skok, bo w Montrealu w drugim rozwaliłem nogę. Teraz poszło dobrze w pierwszym, to po co kusić los. Tyczka do rurki, usiadłem sobie i oglądałem zawody. Tyczka tego dnia jakby w ogóle mnie nie interesowała, pilnowałem tylko swojej kolejki. Zdenerwowanie zeszło całkowicie. Ja - wyluzowany, wszystko wiem, co, gdzie, kiedy, kto i ile skoczył albo w ile pobiegł.

Na rozbiegu nie można było ani kredą, ani plastrem nic zaznaczać. Wszelkie oznaczenia zawodników - z którego miejsca ruszają - musiały stać z boku. Pomyślałem: a jak przyjdzie jakiś Ruski i mi przestawi? Dlatego już w kwalifikacjach wziąłem czarny gruby mazak i na tartanie zaznaczyłem swój początek rozbiegu. Tak grubo namazałem, że chyba do dziś ta krecha jest widoczna na Łużnikach. W każdym razie w finale była. Nikt oczywiście nie wiedział, że to moja, bo mogliby mnie zdyskwalifikować. Za wszystko mogli.

5,35 zaliczyłem w pierwszej próbie. Potem skok po skoku - wszystkie były takie same. 5,50 - w pierwszej próbie. Wtedy też zaczęli gwizdać kibice. 5,55 opuściłem. Skoczył za to Ślusarski i prowadził. 5,60 - ja znowu w pierwszej próbie. 5,65 - oczywiście w pierwszej. Do tego lista startowa tak się ułożyła, że zawsze skakałem jako pierwszy. Po tym skoku już było dobrze. Swój wynik zrobiłem, a tu po kolei wszyscy zaczęli zrzucać. To spokojnie siadłem, zaczynało być bardziej wesolutko, teraz oni musieli skoczyć wyżej ode mnie. Jednym okiem patrzyłem, jak wszyscy po kolei strącają. W końcu 5,65 skoczyło czterech zawodników, ale tylko ja w pierwszej próbie. Czyli prowadzę, ale mogę jeszcze skończyć bez medalu. Następna wysokość - 5,70. Skaczę oczywiście jako pierwszy i... zaliczam w pierwszej próbie. Wielka radocha. I wtedy pokazałem wała. Po raz pierwszy.

Na stadionie żadnej reakcji, nikt tego nie zauważył. Co innego w telewizji. Tam zobaczył to cały świat. A w Polsce miało to znaczenie dodatkowe - wszyscy wiemy, jakie. Polak pokazał Ruskim wała. I to jeszcze w Moskwie!

5,70 już nikt nie skoczył. Został tylko Wołkow, który ostatnią próbę zostawił sobie na 5,75. Z Wołkowem miałem wcześniej takie małe spięcie w Sindelfingen, podczas halowych mistrzostw Europy. Byłem tam czwarty, a on wygrał. Po zawodach podchodzi do mnie i mówi: "No, uważaj, jak do Moskwy przyjedziesz. Nie masz żadnych szans". No to chciałem mu pokazać, jak się mylił.

Tyle że 5,75 ja skaczę pierwszy, a on po mnie. Jak nie skoczę, a on skoczy, może być po złocie. A już tak fajnie było. Stanąłem na rozbiegu, popatrzyłem, pobiegłem. Dokładnie tak samo jak wcześniej - przeleciałem nad poprzeczką, nawet jej nie dotknąłem. I wtedy pokazałem wała nr 2.

Wołkow mógł jeszcze przenosić swoją próbę na 5,80, ale nie, zdecydował się skakać. W górę wyszedł pięknie! Ale tylko w górę, nie było przelotu nad poprzeczką. Wygrałem!

Poprosiłem jeszcze o 5,78. Tak dobrze szło, więc chciałem pobić rekord świata. Udało się, tym razem w drugiej próbie. Pamiętam, że publiczność ciągle gwizdała. Ale już tym razem wała im nie pokazałem.

