Nie ma co płakać nad tym remisem, bo wielkim świątecznym cudem jest, to że Arsenal nie wrócił do Londynu z bagażem 3-4 bramek. Oczywiście strata punktów w takich okolicznościach zawsze boli, ale z perspektywy całego meczu nie zasłużyliśmy na zwycięstwo.
Pierwsza połowa w naszym wykonaniu fatalna, ale nie ma się co dziwić jak gra się przeciwko rywalowi, który jest na fali, a samemu jest się zdziesiątkowanym urazami i zawieszeniami. Już po pierwszych 45 minutach mogło być po zawodach. Bramka z niczego Denilsona, kupa szczęścia i prowadzenie Arsenalu. W drugiej połowie nieco lepiej i dokładnie na tyle nas stać w takim zestawieniu. Z pustego nawet Wenger nie naleje, choćby bardzo chciał.
Przed meczem remis brałbym w ciemno, więc jestem zadowolony, że nasza strata do Villans się nie powiększyła, bo korespondecyjna walka z nimi czeka nas do końca sezonu.



