Nie wklejam wszystkich peanów na cześć Barcelony, ale ten tekst postanowiłem tutaj wrzucić bo Stec akurat policzył to co sam chciałem niedawno liczyć. Poza tym jakby ktoś miał ochotę to można powspominać sobie jakieś cudowne teamy czy też duety/tercety z przed lat.Barcelony tercet sensacyjny
Musimy coś wygrać, bo nie pozostanie po tym wszystkim żaden ślad - kwituje kolejne zniewalające popisy Barcelony Josep Guardiola. Młodziutki trener musi się ostatnio skupiać na najprzyjemniejszej chyba w tym fachu robocie: pilnowaniu, by komplementy nie otumaniły piłkarzy aż do zapomnienia, że najcenniejsze trofea dadzą tylko krew, pot, łzy i autentyczny respekt dla przeciwnika. Zwłaszcza trofea, których dopaść chcą konkurenci formatu Realu Madryt, Chelsea, Manchesteru United etc. Dlatego słowa Guardioli doskonale rozumiem.
Rozumiem, ale zawartej w nich tezy nie podzielam. Co się nie stanie w najbliższych tygodniach, nie zatrze śladów po tej niesamowitej drużynie z sezonu 2008/2009. Jest już za późno, Katalończycy zachwycają zbyt intensywnie i długo, byśmy ot tak, po byle porażce (w półfinale Ligi Mistrzów np.), wyrzucili z pamięci ich arcydzieła. Jaźń prawdziwego entuzjasty futbolu mieści jeszcze coś poza rejestrem zwycięzców, a Barcelona oddziałuje nawet - słowo honoru, wiem z autopsji - na nieszczęśników, którzy abstrakcyjnej urodzie kopaniny zazwyczaj nie ulegają. Krwi, potu, łez i respektu dla przeciwnika właściwie nie widać, widać tylko uwodzicielską lekkość, bajeczną wirtuozerię, beztroskią uciechę z hulania po cudzym polu karnym. W sobotę piłkarze Guardioli strzelili 87. gola w lidze hiszpańskiej (i 132. we wszystkich rozgrywkach!), co już dziś, na dwa miesiące przed końcem sezonu, czyni z nich rekordzistów Primera Division w XXI wieku. I sprawia, że nawet gdyby od jutra znienacka zaniemogli, z mozołem ciułali następne bramki i w ogóle zaczęli patałaszyć na potęgę, to zostaliby prawdopodobnie najskuteczniejszym zespołem bieżącej dekady we wszystkich czołowych europejskich rozgrywkach. Na szeroko ujętym szczycie wytropiłem ledwie jeden wyczyn okazalszy - PSV Eindhoven w sezonie 1999/2000 strzelało na holenderskich boiskach średnio 3,1 gola na mecz.
Nie przypominam sobie natomiast grupki atakujących o osiągach okazalszych niż dorobek tercetu Leo Messi - Samuel Eto'o - Thierry Henry. Pichciła swego czasu Barca „fantastyczną czwórkę” (jak reklamowano wymienionych wraz z Ronaldinho), ale wyszedł zakalec. Teraz afektowanych propagandowych sloganów nie było (słyszeliśmy raczej utyskiwania, że Francuz się jako wybitny snajper skończył, oraz doniesienia o rychłym odejściu Kameruńczyka), a wyszła plująca bramkami mikstura, jakiej futbol naszych czasów dotąd nie poznał. Messi, Eto'o, Henry - każdy wywiera presję na rywalu do utraty tchu, każdy broni z nadzwyczajną u napastnika zadziornością, każdy uwielbia współpracować z partnerami, każdy młóci gola za golem. Każdy też utrzymuje się nieustającym ruchu - wyskakiwać nad obrońców i strzelać głowami raczej nie umieją, wolą dryblować, przechytrzać, uciekać. Ich zbiorczych statystyk (już 85 trafień w sezonie!) nie warto nawet porównywać z innymi ofensywnymi tercetami, można co najwyżej przeciwstawić im całe drużyny. I to najsilniejsze. Gdyby zsumować strzelecki dorobek z Ligi Mistrzów i lig krajowych, europejska czołówka wyglądałaby tak (nie wliczam Barcy, która ze 119 bramkami byłaby bezdyskusyjnym liderem):
1) Bayern 82 gole
2) Liverpool 79
3) Real Madryt 78
4) Messi-Eto'o-Henry 76
5) Atletico 75
6) Arsenal 73
7) Chelsea 70
Juventus 70
9) Manchester U. 69
10) Inter 65
Statystyki nie mają mocy rażenia absolutnej, przy miernym poziomie rywalizacji i przeciętniacy mogą pokonać historyczne bariery, sam widziałem niedawno pewien mecz przegrany przez San Marino 0:10. Powyższe liczby dotyczą jednak rozgrywek elitarnych, w których multibramkowe seanse powinny zdarzać się rzadko. Dlatego podejrzewam, że egzotyczne trio argentyńsko-kameruńsko-francuskie do historii dyscypliny przejdzie niezależnie od wyników Barcy. Choćby jako jedyne na długim dystansie czasowym, które skończyło sezon z ponad setką goli. Główkuję, kombinuję i wciąż nijak nie umiem wygrzebać z lat minionych innego ofensywnego tercetu, który spajałaby tak niezwykła chemia i tak swobodnie wieńczone strzałami parcie na pole karne przeciwnika. Nie miał go ani tamten galaktyczny Real Madryt, ani ów niezapomniany Arsenal „Niezwyciężonych” z sezonu 2003/2004, ani chyba żadna klubowa superpotęga początku naszego stulecia chcąca również wabić stylem gry.
Łatwiej byłoby pewnie wynaleźć duet (pamiętacie manchesterską parę rówieśników Dwight Yorke - Andy Cole?), ale łatwiej nie znaczy - łatwo. Pomożecie?
Poza tym zgadzam się z tym, że nawet ewentualna porażka na wszystkich trzech frontach nie zatrze łatwo obrazu tej drużyny. Mam przyjemność oglądać najlepszy zespół w historii mojego kibicowania i to już w tym momencie jest fakt. Trzeba jeszcze 'tylko' wygrać jakieś trofeum i będzie co opowiadać wnukom