Tego dnia schudłem cztery kilogramy. Wszystko przez stres.

Kiedy dotarła do pana waga tego wała, którego pokazał pan - jak wielu uważało - całemu Związkowi Radzieckiemu?

- Na początku nie zdawałem sobie sprawy, jak to zostało odebrane. Pamiętam, że po zawodach poszliśmy - Ślusarski, który zdobył ex aequo z Wołkowem srebrny medal, Klimczyk, który był piąty, i ja - do studia telewizyjnego. Program prowadził Hopfer. My opowiadamy , a telewidzowie jeszcze raz widzą nasze skoki. No i wał też leci. W tym momencie mówię: "A to było dla..." i czuję, jak Hopfer kopie mnie pod stołem. A potem sam mówi, zawieszając głos "Tak, właśnie, to było...". I przechodzi do następnego tematu. A chciałem powiedzieć, że to było dla tej publiczności.

Awantura zaczęła się dzień po konkursie. Dowiedziałem się, że Borys Aristow, ambasador radziecki w Warszawie, zadzwonił z pretensjami, że obraziłem cały naród radziecki i trzeba mnie dożywotnio zdyskwalifikować i odebrać medal. Gierek zadzwonił do szefa naszej ekipy Mariana Renke z pytaniem, co się stało, dlaczego pokazałem tego wała. Zresztą Gierek był kilka dni wcześniej u nas w wiosce olimpijskiej i rozmawialiśmy przez chwilę. Życzył sukcesów...

Renke wezwał mnie do siebie i mówi: "Co teraz? Mamy duży problem". Wspólnie zastanawiamy się, co tu robić. A może ja tak normalnie robię, jak wygrywam? A jak biję rekord świata, to już ho,ho. Renke mówi: "A może ręka cię zabolała?". No jak zabolała - przecież dokładnie widać, że to wał. "No tak, ale nie do publiczności, broń Boże - do poprzeczki!". Kombinowaliśmy, co zrobić. Teraz luźno to opowiadam, ale wtedy miałem problem. Przecież nie mogli mi odebrać medalu! Oficjalna wersja w końcu poszła taka - że ja tak normalnie robię, zawsze. Zawsze do poprzeczki, oczywiście.

Uwierzyli?

- Musieli.

A po powrocie do kraju...

- Na oficjalnym powitaniu wracających z Moskwy sportowców to nawet niektórzy dygnitarze na boku klepali mnie po plecach i mówili: "Ale dobrze, że pan Ruskim wała pokazał".

Ale szybko się zaczęło. Np. nie dostawałem paszportu. I nie wiadomo dlaczego: "nie ma paszportu, nie załatwiliśmy ci, nie jest ważny, nie jest jeszcze gotowy". I siedź w domu. A mityngi zagraniczne to była dla nas możliwość dorobienia. Organizatorzy płacili nam startowe pod stołem - różnie, od 100 do 2000 dolarów.

Zresztą ze mną zawsze były jakieś problemy. Ciągle się wychylałem. Pamiętam, jedna z gazet na Zachodzie zapytała mnie, jak to w tej Polsce jest. "Za dużo, żeby umrzeć, za mało, żeby żyć" - mówię. A na drugi dzień duży tytuł na pierwszej stronie. Ale w kraju nic mi nie mogli zrobić, bo byłem za mocny. Cały czas byłem najlepszy.

Za medale mieliście obiecane samochody.

- Za złoto - polonez, srebro - duży fiat, a brąz - mały. Ale na oficjalnym powitaniu sportowców Babiuch już na początku powiedział, że "musimy oszczędzać i nie będzie samochodów". I nic nie dostaliśmy. Wcześniej okazało się jeszcze, że na bankiet nie mogą z nami wejść żony. No i zostały na zewnątrz. Wszyscy chrzanili ten bankiet. W pewnym momencie Jacek Wszoła zaczął pakować sobie do kieszeni kabanosy. Tak ostentacyjnie, żeby wszyscy widzieli. Babiuch do niego z uśmiechem: "Panie Jacku, niech pan je, wystarczy dla wszystkich". A Jacek na to: "Ale tam żona na dole czeka. Od dwóch lat tego nie widziała". Głupio Babiuchowi się zrobiło. Ale żon i tak nie wpuścili.

