Druga połowa mogła się podobać. Scenariusz taki, jak przewidywałem. Ataki Liverpoolu kontra zaciekła obrona Boltonu. Dobrze, że The Reds tak szybko wyrównali, bo mecz się trochę otworzył i piłkarze Liverpoolu nabrali dzięki temu wiatru w żagle. Bramki było blisko, ale ta jednak nie wpadała. Do 92 minuty. Wtedy Cole uradował Anfield i uratował Hodgsona.
Sytuacja na 2:1 podobna to tej, kiedy to Manchester stracił bramkę z Birmingham. Jeżeli sędzia interpretował postawę Cole jako pozycję spaloną, to gol oczywiście padł ze spalonego, ale trzeba też postawić się w pozycji arbitra liniowego. Dotknięcie piłki przez piłkarza The Reds było naprawdę minimalne i rozumiem bocznego sędziego, który mógł nie dojrzeć takiego drobiazgu.
Jako kibic Chelsea cieszę się z odebrania punktów Boltonu. Liverpool z minuty na minutę grał coraz lepiej, ich gra mogła się podobać. A że wygrali w takich a nie innych okolicznościach, to już inna bajka.



