Plucie na Majewskiego
Nowa moda – opluwać Stefana Majewskiego. Gdziekolwiek spojrzę – teksty na jego temat. Nastoletni dziennikarze piszą tak, jakby ze Stefanem przemierzyli pół świata i poznali go z każdej strony. W takim razie ja postaram się na tę osobę rzucić inne światło. Bo nie podoba mi się, kiedy z człowieka z zasadami robi się obiekt drwin.
Cała opinia o nim opiera się na opowieściach kilkunastu zawodników – tych, którzy mieli z nim nie po drodze. Nikt natomiast nie chce słuchać zawodników, którzy powiedzą „Majewski jest w porządku”. Bo to nudne. A jestem przekonany, że gdyby zapytać o tego szkoleniowca Pawła Kryszałowicza czy Jacka Dembińskiego, to okazałoby się, że wcale nie jest to diabeł wcielony.
Jak myślę o nim, to najpierw przypomina mi się półfinał Pucharu Polski. W pierwszym meczu zremisowaliśmy z Widzewem 1:1. A to był naprawdę mocny Widzew, z Markiem Citką w składzie. Jechaliśmy na rewanż i byliśmy pewni, że nas pozamiatają. A tam znów 1:1 i karne. Mówię wtedy do Jarka Bieniuka: - Powiedz, że chcesz strzelać…
- Ja mam 18 lat!
- No i co z tego?
No i Bieniuk się wyrwał: - Trenerze, ja chcę strzelać.
- Tak? A gdzie chcesz strzelać? W który róg?
- Jeszcze nie wiem.
- To na moją odpowiedzialność wal w środek.
No i zwyciężyliśmy w karnych, potem w finale ograliśmy Bełchatów (ostatni mecz Jacka Krzynówka przed wyjazdem do Niemiec). Ten początek pracy Majewskiego – bo w pierwszym meczu z Widzewem prowadził nas tymczasowo Szatałow – był na tyle udany, że wszyscy zawodnicy się zachwycali. Co za facet, skąd się wziął. Bo ze Stefanem po wygranych meczach zawsze było miło.
Potem powoli zaczynały się problemy, ale dziś patrzę z innej perspektywy i zastanawiam się – a może jednak on miał rację? No bo na przykład pojechaliśmy na mecz do Szczecina, straszny upał. Żar lał się z nieba. Majewski zabraniał po obiedzie przed meczem pić kawy, bo wówczas organizm jest bardziej podatny na odwodnienie, zwłaszcza w takiej temperaturze. Tymczasem Mariusz Kukiełka kawę wypił, co trener zauważył. I nie wystawił „Kukły” w pierwszej jedenastce. Wygraliśmy 3:0, ale zrobił się lekki kwas. I można się zastanawiać – miał trener rację czy jej nie miał? Miał prawo wymagać pełnego profesjonalizmu czy nie? Dziś, kiedy sam jestem trenerem, uważam, że tak. Wtedy szczęście Majewskiego polegało na tym, że we Wronkach był też Paweł Janas. I on był tym dobrym policjantem. Cokolwiek się działo – „Pawka” łagodził.
We Wronkach Majewski wdrażał niemiecki profesjonalizm. Zaczął od tego, że wszyscy mają mieć wypastowane buty, dobrze napompowane piłki i ochraniacze pod getrami. Dla normalnego człowieka to nie jest problem – mniej więcej taki, jak powiedzieć komuś, kto pracuje w biurze, żeby zmieniał bieliznę. Ale byli i tacy, którym to nie pasowało. Czepia się.
Jechaliśmy na obóz, posiłek. Schodzą piłkarze w klapkach, jednemu śmierdzą nogi, innemu schodzi z palca paznokieć. A na stołówce mnóstwo turystów, elegancko ubranych ludzi. No i Majewski wprowadził zasadę – wszyscy w butach i długich spodniach. To aż takie wyrzeczenie dla zawodnika? Żeby się zachować z klasą? Był też wymóg, że nikt nie może wyjść, dopóki nie zje trener. Po wygranych meczach – fajnie, nikomu to nie przeszkadzało, miłe rozmowy, atmosfera. Po przegranych – bywało różnie, Majewski kroił kotleta na siedem części, a wszyscy czekali. On nienawidzi porażek i faktycznie zdarzało się, że w razie niepowodzeń trochę przesadzał. Ale też my nie przesadzajmy, że to jakaś zbrodnia. Bywało, że po porażkach rozdawał zawodnikom kartki, puszczał mecz i kazał notować, co zrobili na boisku. „Pobiegłem w lewo 20 metrów, zagrałem głową”. Piłkarze byli wściekli, że muszą gapić się w ten telewizor i że ich się tymi 90 minutami katuje. Ale może to jest metoda, bo potem sam zostałem trenerem, poszedłem do Zagłębia Lubin, a tam Wojtek Łobodziński który mówi , że on swoich meczów nigdy nie ogląda.