Ale po igrzyskach ulicami spokojnie pan przechodzić chyba nie mógł?

- Nie można tego z niczym porównać. To było coś niesamowitego, coś pięknego. Idziesz sobie ulicą i wszyscy, dosłownie wszyscy - stary, młody, gruby, chudy - jak tylko cię zobaczą, robią wielkie oczy i zaczynają pozdrawiać. Tak sytuacja: idzie z pracy, objuczona siatami, zmaltretowana, zmęczona kobieta. Nagle patrzy: "Niemożliwe! Kozakiewicz!". Rzuca siatki i robimy niedźwiedzia, buzi-buzi. Bierze siaty i idzie dalej. Coś niesamowitego.

To i pewnie bez kolejki pan kupował?

- W każdym sklepie mogłem. Kolejka straszna, a tu słyszę: "Panie Władku, pan pójdzie tam do przodu". I to wszyscy, jak jeden, chcą, żebym stanął pierwszy. Czy wyście powariowali? Gdzie ja, czerstwy cham, będę przed wami stawał. Ni cholery, mogę sobie postać w kolejce. No i stawałem. Od razu zaczynałem rozdawać autografy, opowiadałem o olimpiadzie. Kolejka znikała, za to wokół mnie robiło się tłoczno. Dopiero jak przyjeżdżał towar, ludzie wracali do kolejki, a ja z nimi.

Pamiętam też taką fajną historię ze Szczecina. Wchodzimy z żoną do rzeźnika kilka minut przed zamknięciem. A tam oczywiście gołe haki. Chcemy wychodzić, ale ekspedientki poznały mnie i mówią, żebyśmy zaczekali, może coś jeszcze znajdą. I wychodzą na zaplecze. Po chwili jedna wraca z podhalańską. Zza drzwi słyszę głos: "Co ty, głupia, swoją oddajesz?". Ale od następnej dostajemy boczek, potem coś jeszcze. Wyszliśmy z pełnymi siatami.

Zresztą ludzie rozpoznają mnie na ulicach do dziś. Starszy idzie z młodszym i słyszę, jak mówi: "O, patrz, to Kozakiewicz. Wiesz kto to?". A młodszy odpowiada od razu: "A, to ten od wała".

Chcąc nie chcąc, stał się pan ikoną "Solidarności".

- Chciałem nawet być kojarzony z nimi. Byłem za przemianami, solidarnie ze wszystkimi. Chociaż trzeba też powiedzieć, że później to za sprawą "Solidarności" wyrzucili wszystkich sportowców z etatów w państwowych przedsiębiorstwach. Tak, tak, "Solidarność" w pewnym okresie zniszczyła sport. Bo my byliśmy wszyscy na etatach. Ja - od 1973 roku w Stoczni Komuny Paryskiej, zatrudniony jako kompletator narzędziowy. Oczywiście nie przepracowałem ani jednego dnia. Ale znałem się ze wszystkimi pracownikami na moim wydziale. W końcu oni za mnie pracowali... Jak przychodziłem po pensję, zawsze ich odwiedzałem z półlitrem w kieszeni. Siadaliśmy, gadaliśmy. Mówili, że jestem równy chłop, bo innych sportowców u nich zatrudnionych to nigdy nie widzą. A tacy piłkarze zarabiali przecież dziesięć razy więcej niż ja.

Gdzie zastał pana stan wojenny?

