Tylko jedno pytanie odnośnie autora. John Cross to przypadkiem nie ten sam gość co na ławach Daily Mirror wieścił ponad 100 milionową ofertę Realu za Messiego?
Ja czekam aż strzeli Wam bramkę. Być może będę zmuszony czekać dłużej niż Ty na swoje życzenie, ale radość będzie większa.brylancik pisze:Czekam z utęsknieniem aż pocałuje herb Barcy
Aktualnie najbardziej martwią mnie wybory. Bardzo źle to wygląda w moim odczuciu. Podzielam zdanie Daniela Camposa. Jak zwykle zresztą.
http://www.blaugrana.pl/news/5148/felie ... dacie.html
Autentycznie zaczynam się obawiać Rosella. Nigdy go nie lubiłem, ale póki siedział cicho to przynajmniej był spokój. Teraz się ożywił i zaczyna jątrzyć, czyli niestety robi to czego się można po nim spodziewać. Niestety będę miał żal do odchodzącego zarządu za to, że nie potrafili stworzyć spójnej kandydatury następcy. W tej sytuacji Sandro jest zdecydowanym faworytem i pewnie wygra. Nie dlatego, że to najlepszy wybór tylko dlatego, że może liczyć na swój elektorat a reszta nie ma na kogo głosować. Sportowo jesteśmy w najlepszym momencie w swojej historii i mam tylko nadzieję, że nie uda mu się tego zepsuć. Żałuję też, że do tej pory nie zostałem socio bo Sandrusco nie podoba się obecna forma tej instytucji i będzie forsował zmiany utrudniające zostanie członkiem klubu osobom zza granicy. Słabo to widzę, ale obym się mylił i było naprawdę dobrze.Od kilku dni kampania wyborcza trwa na dobre. Muszę przyznać, że ogromna część socios jest bardzo zaniepokojona niskim poziomem, który prezentują prekandydaci do fotela prezydenta FC Barcelona. Kampania zmusza nas byśmy głęboko zastanowili się nad przyszłością naszego klubu. Te wszystkie poboczne historie, które teraz się pojawiają nie warte są uwagi - tak jak na przykład możliwe transfery, bo o tych decyduje przecież nasz trener Pep Guardiola, a nie kandydat. Jaume Ferrer i Ingla prezentują niziutki poziom, podobnie sprawa ma się z Sandro Rosellem. Daje się zauważyć, że zawsze działali na drugim planie. Jako wiceprezydenci radzili sobie dobrze, ale kiedy mają zostać liderami zawodzą wybitnie.
Jaume Ferrer nie wie, którą drogą ma iść, nie wie co mówić. Jednego dnia twierdzi, że chce kontynuować obecny model, by następnego dnia zrobić krok w tył i powiedzieć, że nie jest kontynuatorem, odrzucając niejako poparcie Joana Laporty.
Marc Ingla nie ma wystarczającej charyzmy, ponieważ żeby pełnić funkcję prezydenta Barcelony nie wystarczy być ekspertem w marketingu. Potrzeba o wiele więcej, a życie płata figle: ten, który powinien być liderem (Ferrán Soriano), pozostaje w cieniu Ingli.
Sandro Rosell z każdym dniem wtyka kolejne szpile, wspierając się na Grupo Prisa i madryckich dziennikach w prowadzeniu swojej kampanii. Jego doradcy mylą się i to grubo: najpierw zaprasza do swojej siedziby wyborczej Tomása Guascha, by później pojechać do Madrytu i opowiadać o tym, jak to Barça jest zadłużona na 489 milionów euro, że praktycznie jesteśmy jedną wielką ruiną; poddaje w wątpliwość transfery Villi i Fábregasa... Wydaje się, że chce tylko za wszelką cenę zniszczyć wizerunek Joana Laporty.
Po pierwsze nie można jechać do stolicy i podrzucać dziennikom As i Marca takich pikantnych historyjek, które później wiszą na głównych stronach przez cały czwartek w jaskini wroga. Po drugie, deficyt 489 milionów euro jest nieprawdą, bo bylibyśmy bankrutem nie wypłacającym pieniędzy nawet naszym pracownikom klubowym czy piłkarzom; nie moglibyśmy przeprowadzać transferów... poza tym, skąd Rosell może znać tak dokładną cyfrę, skoro nie ma go wewnątrz klubu? Czy jeśli Rosell wygra wybory, skontroluje finanse i okaże się, że Barcelona nie ma takiego zadłużenia albo jest ono o wiele niższe, to wtedy przyzna się do błędu? Czy Sandro nie przedstawia katastroficznej wersji byle wygrać wybory, a później zapominamy o długu?
Naprawdę są powody do zmartwienia, bo poziom wymienionych wyżej ludzi jest bardzo niski, prezentują niewielką inteligencję. Później mamy Benedito, Guixe, Salvata itd., którzy walczą o podpisy byle znaleźć się na kartach wyborczych i stać się kandydatami z prawdziwego zdarzenia.
Niski poziom prekandydatów sprawia, że kampania jest bardzo płytka i tak naprawdę nie debatuje się na temat przyszłości naszego klubu. Nikt nie mówi wprost co chce zrobić. Opierają się tylko na strategiach wyborczych (zupełnie jak politycy), żeby wypaść dobrze w oczach wszystkich ludzi, a to w życiu jest niemożliwe. Bo skoro ktoś układa się ze wszystkimi dookoła to znaczy że coś jest nie tak.


