Cholera, szkoda tego remisu. Liverpool w drugiej połowie był znacznie lepszy od City (w okolicach bodajże 75 minuty posiadanie piłki 75% dla ekipy Dalglisha). Było trochę okazji bramkowych - strzały Johnsona i Adama w pierwszej połowie, a także akcja Suareza, gdzie Lescott prawie nabił piłkę na Kuyta, dwa strzały Luisa, a także dwa uderzenia Downinga i po jednyn Enrique, Skrtela i Carrolla. Gdyby tak Andy strzelił bramkę po tej ostatniej akcji, to na Anfield nosiliby go na rękach.
Najgorszy w ekipie Kenny'ego Henderson. Najlepszy, przynajmniej moim zdaniem, Lucas, który nie dość, że grał kapitalnie w destrukcji, to jeszcze świetnie rozgrywał piłkę. Nie przypominam sobie strat w wykonaniu Brazylijczyka. Niesamowity progres zrobił Leiva w ciągu ostatnich dwóch lat. Świetny również Reina, którego wyjścia z bramki ratowały tyłek Liverpoolowi, a także Agger, który czyścił niemalże wszystko. Duńczyk to w tej chwili ostoja defensywy the Reds.
Johnson zawalił krycie przy bramce Kompany'ego, bodajże do spółki z Kuytem, ale oprócz tego chyba nic mu nie można zarzucić. Szkoda, że tak rzadko podłączał się do akcji ofensywnych, przez co prawa strona funkcjonowała gorzej niż lewa, gdzie dobrze układała się współpraca Downinga z Enrique. Adam wreszcie gra tak, jak grać powinien. Waleczny, agresywny, celnie i dokładnie rozgrywał piłkę, no i to po jego uderzeniu piłka szczęśliwie wpadła do siatki. Suareza zdecydowanie stać na więcej, chociaż w kilku sytuacjach zachowywał się jak profesor. Wciąż irytuje jego machanie łapami, trzeba mu jednak przyznać, że w niektórych sytuacjach miał rację.
Czwarty remis z rzędu na Anfield. Niedobrze.