- W Zakopanem, na zgrupowaniu. To był szok. Ale później wszystko to toczyło się trochę obok nas. My, sportowcy, mimo wszystko cieszyliśmy się większą wolnością. Oczywiście, na początku pewnie mnie pilnowali. Ale jak zobaczyli, że nie jestem jakimś tam anarchistą, to dali spokój. Życie trwało, a my bez problemów wyjeżdżaliśmy na zagraniczne mityngi. Oczywiście ja wyjeżdżałem, jak mi akurat dali paszport.

Początek lat 80. to czas, gdy doping w lekkiej atletyce stał się prawdziwą plagą. Jak było w Polsce?

- U nas zaczęło się przed mistrzostwami świata w Helsinkach, w 1983 roku. Przynajmniej ja się wtedy z tym zetknąłem. Sikaliśmy przez cztery dni do takich dużych butli. Nie mam pojęcia, na co potrzebowali aż tyle tego. Później trzeba było przyjść na wytrzymałościowe badania. Siadało się na rowerze, przyczepili rurę tu i tam i trzeba było pedałować. Po pierwszym teście zbuntowaliśmy się z Tadkiem Ślusarskim. Zaczęliśmy się stawiać - my już po trzydziestce, a wy nas dopiero zaczynacie badać? Odmówiliśmy tego pedałowania - mówiąc szczerze, nie chciało nam się. Wtedy usłyszeliśmy, że jak chcemy się przygotować na mistrzostwa świata, to mamy się zgłosić tam - pokazano nam jedne drzwi - do konkretnego lekarza. Jacek Wszoła, "Ślusarz" i ja odpuściliśmy i nigdzie nie poszliśmy. Uważaliśmy, że nam to niepotrzebne, bo i tak jesteśmy najlepsi. Jak w końcu przyszły wyniki badań, zawołał mnie szef wyszkolenia i pyta: "Co ty bierzesz?". "Jak to co?". "Masz najlepsze badania ze wszystkich, jakbyś się już nakoksował". A ja po prostu mam geny po ojcu - taki czerstwy cham. W życiu nie chorowałem.

Ale na tamtych mistrzostwach w Helsinkach mi nie poszło. Przetrenowałem. W ostatnich tygodniach troszkę zluzowałem i forma wracała, ale nie zdążyła. Byłem ósmy, skoczyłem 5,50. Wygrał Bubka, zaliczył o 20 cm więcej.

W 1984 roku przygotowywaliście się do igrzysk w Los Angeles.

- Wszystkie kraje socjalistyczne po kolei przystępowały do bojkotu: ZSRR, Czechosłowacja, NRD... W końcu z naszego bloku zostały tylko Polska i Rumunia. Pamiętam, że trenowaliśmy akurat na zgrupowaniu we włoskiej Formii i po cichu liczyliśmy, że Polska wyłamie się z bojkotu. W 1984 roku byłem w życiowej formie - szybszy, skoczniejszy, tyczki łapałem na wysokości 5,10 m. Nie było na mnie silnych. Skakałem na trzech mityngach z rzędu 5,70, 5,70 i 5,75.

Byliśmy akurat na obiedzie. Jakiś Włoch leci nagle z wiadomością "Polska zbojkotowała". Przy stoliku siedzieliśmy we czterech - Tadek Ślusarski, Mariusz Klimczyk, Zbyszek Radzikowski i ja. Wszyscy tyczkarze. Zawołaliśmy kelnera: "Una botella vinello" dla każdego. Siedzimy załamani i sączymy to wino. Nagle stół zaczyna latać na różne strony. Patrzymy na to wino - co za czort... Mocne takie czy jak. A z restauracji wszystkich wymiotło. Dopiero po jakimś czasie dotarło do nas, że przeżyliśmy trzęsienie ziemi. Szkoda tej olimpiady...

- Przy pierwszym winie tam, w Formii, myśleliśmy jeszcze, żeby rzucić trenowanie. Ale przy kolejnej butelce stwierdziliśmy, że wracamy do roboty. A igrzysk pewnie, że szkoda. Zwycięzca skoczył 5,75, do brązu wystarczyło 5,65. Gdybyśmy pojechali...

