Shane popada w skrajności i to mi się cholernie nie podoba. Z jednej strony chce dbać o grupę, o Lori czy Karla. Z drugiej nie zawaha się poświęcić życia innej osoby, by ratować własną skórę. Kocha Lori (niemal każdy scena gdy przytula się do Ricka kończy się ujęciem na jego facjatę, co robi się powoli nudne) ale pieprzy się na drodze z Andreą. Rżnie kumpla Ricka, a jednocześnie podważa prawie każdą jego decyzję. Brak tu konsekwencji w działaniu, a przecież scenarzyści kreują Shane'a na typowego twardziela.
Generalnie widać, że scenarzyści serialu nie należą do osób zbyt kreatywnych. Wystrzelali się w pierwszym sezonie, gdzie klimat naprawdę mógł się podobać. Drugi sezon to już równia pochyła, coraz więcej wątków zwyczajnie irytuje. Mam nadzieję, że długo nie zabawią na tej farmie. Mam wrażenie, że reszta ekipy z miasta zapała chęcią zemsty, jakoś ich wyśledzą i puszczą chatę z dymem.



