Szczerze mówiąc myślałem, że pożegnania Andy'ego będzie bardziej emocjonalne, ale do Agassiego i Samprasa sporo brakowało, zresztą trochę inna półka. Szkoda, że Roddick kończy, bo człowiek się troszkę przyzwyczaił do niego i kilka niezłych spotkań z jego udziałem zobaczył (pamiętny Wimbledon, czy maraton z El Aynaoui, gdzie potem w półfinale rękawami oddychał). Miał papiery na jeszcze lepsze wyniki, ale trafił na erę absolutnych dominatorów i tytanów tenisa.
Jestem ciekaw jak będzie wyglądało pożegnanie Federera? Liczę na to, że na takim wydarzeniu pojawią się najwięksi ostatnich lat, bo Szwajcar na to zasłużył. No ale, to melodia przyszłości. Niech gra jak najdłużej.