Dla pocieszenia zorganizowano wam Zawody Przyjaźni, w których startowali zawodnicy z tych krajów, które zbojkotowały igrzyska.

- Pojechaliśmy do Moskwy. Ale dla mnie to były żarty, pojechałem, bo musiałem. Mieszkaliśmy w hotelu Rossija. Codziennie siadałem sobie w barze i zamawiałem kilo kawioru, jednego szampana na stół i trzy do lodówki. I cały dzień rąbałem tę michę kawioru. Kilogram kosztował ze 3-5 rubli. Jak ktoś przechodził, zapraszałem do towarzystwa. Na zawodach, które odbywały się na Łużnikach, tych samych, co cztery lata wcześniej, oddałem jeden skok. Skoczyłem 5,50 i spakowałem tyczki. Wygrać i tak bym nie wygrał. Wołkow skoczył wtedy 5,85.

Potrzebna była panu ta manifestacja? Jesienią pana zdyskwalifikowali.

- Ale oficjalny powód był inny. Zresztą absurdalny. Zarzucono mi, że po Zawodach Przyjaźni pojechałem na zagraniczne mityngi bez pozwolenia związku. A ja byłem wtedy kierownikiem ekipy. To jak mogłem nie mieć pozwolenia? Pamiętam, że byliśmy właśnie w Brukseli, gdy przyszło polecenie ze związku, że mam natychmiast wracać. Wezwali mnie przed komisję, ale nie chcieli słuchać moich tłumaczeń. W końcu kazali wyjść z sali, żeby mogli się naradzić. Siedziałem za takimi przeszklonymi drzwiami i wszystko słyszałem. M.in.: "Żeby tylko nie pomyślał, że się go boimy...". No i zdyskwalifikowali mnie na pół roku.

Dyskwalifikacja skończyła się w marcu 1985 roku. Miałem mnóstwo zaproszeń na zagraniczne mityngi. Ale kiedy przyszło do układania planów startowych, dowiedziałem się, że pojadę, jak skoczę 5,70. A skąd ja mogę wiedzieć, czy tyle skoczę? Wściekłem się i na kartce papieru napisałem rezygnację ze współpracy z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki. Oni chyba nie wzięli tego poważnie, ale ja nie żartowałem.

Wtedy zdecydował się pan na ucieczkę z kraju?

- Jaką ucieczkę?! Akurat mieliśmy ważne paszporty, więc całą rodziną, córki miały 5,5 i 1,5 roku, wsiedliśmy do samochodu, tyczki na dach i pojechaliśmy do Niemiec, do znajomego. Nie myśleliśmy o zostawaniu na Zachodzie. Po prostu pojechaliśmy na urlop. Dla mnie pracowity - bo chciałem startować na mityngach, gdzie zarabiałem do 5 tys. dolarów za start. Do PZLA już nie należałem, więc uznałem, że żadna zgoda nie jest mi potrzebna. Poczułem się mocno - jak instytucja.

Wystartowałem dwa razy, napisali o tym w gazetach, no i dotarło to do związku. Natychmiast nałożyli na mnie dyskwalifikację. I wtedy uznano, że uciekłem. Zabrali mi wszystko - zablokowali konta, zaplombowali mieszkanie. Mama i siostra mogły z niego wynieść tylko to, co było pod ręką. Sztućce jakieś... Ojca milicjanci siłą wyprowadzili, bo siedział z siekierą i nie chciał wyjść. Potem jakaś menda w urzędzie wykreśliła mnie z zameldowania. Tak po prostu - długopisem. A przecież to było mieszkanie własnościowe! 140 m kw. na pierwszym piętrze w kamienicy przy Świętojańskiej w Gdyni. Nigdy go już nie odzyskałem. Brat zadzwonił z informacją, że nałożyli mi jakiś podatek - 3 mln zł. Potem z tygodnia na tydzień to zadłużenie rosło - było 7 mln, później 11, dochodziło już do 13. Brat mi mówi: "Tylko nie wracaj do Polski, bo pójdziesz siedzieć".

