Chelsea Londyn w tym roku, w 1/4 Ligi Mistrzów po raz enty grała z Liverpoolem, historia angielskich Czerwono – Niebieskich batalii w Champions League dopisała kolejny rozdział. Chociaż długo nie zapomnę rewanżowego spotkania na Stamford Bridge sprzed dwóch tygodni czy komputerowych analiz wykonywanych przy pomocy programów do układania trajektorii lotu pocisków rakietowych, sprawdzających czy piłka po strzale Luisa Garcia przeszła linię bramkową wiosną 2005 roku. To jednak większym uczucie darzę Londyńsko – Katalońskie starcia, których dziś otwieramy kolejną księgę.
Początek sezonu 2004/2005 to drugi rok budowania wielkiej Barcelony przez Franka Rijkaard po objęciu posady w 2003 roku oraz również, drugi rok konstruowania wszechgalaktycznej potęgi Chelsea opartej na niewyczerpalnej fortunie Romana Abramowicza. Oba zespoły po latach kryzysów, zastoju zaczęły zgłaszać chęć powrotu do walki o najważniejsze trofea czy to krajowe, czy ligowe.
Błyskawicznie, bo już w 1/8 finału Ligi Mistrzów w sezonie 2004/2005 los zmierzył dwóch największych wizjonerów footballu ostatnich lat. Mistrz motywacji czy wręcz prania mózgów swoich piłkarzy Mourinho zaraz po losowaniu powiesił w szatni plakat Ronaldinho dopisując pod nim kilka słów czyniących z Brazylijczyka największego wroga Chelsea. (nie pamiętam już dokładnie słów Portugalczyka, jedynie ich sens) Rijkaard za to postawił na geniusz i wrodzony polot swoich gwiazd, pozwalając im w dwumeczu na pełną wirtuozerię z pominięciem defensywy i włożeniem wszystkich sił w poczynania ofensywne. O ile ta taktyka na Camp Nou się sprawdziła (zwycięstwo 2-1) to w Londynie ta olbrzymia dysproporcja sił pomiędzy atakiem, a obroną została brutalnie skarcona, bo już po 17 minutach „The Blues” prowadzili 3-0… (4-2)
http://gniazdowy.blox.pl/2009/04/Chelse ... u8230.html
Pozdrawiam
Gniazdowy



