W sumie to chyba dobra płyta, bo po pierwsze nie wpada od razu w ucho, poza tym musiała przełamać moją niechęć. Bo nie lubię, kiedy ci starsi artyści zjadają swój ogon, nagrywają covery, czy przerabiają własną twórczość, wersje unplugged, wersje z orkiestrą, zamiast wydać nowy materiał. Mam wtedy podejrzenia, że to ukazało się tylko dlatego, że brakuje na hipotekę czy długi. Jeszcze nie bardziej lubię smęcenia przez całą płytę, robienia utworów na jedno kopyto. Ta płyta spełnia wszelkie warunki, bym ja znielubił i tak początkowo było. A potem mnie złamała, bo te aranżacje naprawdę mają coś w sobie, średnie kawałki przerobił na osobiste (?), a na pewno zapadające w pamięć. Zatem płyta super, ale jednak jeśli ktoś wydaje nowy krążek raz na 8 lat, to dalej mi szkoda, że nie do końca własny.
A zdaje się w 2011 Waters przyjeżdża do Polski z The Wall.