A do mnie zgłosił się akurat klub z Hanoweru z propozycją, bym dla nich startował. Dawali mieszkanie i 3,5 tys. marek stypendium. Mnie mój macierzysty Bałtyk Gdynia zdyskwalifikował, więc zgodziłem się bez namysłu. Jako zrzeszony w klubie znowu mogłem startować.

I zaczął się pan starać o niemieckie obywatelstwo.

- Po sezonie siedliśmy z żoną i zaczęliśmy się zastanawiać, co robić. Ja jestem urodzony w Wilnie, z rodziców Polaków. Ale Ania mówi, że jej babcia mieszkała w Niemczech. Sprawdziliśmy i faktycznie - dziadek i babcia pochodzili z Zagłębia Ruhry. Żona szybko dostała obywatelstwo, a że byliśmy już więcej niż pięć lat po ślubie, automatycznie również i ja. W kwietniu 1986 roku było po wszystkim. Polskiego obywatelstwa się nie zrzekłem. A z niemieckiego związku dostałem zgodę na starty w mistrzostwach kraju. Trzy razy z rzędu byłem mistrzem Niemiec.

W polskich mediach okrzyknięto pana zdrajcą.

- Wiem, choć sam nie czytałem, żeby się nie denerwować. Rodzina mi mówiła, co o mnie piszą.

Jako obywatel Niemiec mógł pan startować w reprezentacji tego kraju.

- Tak, z wyjątkiem igrzysk oraz mistrzostw świata i Europy. Przepis mówił wyraźnie: jeśli ktoś wystartował w barwach jednego kraju, nie mógł już później reprezentować innego. No, chyba że ten pierwszy się zgodzi, ale Polacy oczywiście się nie zgodzili. A mogłem jechać choćby na igrzyska do Seulu - skoczyłem minimum, 5,70.

Pozostawały mecze międzynarodowe.

- W sumie czterokrotnie wystąpiłem w reprezentacji Niemiec. W takich właśnie meczach.

Ale debiut miał pan mocny - w spotkaniu przeciwko... Polsce.

- To był trójmecz Polska - Francja - Niemcy, 1987 rok. W barwach Polski skakali wtedy Kolasa i Chmara, obaj uzyskiwali ponad 5,80. Niemcy pytali mnie, czy chcę wystąpić. Odpowiedziałem, że z miłą chęcią skopię im tyłki, jeśli tylko dam radę. Była mobilizacja, chociaż tak naprawdę nigdy nie skakałem przeciwko komuś. Dla mnie przeciwnikiem była poprzeczka. Ale startowałem, żeby wygrać. Tych zawodów nie wygrałem, byłem drugi. A Polacy zajęli ostatnie miejsca.

Czuł pan coś specjalnego, wychodząc na stadion w niemieckiej koszulce?

- Emocji nie było, może trochę głupawo się czułem z tą gapą na piersi.

W ostatnich latach kariery stał się pan mentorem dla Siergieja Bubki, już wtedy najlepszego tyczkarza świata.

- Bubka był już mistrzem świata, ale tkwił jeszcze głęboko w ZSRR. Za start na mityngu dostawał 50 dolarów, resztę brali jego "opiekunowie". Ja miałem 3 albo 4 tys.! A chłop skakał po 20 cm wyżej ode mnie, rekord za rekordem. Kiedyś pożalił mi się, że zabierają mu jego pieniądze. To mówię, że mogę porozmawiać z organizatorami, może coś się uda załatwić. "Tylko żeby nikt nie wiedział" - odpowiada.

