coco pisze:nie zgodzę się z tym, to jest trener typowo turniejowy
Oczywiście, że tak. Ale Scolari ma 64 lata, a jego ostatnie 'wyczyny' sugerują zmęczenie materiału. Nie miał do czynienia z poważną klubową piłką? Zacznijmy od tego, że w latach 90. prowadząc brazylijskie Gremio i Palmeiras wyrósł na najlepszego trenera w Brazylii, wygrał z tymi zespołami wszystko, co jest do wygrania. Był krytykowany za prowadzenie swoich zespołów nie po brazylijsku, ale sukcesy, dwukrotnie wygranie Copa Libertadores, rozgrywek Brasileirao, ligi stanowej, były niewątpliwe, a jego drużyna Palmeiras nazywana jest być może najlepszym zespołem Ameryki Południowej ostatnich 20-25 lat. Po zakończeniu współpracy z reprezentacją Portugalii, nieudany, zupełnie nieudany romans z Chelsea, przygoda w Uzbekistanie, a przede wszystkim trzy ostatnie sezony w Palmeiras - gdzie dostał dobrą kadrę, mnóstwo czasu, ale trzy nieudane sezony zakończyły się nieco przypadkowo wygranym Copa do Brasil, rozwiązaniem kontraktu ze Scolarim i sensacyjnym spadkiem Palmeiras z Serie A. Pewnie, że sukcesy Scolariego z reprezentacjami są oczywiste - i ja z tego ruchu umiarkowanie zadowolony jestem (głównie ze względu na rutynę i doświadczenie Felipao), jak już zresztą zdążyłem tu napisać. Ale wielu ekspertów w Brazylii podkreśla właśnie to zmęczenie Scolariego jako trenera, chaotyczność i przeciętność w okresie prowadzenia przez niego Palmeiras, to, co zrobił z tą drużyną w ostatnim sezonie, jak się pogubił, nie potrafił zareagować na słabą grę swojej ekipy. I trudno nie przyznać im racji w ichniejszych wątpliwościach.Scolari jest świetnym trenerem
Rzekłbym bardzo na alibi. Scolari ma zdecydowanie największe poparcie u kibiców spośród brazylijskich trenerów i zdecydowanie najmniejsze spośród tego grona w ostatnim czasie sukcesy. Niekoniecznie wśród fachowców. Aspekt finansowy też pewnie miał znaczenie - Ramalho, Tite, Braga, Luxemburgo - wszyscy ci trenerzy mają podpisane kontrakty ze swoimi klubami, więc i odstępne za zerwanie umowaky byłoby znaczne.Moim zdaniem zagranie federacji brazylijskiej trochę na alibi.
Co do samego zatrudnienia Scolariego. W przeciwieństwie do Ramalho, Luxemburgo czy Bragi, a obok Tite z Corinthians, uchodzi jako jeden z niewielu brazylijskich trenerów za prawdziwego taktyka. Wielu Brazylijczykom się to nie podoba, tak jak właśnie gra Corinthians, zwycięzców Copa Libertadores, pod wodzą Tite, ale w kontekście samej reprezentacji Brazylii, właśnie ten 'taktyk' najgorszym rozwiązaniem nie jest. Problemem Menezesa było zdecydowanie to, że nie potrafił odpowiednio spożytkować potencjału ofensywnego drużyny, mylił się w powołaniach, rezygnując np. z Hernanesa czy Hulka. Inna sprawa, że o ile w ostatnim czasie kadra Mano nabierała kształtu (ustawienie Neymara jako fałszywego napastnika, wymienność pozycji), w związku z czym tak jednoznacznie odejścia Menezesa nie oceniam, to jednak Felipao - pod opieką którego drużyny tracą mało bramek, który od tyłów potrafi tą grę odpowiednio ułożyć - daje pewność wprowadzenia pewnego rygoru taktycznego. Zakładając, że ta reprezentacja będzie w swojej charakterystyce przypominać tą z 2002 roku - doskonała w defensywie, bardzo zorganizowana w środku pola, perfekcyjnie współdziałająca ze sobą, to jednak można mieć wątpliwości, czy Neymar, Oscar i Lucas będą w stanie pociągnąć ofensywę tak jak "tercet R's" czyli Ronaldinho, Rivaldo i Ronaldo.
Na słuszną, rzekłbym fundamentalną, rzecz uwagę zwrócił Morrow. Brazylijczycy, gdy wygrywali mundial, dochodzili do finałów, zawsze posiadali drużyny o mentalności zwycięzców. A te fenomenalne drużyny, rodziły się po bolesnych porażkach. Kadra złotej ekipy Canarinhos, z mistrzostw w Stanach, już bardzo doświadczona, opierała się na zawodnikach, którzy przecież przeżyli bolesną porażkę na mundialu cztery lata wcześniej z Argentyną w 1/16 finałów. Z wyjściowego składu mistrzów świata z 1994 roku tylko Zinho nie grał na mundialu cztery lata wcześniej. I o ile na "najbrzydszych mistrzostwach w historii" Jorginho, Taffarell, Branco, Dunga czy pełniący wtedy rolę rezerwowych, a później tworzący jeden z najwspanialszych duetów napastników w historii Romario-Bebeto byli za młodzi na to, by udźwignąć presję związaną z walką o najważniejsze trofeum w piłce nożnej, tak już cztery lata potem, nie tylko sportowo, ale przede wszystkim mentalnie Brazylia przeważała nad innymi, wygrywając niezwykle ciężkie spotkania począwszy od starcia z Amerykanami w 1/8, po pojedynki z Holendrami (pamiętny gol Bebeto i słynna kołyska), Szwedami czy wreszcie pamiętny finał i karne w spotkaniu z reprezentacją Włoch. W 2002 roku mieliśmy kilku nieopierzonych zawodników - Ronaldinho, duet stoperów Roque Junior i Lucio po fantastycznym sezonie w Leverkusen i finale Ligi Mistrzów, czy nawet Kleberson grający w finale Mistrzostw Świata w wyjściowym składzie. Ale też były tam takie postaci jak Rivaldo, Ronaldo, Cafu, Roberto Carlos, czyli zawodnicy, o charyzmie, doświadczeniu i być może umiejętnościach, których obecnie w kadrze Kanarków po prostu nie ma. Oczywiście, Brazylijczycy mają nowe pokolenie gwiazd o wręcz gigantycznym potencjale. Z tym, że ci potencjalni dominatorzy, niezbędnego doświadczenia jeszcze nie zdążyli zdobyć. Neymar, Oscar czy Lucas mają decydować o obliczu reprezentacji w 2014 roku, podczas gdy będą wtedy mieć ledwie 22-23 lata. W środku pola niewiele starsi Ramires lub Paulinho, Sandro... Mam wątpliwości graniczące z pewnością, czy kiedykolwiek zespół o tak młodym szkielecie, w historii nowożytnej piłki nożnej sięgał po wygraną na mundialu. A tylko taki wynik zostanie w Brazylii uznany za sukces. No ale - trzymam kciuki. Wierzę, że Scolari to trener, który tą dzieciarnię odpowiednio poprowadzi



