Obejrzałem The Words z Bradleyem Cooperem, Jeremim Ironsem, Olivią Wilde i jeszcze kilkoma rozpoznawalnymi postaciami kina. W świetnej obsadzie, a napisany przez dwóch żółtodziobów? Nie ma co się dziwić, bo autorzy mają całkiem ciekawą opowieść do zaoferowania. Film rozpoczyna się gdy znany pisarz czyta na spotkaniu z fanami swoją najnowszą książkę. Opowiada nam historię młodego pragnącego zostać pisarzem faceta (Cooper), który jednak nie może się przebić i to ta opowieść jest dominującym wątkiem. Z biegiem czasu poznajemy jeszcze jedną opowieść. Ot zgrabnie splecione wątki, które wynikają jeden z drugiego. Plus za lekkie niedopowiedzenie w zakończeniu, choć nie zmusza do kombinowania. Może to i lepiej, przynajmniej opowieść nie traci na klarowności jak niektóre przesadnie wydumane filmy. Momentami dla mnie zbyt melodramatyczny (historia jaką opowiada nam Jeremy Irons), przydałoby się w tym trochę więcej brudu, mniej ciepłych kolorów, trochę więcej rozterek moralnych Roy'a, granego przez Coopera, przez co mam wrażenie, że obejrzałem film jedynie aspirujący do ambitnego, ale mimo wszystko warto zobaczyć. Dobrze zagrany, całkiem interesujący, zdecydowanie można polecić.
7/10