Idę do jednego i pytam: "Ile zapłacicie Bubce?". A on do mnie, że za niego pieniądze dostaje związek. "To niech związek skacze. Jeżeli Bubka nie dostanie pieniędzy, to nie będzie skakał albo zerówkę zasunie" - czyli nie zaliczy żadnej wysokości. "A ile on chce?". "Piątkę (5 tys. dolarów), a za rekord świata następną...". No i zgodzili się. Jak powiedziałem o tym Bubce, to rwał jak szalony. Jeździliśmy z mityngu na mityng - tam, gdzie ja byłem, dostawał pieniądze. A ja byłem praktycznie wszędzie. Trwało to ze dwa-trzy lata. Pieniądze brałem na siebie i dawałem Bubce do ręki. Trochę zarobił, bo i bił tych rekordów mnóstwo.

Pan karierę zakończył w 1989 roku.

Pan karierę zakończył w 1989 roku.

- We wrześniu, po jednym z moich ulubionych mityngów - w Kolonii. Każdy ma kiedyś swój koniec. Pamiętam dokładnie, kiedy nadszedł mój. Stałem na rozbiegu i czułem się taki zmęczony, nogi już nie chciały chodzić. Pomyślałem sobie: "Po cholerę ja tu jestem, dlaczego muszę tu skakać?". I zrozumiałem, że to koniec. Po zawodach spakowałem tyczki i wróciłem do domu.

Miał pan pomysł, co dalej?

- Wyjechaliśmy z Polski każde z jedną torbą. W Niemczech zaczynaliśmy wszystko od nowa. Nie powiem, trochę udało się zarobić. Jakiś czas można było z tego przeżyć, ale na pewno nie całe życie. Ale sytuację mieliśmy dobrą - żona jest po AWF, tak jak ja. W Niemczech skończyła szkołę rehabilitacji i do tej pory prowadzi praktykę. Mój klub zaproponował mi, bym został trenerem. Przy okazji zostałem też trenerem całego landu. Odpowiadałem tam za skok o tyczce dziesięcioboistów. Po jakimś czasie przyszły wyniki, moi zawodnicy wygrywali mistrzostwa Niemiec - miałem trzy złote medale, dwa srebrne. Zawodników skaczących ponad 5 metrów wychowałem kilkunastu. A w wielu wypadkach zaczynaliśmy od zera.

Zakończyłem tę pracę, bo klub nie mógł już płacić. Otworzyłem wtedy studio fitness. No i poważnie zająłem się menedżerką. Biuro urządziłem w domu - przy faksie. Miałem ponad 30 zawodników z byłego ZSRR - oszczepnicy, kulomioci, biegacze, skoczkowie, płotkarze. Załatwiałem im starty na mityngach na całym świecie, pieniądze, a ja miałem z tego procenty - po 20 od każdego. Dzięki długiej karierze znałem chyba wszystkich organizatorów mityngów na świecie, a że się nie kłóciłem, to i kontakty miałem dobre. To był cudowny okres. Nie musiałem trenować, startować, a po świecie jeździłem tak samo jak wcześniej i tak naprawdę - z procentów od moich zawodników - zarabiałem tyle samo. Siedziałem na trybunach, whisky z colą popijałem, a oni startowali.

Po 1989 roku mógł pan już bez problemów jeździć do Polski.

- Pierwszy raz pojechałem w 1990 roku. Na granicy, jak tylko celnik mnie zobaczył, woła: "Witamy, panie Władku". Kilkadziesiąt metrów dalej żołnierz - to samo. A w drodze do Gdyni za szybko jechałem i zatrzymała mnie drogówka. Podchodzi policjant i: "A pana skąd tu przywiało?! Szerokiej drogi, panie Władku, tylko proszę uważać". Na ulicach Gdyni było podobnie. Wiele osób podchodziło, chciało porozmawiać. Oczywiście niektórzy pytali, dlaczego wyjechałem. Nie oskarżali mnie o zdradę. Zacząłem przyjeżdżać częściej.

