Argentyna zgdonie z oczekiwaniami wygrała 5:0. Niestety nie wystąpił Leo Messi z powodu drobnej kontuzji, której nabawił się kilka dni temu. Maradona wolał dmuchać na zimne i dał szansę gry Javierowi Pastore.
Oczywiście po spotkaniu z takim badziewnym przeciwnikiem trudno wyciągać jakieś głębsze wnioski. Najkorzystniej bez wątpienia zaprezentowali się Tevez i Di Maria. Higuain też fajnie, aczkolwiek zmarnowane trzy setki idą na minus. O defensywie właściwie nic nie da się powiedzieć bo Kanada praktycznie w ogóle nie atakowała, a jeśli już to obrona Argentyny bez kłopotu przerywała akcje, chociaż troszkę się motała. W ofensywie wszyscy aktywni od początku do końca, dużo ruchu, walki, kreatywności - czyli tego, czego dotychczas brakowało. Tevez z Jonasem biegali za trzech, a dla Di Marii tacy Kanadyjczycy to jak kołki. Strach pomyśleć co by było, gdyby po drugiej flance hasał Lionel.
Maradona oczywiście nie byłby sobą, jakby nie wpuścił Martina Palermo. El Titan oddał nawet dwa strzały, które były mega farfoclami. Szanse dostała także reszta maradonowych pasożytów, czyli Mario Bolatii i Ariel Garce. Oczywiście nic nie pokazali, nawet na tle takiej Kanady.
Higuain jak wspomniałem, był nieskuteczny, w dodatku zawstydził go Aguero. Kun zmienił Gonzalo i chwilę później strzelił piękną bramkę. Ale to i tak nic w porównaniu z bramką Di Marii.
Pierwsze dwa gole były dziełem Maxiego. Kosmosu to on nie grał, ale wygląda na to, że na mistrzostwach będzie pierwszym rezerwowym, obok któregoś z napastników.
Kolejny mecz Argentyna rozegra... 12 czerwca z Nigerią.


