Ale od początku - Fincher nie miał zielonego pojęcia ze scenarzystami, jak wytłumaczyć przypadek Buttona, a więc... Nie ruszył tego w ogóle. Efekt jest więc taki, że widzimy świat, w którym stawanie się coraz młodszym jest rzeczą zupełnie normalną, nikogo to bowiem nie dziwi. To zresztą jedno z setek niedociągnięć w filmie - wątki pojawiające się z kosmosu, postaci z historią nieopowiedzianą wcześniej, do której nawiązują później, masa historii, których nie sposób ogarnąć w trakcie tak długiego filmu, a które nie wnoszą nic do głównego wątku - katastrofalny scenariusz, nie wiem, kto za niego odpowiadał, ale na litość, to scenariusz adaptowany, tak? Nie dość, że dostali świetną historię, którą trzeba było tylko spisać w formie scenariusza, to jeszcze mieli pełną dowolność w wyborze wątków i kwestii, mogli zrobić coś o wiele lepszego - a schrzanili to makabrycznie.
Aktorstwo? Od Pitta nie oczekuję nic - ot, kolejny piękniś, który grać potrafi najwyżej w bilard. Nie wiem, za co dostał w rolę, który chciał być filmem "ambitnym" (cóż, nie wyszło), bo naprawdę dało się znaleźć kogoś, kto potrafiłby grać na odpowiednim poziomie. Pitt niestety aktorem jest miernym - co udowadnia po raz kolejny.
Jego partnerka aktorką jest niewątpliwie wybitną i na oscara za tę rolę zasługuje, ale... I tak jej nie lubię, brzydka jest.
Ogółem film to zmarnowane ponad dwie godziny z życia (robiłem doń trzy podejścia), polecano mi go niezmiernie twierdząc, że to arcydzieło. Jak się później dowiedziałem - polecający filmu nie obejrzał, li tylko kilka pierwszych minut i poczytał kilka hurraoptymistycznych recenzji (co musieli brać ludzie, którzy je pisali, to ja nie wiem...), a później film przekazał mnie. Żałuję, że tyle czasu zmarnowałem, ale tak to jest, kiedy się chce filmy oglądać do samego końca. Twórcy "Ciekawego przypadku..." chcieli niewątpliwie zrobić coś ciekawego, mieli świetną historię i duże pieniądze, a zrobili mierne dziełko nastawione na zyski, obdarte do cna ze wszystkich wartości emocjonalnych... Twórcy mogą tylko żałować, że film wejdzie do kin po rozdaniu oscarów, bo chyba tylko one - do ludzi przyznających statuetki od dawna nie mam żadnego szacunku, filmowe odpowiedniki Moggiego - przyciągną do filmu ludzi. Jeśli jednak ktoś jest zauroczony historią - niech sobie ją wyobrazi, a do kina nie idzie, bo się rozczaruje.
Ocena?
4/10
Za Blanchett i fabułę, która nawet spieprzona przez scenarzystów i reżysera, i tak jest ciekawym pomysłem.
Współczuję, naprawdę, gustu tym, którzy ten film uważają za arcydzieło. Mroczny rycerz - tak, jestem fanem Batmana, ale to sprawa drugoplanowa - jest filmem stokroć lepszym warsztatowo i ciekawszym. Oscara "Ciekawy przypadek..." może dostać tylko ze względu na brak konkurencji - pozostałych filmów jednak nie znam.



