W tym sezonie świat zachłysnął się Barcą tak głęboką, że każdy kolejny haust ich magicznej aury grozi rozedmą płuc czy jeszcze gorszą reakcją organizmu. O Katalończykach i słusznie z resztą mówią wszyscy, choć bliżej tym zachwytom do łabędziego śpiewu niż zwykłej codziennej gadaniny. Guardiola stworzył zespół bajeczny, królujący finezją i polotem wkręcającym rywali w ziemię po same uszy.
Właściwie już w grudniu po zwycięstwie 2-0 nad rozbitym Realem hiszpańskie media do spółki z ich światowymi konkurentami ogłosiły nowego mistrza La Ligi. Tymczasem z końcem lutego podopieczni Juande Ramosa postanowili dokonać krwawego puchu i wykorzystując słabość odwiecznego rywala w pewnym momencie zbliżyli się nawet na 4 punkty. Z tej lokalnej batalii elektryzującej cały piłkarski świat to jednak bajeczne trio Messi – Eto – Henry miało wyjść zwycięsko.
Barcelona w ciągu tygodnia rozegrała trzy bezwątpienia najważniejsze mecze tego sezonu, po okresie strzeleckiej glorii i szale magicznych zagrań przeszli Katalończycy na ten ostatni najtrudniejszy level, czyli przekucie dotychczasowych zwycięstw na realne trofea. O ile rozjechanie wielkiego już tylko z historii i legendy Realu okazało się wysublimowaną przyjemnością najwyższego stopnia powtarzalną w footballu nie częściej niż raz na 50 lat. To dwumecz z Chelsea był dla Katalończyków największym wyzwaniem tego sezonu, któremu zresztą w moich oczach podołać nie zdołali.
Gdy słyszałem po pierwszej serii meczów zarzuty o „zarżnięcie” footballu przez The Blues zastanawiałem się jak daleko można jeszcze omotać ludzką psychikę. Jeśli szukać w wśród półfinałowych pojedynków zespołu godnego miana „zaorania” footballu to bliżej choć wciąż daleko do tego Manchesterowi. Ferguson grając przeciwko Arsenalowi na własnym stadionie zabił finezję własnego zespołu decydując się na grę w środku pola duetem Carrick – Fletcher na skrzydle piekielnie silnym Tevezem. Postawił na maksymalne zniechęcenie rywali do gry, psucie i demolowanie każdej akcji miały powstrzymać napady zdolnej londyńskiej młodzieży.
Dwumecz z Chelsea miał być dla Barcelony prawdziwa próbą siły, charakteru i co najciekawsze starciem zapierającej dech w piersiach finezji z brutalną angielską siłą. Parafraza biblijnego starcia Dawida z Goliatem wcale nie umniejsza porównaniu obu zespołów. Anglicy pokazali Hiszpanom na czym polega sztuka szybkiego biegania, gdzie podopieczni Guardioli odstawali zawsze o 2-3 w metry w tyle szarpiąc jedynie błękitne koszulki rywali. Cofnięty do defensywy Yaya Toure, postrach wszelkich ligowych napastników czy pomocników przegrywał większość pojedynków z Drogbą. Zresztą drętwy zazwyczaj Ballack czy wydający się o lata świetlne słabszy od Iniesty Essien do spółki z Lampardem wyłączyli genialnych pomocników lidera La Liga, pozwalającym im na bezproduktywną, nabijającą jedynie statystyki kopaninę „ty do mnie ja do ciebie”.
Czytaj dalej na moim blogu
http://gniazdowy.blox.pl/2009/05/Final- ... arzen.html
Pozdrawiam
Gniazdowy