Pamiętam jak Amica głupio przegrała jakiś mecz. I Majewski powiedział: - Każdy z was przynosi do klubu tysiąc złotych. Jak przegracie, to wam ten tysiąc przepadnie. A jak wygracie, to wam zwrócę i dostaniecie jeszcze pięć bo tyle mniej więcej wynosiła premia meczowa. No i wszyscy się krzywili – jakże to tak, pieniądze zabiera. On mówił: - Widzicie, jak można wziąć kasę z klubu za nic, to jesteście pierwsi. A jak z własnej kieszeni mielibyście wyłożyć tysiąc, to zaczyna się problem… Wtedy ten mecz wygraliśmy, forsa do każdego wróciła.
Innym razem graliśmy z Ałanią Władykaukaz na wyjeździe, wygraliśmy 3:0. Świetnie zagrał Grzesiek Król. Potem w meczu ligowym jakoś zaraz po przerwie Majewski go zdjął, a „Królik” ostentacyjnie nie podał mu ręki. Za chwilę był mecz rewanżowy z Ałanią, wysokie premie. Za samo znalezienie się w kadrze na to spotkanie dostawało się 10 tysięcy złotych. No i dla Grześka zabrakło miejsca – trybuny. Chodził wściekły, mówił, że Majewski mu ukradł 10 tysięcy. Ale potem z wyciągniętą ręką biegał do trenera już od połowy boiska. Nauczył się czegoś.
Chociaż „Królik” miał pecha. Ałania została wyeliminowana, potem graliśmy z Broendby (też ich przeszliśmy). Na obiedzie Grzesiek ciągle wstawał po dokładki, zjadł pięć kurczaków. No to Majewski popatrzył i stwierdził, że mu się będzie za ciężko biegało. Ławka! Ale kto przesadził - Majewski, że go nie wystawił, czy Król, że się obżerał?
Przypomina mi się jeszcze jedno – obóz w Hiszpanii. Wszyscy biegaliśmy ze sport-testerami. Przy pulsie powyżej 220 zaczynały głośno hałasować. Czasami działo się to, gdy kilku piłkarzy biegło tuż obok siebie i następowało sprzężenie. No i biegamy, Dawidowskiemu zegarek pika. Drugi raz – znowu. Majewski dał mu inny sport-tester – to samo. I „Dawid” miał zakaz treningów. Wiadomo, co wtedy mówił, jak przeklinał. Ale po chwili się okazało, że musi lecieć do Anina na operację serca. I kto wie, czy gdyby nie ten zły Stefan, Dawidowski by jeszcze żył…
Majewski jest trudny, bo jest wymagający. Czasami przesadnie, ale to wynika z jego ambicji. Ma wadę, bo próbuje zmieniać wszystkich dookoła, a starych drzew już się nie nagina. Starsi zawodnicy mają swoje przyzwyczajenia, z którymi często nie ma sensu walczyć. Ale z drugiej strony – nie jest pamiętliwy. We Wronkach miał problemy z Marcinem Burkhardtem, „Bury” opowiadał, że musiał brać psychotropy. Ale czy on sam nie ma sobie nic do zarzucenia? Jestem pewien, że jeśli Marcin będzie grał na Ukrainie, to Stefan go powoła. Bez względu na dawne urazy.
Sam miałem powody, żeby Majewskiego nie lubić. Zdobyliśmy Puchar i Superpuchar Polski, wygraliśmy z Wisłą Kraków. Broniłem świetnie. Potem urlop, wracam do klubu cały w skowronkach, a Stefan mówi – wiesz co, ty może lepiej zostań trenerem, bo bronić prędzej będzie 10 lat młodszy od ciebie Mielcarz. Jak miałem się nie zdenerwować? Ale czas pokazał, że to lepiej, iż nie traciłem czasu gnijąc na ławce rezerwowych.
Po co to piszę – żeby pokazać, iż nie wszystko jest czarno-białe. Z Majewskiego wiele osób chce zrobić durnia, a to nie jest głupi człowiek. Dlaczego nikt nie wspomni, że najlepszy wynik w historii Cracovia osiągnęła pod jego wodzą? Wszyscy wspominają tylko o tym drugim, nieudanym sezonie. Ale już w przypadku Beenhakkera – każdy mówi o awansie na Euro 2008, a już o zawalonych eliminacjach MŚ 2010 nie. Gdzie tu konsekwencja? Jak prowadziłem rezerwy Amiki, to wystawiłem 15-letniego Darka Dudkę. Akurat na tem mecz przyszedł Majewski, popatrzył i mówi: - Czesiu, to nie jest zawodnik na trzecią ligę.
- Jak to nie? Przecież dobrze grał! – bronię się.
- To jest zawodnik na pierwszą ligę.
I wprowadzał go. Dawał pograć dwa mecze, a potem wysyłał na tydzień do domu, powoli wprowadzał do zespołu. Dzięki niemu Darek nie tylko zadebiutował w lidze, ale też zrobił maturę. I co, teraz Dudka powie, że Majewski wyrządził mu krzywdę? Innym, którym kazał chodził do liceum w Lubaszu też zrobił krzywdę? To nie był Oxford, ale średnie wykształcenie tam dawali…
Bądźmy sprawiedliwi – popatrzmy na tego człowieka nie tylko z jednej perspektywy. Ma swoje wady, ale kto ich nie ma? Ja o wadach nie pisałem, bo z wielką uciechą robią to inni…


