http://rafalstec.blox.pl/2009/03/Jeszcz ... ngela.htmlW poniedziałkowej „Gazecie Sport” rzuciłem intrygujący i, jak sądziłem, bardzo istotny dla naszego futbolu temat do rozmowy dyrektorowi sportowemu PZPN Jerzemu Engelowi. Engel odpowiedział natychmiast. Niestety, wymijająco. Jego tekst opublikujemy w „Gazecie Wyborczej” - chyba dziś, choć pewności nie mam - wraz z poniższą ripostą. Znużonych bywalców bloga przepraszam za kontynuację tej jałowej szarpaniny, ale temat zdaje mi się zbyt ważny, by przestać. Tutaj trzeba cierpliwości:
Panie trenerze, czytał pan mój list z osłupieniem, ja czytałem odpowiedź z przykrością i rezygnacją. Ma pan świętą rację - nie jestem w sprawach szkolenia kompetentny. Dlatego spytałem fachowca. Spytałem, dlaczego polscy futboliści nie są w stanie robić karier na europejskim rynku, dlaczego sprawiają tam wrażenie niedouczonych i nawet jeśli ktoś ich zatrudni w mocnej lidze, to prędko ich wypędza. Moim zdaniem to pytanie dramatyczne, warte głębokiego namysłu intelektualnego lidera polskiej myśli szkoleniowej.
Niestety, w klasycznym pezetpeenowskim stylu puścił je pan mimo uszu. (Tak jak po Euro 2008 cały związek zignorował apel „Gazety" o import kompetentnego obcokrajowca, by jako dyrektor sportowy pomógł nam zbudować system szkolenia). Pański tekst ma wysoką wartość poznawczą, bo doskonale oddaje sposób myślenia ludzi rządzących - na jej nieszczęście - polską piłką, a zarazem zerową wartość merytoryczną, bo nie stanowi choćby próby odpowiedzi na moje pytanie. Ale niech tam, spróbuję jeszcze raz. Powoli, słówko po słówku.
Wcale nie „zapałałem miłością do piłkarzy, którzy urodzili się w Serbii”, ja tylko żałuję, że to oni, a nie Polacy, błyszczą w megahitach Ligi Mistrzów. Wcale nie zapomniałem, że nasza reprezentacja wyprzedziła Serbów w eliminacjach do Euro 2008, ale żałuję, że to oni, a nie Polacy, wynegocjowują najwyższe kontrakty w Europie. (Niech pan zapyta naszych zwycięskich kadrowiczów, czy nie zamieniliby występów w prowincjonalnych ligach na Manchester United). Nie obrażam nigdzie Wisły Kraków, ale żałuję, że to Partizan Belgrad, a nie nasze kluby, zarabiają na transferach fortunę. Wskazuję też na fatalny stan boisk treningowych, niejednokrotnie pisałem - również w swojej książce - o kiepsko wynagradzanych trenerach młodzieży, na których pensjami pan boleje. Pan jako dyrektor PZPN zarabia jednak troszkę okazalej - 20 tys. złotych miesięcznie - więc pomyślałem, że warto spytać, co można naprawić, by nasi piłkarze potrafili rywalizować z zagraniczną konkurencją. By np. w lidze włoskiej nie padały dziesiątki goli strzelonych przez Albańczyków lub Macedończyków, przy zaledwie jednym w ostatniej dekadzie wypoconym przez Polaka.
Dowodów, że emigranci z 38-milionowego kraju radzą sobie marniej niż zawodnicy ze wszystkich liczących się (i mniej liczących się) krajów europejskich, jest bez liku. Przyczyn takiego stanu rzeczy też. Od pana oczekiwałem, że znajdzie pan te, za które pan odpowiada, czyli związane ze szkoleniem. Czy niewłaściwie dbamy o rozwój techniczny młodych? Taktyczny? Mentalny? Fizyczny? A może występuje jakiś złożony defekt, na który nie zwróciliśmy dotąd uwagi? To materiał na dysertację bliską Nobla, a co najmniej wnikliwy, pracochłonny raport.
Niestety, pan się na rzucony przeze mnie temat nawet nie zająknął. Woli pan wmawiać, że „nie widzi nawet kilku drużyn z większym potencjałem” od reprezentacji Polski. (Mógłby pan tę elitę elit - z większym potencjałem - wskazać?) Woli pan przechwalać się, że „polska szkoła trenerów nie bez przypadku uważana jest za jedną z najlepiej pracujących w Europie?” (Mógłby pan podać, przez kogo jest uważana?) Woli pan biadać nad bezradnością PZPN, choć wydający ligowe licencje związek mógłby np. zmusić kluby do szkolenia młodych, zadbania o jakość boisk treningowych etc. Woli pan wreszcie opowiadać - wytłuścił pan ten passus! - o palmie na czubku głowy, którą ponoć „publicznie demonstrowałem”.
Kwestii palmy, jako kluczowej, mimo zażenowania pominąć nie mogę. Otóż mnie, jeśli mogę na chwilę kucnąć na zaproponowany poziom debaty, pański wąs się podoba. Kiedy go widzę, staje mi przed oczami były trener Realu Madryt Vicente del Bosque, również wąsacz. Szczerze panu życzę, by w przyszłości z Realem łączyło pana jeszcze coś więcej. A skąd wiem, że kwestia palmy jest kluczowa? O tym, że giganci polskiej myśli szkoleniowej szczególną uwagę zwracają na czubki głów, dowiedziałem się po Euro 2004. „Gazeta” spytała ich wówczas o wnioski z turnieju, które podniosą jakość polskiej piłki. Antoni Piechniczek (wtedy Przewodniczący Rady Trenerów PZPN, dziś wiceprezes PZPN od spraw szkolenia - ciekawe, jak dzielą się panowie kompetencjami) powiedział m.in.: „Triumf Greków pokazał, że nie ma rzeczy niemożliwych. Czy Polacy mogą być na ich miejscu? Wątpię. U nas nie ma atmosfery ciężkiej pracy. W lidze jeszcze nie zaczną na dobre grać, a już są zmęczeni. Na boisku panuje rewia mody, jeden ma czerwone włosy, drugi zielone. A czy na Euro ktoś miał czerwone włosy? Piłkarze wyjeżdżają za granicę, skąd wracają po roku z podkulonym ogonem. To też jest problem.”
Wiceprezes Piechniczek nazwał wówczas ów „problem” nawet dobitniej niż ja. Nie wiem, czy jego również zruga pan za to, że obraża naszych zawodników, pisząc, iż „wracają z podkulonym ogonem”. Nie wiem też, ile mogę się spodziewać po fachowcu, który z mistrzostw Europy zapamiętuje głównie kolor fryzur. Piechniczek pił prawdopodobnie do Mirosława Szymkowiaka, bo tylko on pośród ówczesnych kadrowiczów pofarbował włosy na czerwono. Ja jednak wciąż powątpiewam, czy Szymkowiak osiągnąłby więcej, gdyby ich nie farbował. To jak z pańskimi wąsami - one nie wystarczą, by było lepiej. Stękanie na brak kasy też nie. Tu trzeba ruszyć głową.
Widac Stec tez nie chodzil do gimnazjum


