Weźmy jeszcze pod uwagę fakt, że obie drużyny grały ledwo kilka dni temu, Everton w niemal niezmienionym składzie nie licząc powracających po kontuzji Artetę i Fellaini'ego wracającego z zawieszenia. Składy obu drużyn są też mocno przerzedzone przez kontuzje. Przecież główni napastnicy Evertonu się leczą, Yakubu zerwał achillesa, Saha - wiadomo jak to z nim jest, a Vaughan znów sobie poskręcał kolana. Dużo o problemach Moyesa mówi wyjściowa jedenastka jaką wydelegował do gry, a konkretnie brak jakiegokolwiek nominalnego napastnika (za którego występował Cahill i pomagał mu Fellaini) oraz obecność w składzie takiego wirtuoza futbolu jak Tony Hibbert, którego kompletnie nie trawię.
A skoro mowa o środku pola to Arteta natomiast mi się podobał. Fellaini też swoje grał, ale nie wszystko wychodziło. A pomimo straconej głupio bramki w ostatnich minutach to muszę powiedzieć, że Jagielka skała w obronie, świetnie się go ostatnia ogląda.
A Arsenal również wiadomo jak się mają sprawy. Zresztą ostatnio raczej nie idzie Wam najlepiej. Jak i przez większość sezonu. A szkoda.
Mecz pewnie nie był najciekawszy, ale z perspektywy kibica The Toffees raczej nie powinienem płakać. Jeśli idzie o sam wynik, bo jak Cahill wypadnie na dłużej (Tfu! Odpukać!) to umrę tej nocy.



