Byleby było jakoś. Bylejakość.
Na masową skalę wraca PRL-owski szantaż: zrobi się albo byle jak, albo w ogóle.
Na mojej półce z książkami najrzewniej wyglądają te z czasów zdychającego „prylu". Właściwie sam się dziwię, że jeszcze ich nie wyniosłem i nie wymieniłem na porządne wydania. Okładki z nielakierowanego kartonu, skudłaconego i zwijającego się w ośle uszy, zamazane fatalnej jakości farbą, a między nimi sterta burych, źle przyciętych kartek, na dodatek wysypujących się, bo sklejony byle jak grzbiet pękł już przy pierwszym otwarciu takiego „woluminu".
Miałem wtedy do czynienia z wydawaniem pism oraz książek i wiem, jaki był mechanizm produkowania tych potworków. Otóż najpierw towarzysze sztuki drukarskiej powiadali: możemy zrobić tak na błysk, ale za pięć lat, ale jeśli chcecie na szybko, to musicie spuścić z jakości. I wydawcy się zgadzali. A potem okazywało się, że na książkopodobny bubel i tak trzeba czekać tyle samo, a następna rozmowa szła już: jeśli w ogóle ma być... To dotyczyło nie tylko książek. To była zasada postępującej niewydolności PRL. Najpierw niby miało się wybór – albo stać w kilometrowej kolejce po mięso za normalną cenę, albo kupić bez kolejki w „komercyjnym" dwa razy drożej. Potem ze „zwykłego" sklepu wszystko znikało definitywnie, a w tym dwa razy droższym trzeba było stać w kolejce, ale można było kupić bez kolejki za dolary. A potem już i do peweksu porobiły się kolejki... Albo poczta. Listy dostarczamy bez gwarancji, ale za specjalną dwukrotną opłatą przyjmujemy ekspresy, które dojdą następnego dnia. Po pół roku: ekspresy dochodzą w kratkę, więc idąc na rękę potrzebującym, uruchamiamy nową usługę, za czterokrotną cenę priorytet dojdzie już w dwa dni... A w końcu cieszcie się, jeśli w ogóle dojdzie.
To jest droga bez odwrotu. I nową ustawą o drogach, dopuszczającą otwieranie autostrad dla ruchu przed ich oficjalnym odbiorem, robimy na tej drodze znaczący krok. Zgodnie z nowym prawem autostrada nie musi już mieć gotowych studzienek dla wody deszczowej, przejść, poboczy, zjazdów... Aby tylko ułożyć samą nawierzchnię. To, oczywiście, ma umożliwić puszczenie „prawie gotowymi" autostradami ruchu na zawody piłkarskie. O co zakład, że i to nie wystarczy? Że zaraz trzeba będzie także dopuścić „czasowo" wyrwy albo odcinki prowizorycznie pokryte deskami i zwężenia z ruchem wahadłowym?
Zresztą „koncesjonariusze" nawet na tę ustawę nie czekali. Pod Nowym Tomyślem otwarto z pompą kawał autostrady, na który nie ma jak wjechać ani z niego zjechać, bo węzeł ma być dopiero w 2014 r. (o co zakład...). Aby było na czym wstęgę zawiesić. Gdy już się ją przetnie, będzie spokój.
III RP, wbrew wielkiej obietnicy modernizacji i „europejskiej normalności", cofa się w rozwoju. Nie może być inaczej, bo de facto odtworzono w niej, tyle że bez ideologii, system nomenklaturowy. Ten sam, który z roku na rok coraz bardziej nie mógł sobie poradzić ze sznurkiem do snopowiązałek i klozet-taśmą, i żadne inwestycje za pożyczone pieniądze nie były go w stanie naprawić.