Pamiętam spotkanie w Warszawie z okazji 80-lecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Gala olbrzymia, zaprosili wszystkich, którzy jeszcze mogli chodzić. W programie m.in. bankiet z udziałem prezydenta Kwaśniewskiego. Kilkaset osób, pełno mediów. Nałożyłem sobie czegoś na talerz i stanąłem z boku. Wchodzi prezydent z małżonką, pstrykają aparaty, błyskają flesze. Nagle słyszę: "Panie prezydencie, niech pan stanie koło Kozakiewicza". Stanęliśmy, pogadaliśmy. Miałem potem od niego zawsze zaproszenie na kawkę. I skorzystałem.

W Polsce zaczął pan prowadzić interesy.

- Był rok 1994. Szedłem Świętojańską, reprezentacyjną ulicą Gdyni, i zauważyłem, że nad chodnikami po obu stronach wiszą takie haki. Wieszano na nich transparenty, a ja sobie pomyślałem, że można by tam wieszać reklamy. Poszedłem do urzędu miasta i za grosze wynająłem haki na całej ulicy - miałem sześć par. Powysyłałem do firm na wybrzeżu oferty: "Chcecie reklamę? Ja mam haki". Wszyscy wynajmowali, bez względu na cenę. Zarabiałem wariackie pieniądze.

Potem wpadłem na pomysł, jak wykorzystać plac z boku skweru Kościuszki - kolejnego symbolu miasta. Poszedłem do magistratu i załatwiłem dzierżawę. Plac ogrodziłem, wylałem asfalt i tak powstał 400-metrowy tor gokartowy. Kupiłem we Włoszech gokarty i sprowadziłem do Gdyni. W lecie tłumy waliły. Kasa taka, że głowa boli. Te gokarty to był gdyński przebój. Sama prezydent Franciszka Cegielska lubiła sobie ze mną pojeździć. Dziś na miejscu mojego toru stoi Silver Screen.

Po sukcesach w biznesie przyszedł czas na karierę polityczną. W 1998 roku został pan gdyńskim radnym.

- Cegielska odeszła do rządu Buzka, a prezydentem Gdyni został Wojciech Szczurek. To on zaproponował mi start w wyborach. Trochę się wahałem, ale w końcu zdecydowałem, że przez te kilka lat będę dojeżdżał - przez pół miesiąca będę mieszkał w Gdyni, a drugie pół u siebie, w Bissendorfie. W żadnej partii nigdy nie byłem, ale startowałem z listy AWS, jako sympatyk. W wyborach uzyskałem drugi wynik - po prezydencie Szczurku. Ale nie wytrzymałem nawet całej kadencji jako radny. Po trzech latach powiedziałem, że już nie będę dojeżdżał. Nie dam rady. Dostałem w Niemczech propozycję pracy w szkole.

W szkole?

- W gimnazjum w Elze, 65 km od Bissendorfu, w 2000 roku zmienił się dyrektor. Chciał rozwijać sport. Jeden z nauczycieli znał mnie, bo kiedyś trenowałem jego syna i córkę. A ja przecież skończyłem AWF i w Niemczech nostryfikowałem swój dyplom. I tak pracuję - już osiem lat. W ostatnich trzech latach z moimi podopiecznymi awansowaliśmy do ogólnoniemieckich szkolnych finałów lekkoatletycznych, które co roku odbywają się Berlinie. Startują tam najlepsze drużyny z każdego landu. To efekty mojej pracy.

Do Polski pan nie wróci?

- W życiu przeprowadzaliśmy się już kilkanaście razy, czas na stabilizację. Ten dom kupiliśmy dwa lata temu, powoli sam go przebudowuję. Tu już zostaniemy. Poza tym nie chciałbym, tak jak kiedyś, zaczynać wszystkiego od zera.

Źródło: Duży Format

Wróć do „Kultura, polityka, wydarzenia”