Re: Od bohatera do zera

Awatar użytkownika
Morrow
Administrator
Administrator
Posty: 12926
Rejestracja: 15 maja 2006, 22:36
Reputacja: 2055

Re: Od bohatera do zera

Post autor: Morrow » 04 sty 2013, 11:27

Faktycznie fajny pomysł Doktorku :beer: Praktycznie worek bez dna.

Generalnie to wystarczy wziąć się za Brazylijczyków i Argentyńczyków i mielibyśmy dyskusji na kilkadziesiąt stron.

Taki Cicinho teraz co prawda w Sevilli trochę się odbudował ale pamiętam jak trwała walka o niego między United i Realem kiedy przyjeżdżał z Brazylii, ostatecznie wybrał Królewskich ale w Europie nie wypalił, trochę przeszkadzały też kontuzje, miewał przebłyski ale jak na gościa, którego lansowano na następcę Cafu to dużo za mało. W sumie ma przed sobą jeszcze sporo lat gry ale mimo wszystko kiedy przychodził do Europy nadzieje były dużo większe.

Przypomniał mi się też Andy Van der Meyde. Gość, który fajnie sobie poczynał w Eredivisie i na arenie międzynarodowej w barwach Holandii ale wielkiej kariery nie zrobił przez kontuzje, problemy z dyscypliną, ćpanie i chlanie.

Śmiało można też tu umieścić Gabriela Milito. Kolejny gracz, którego zniszczyły kontuzje. Po świetnych sezonach w Saragossie wymieniany jako jeden z najlepszych obrońców w La Liga i pożądany przez Real i Barcelonę trafił w końcu do Katalonii gdzie przez kontuzje nigdy nie odegrał znaczącej roli.

Gaizka Mendieta sprawił, że zapałałem sympatią do Valencii. To co Bask wyprawiał jako kapitan w barwach Nietoperzy, jak harował niezmordowanie na całej szerokości boiska i napędzał grę Nietoperzy budziło mój podziw na tyle, że nawet zafundowałem sobie jego koszulkę swego czasu. No i przy karnych był bezbłędny. Wspaniałe czasy Valencii i dwa finały LM w ich wykonaniu, o ile Real im wtedy nie pozostawił złudzeń tak do dzisiaj szkoda mi tego przegranego w karnych finału z Bayernem. Potem transfer za blisko 40 mln do Lazio i potwierdziła się zasada, że Serie A to nie jest liga dla Hiszpanów, trochę też tradycyjnie przeszkadzały urazy. Na tym praktycznie można zakończyć tę smutną, jakby nie patrzeć, opowieść. Co prawda potem jeszcze miał epizody w Barcelonie i Middlesbrough ale nie ma tu co wspominać. Ktoś ze zwolenników romantycznych teorii stwierdził kiedyś, że po prostu serce Mendiety zawsze biło dla Valencii i nigdy później nie był w stanie poświęcić się równie mocno żadnej innej drużynie.

Jerome Rothen. Po fantastycznym sezonie Monaco, które pociągnął z kilkoma innymi graczami do finału LM wydawało się, że piłkarskie salony przed nim. Nic z tego, trafił do PSG ale akurat w czasie gdy to miało bardzo daleko do obecnego statusu, potem tułał się jeszcze po kilku klubach ale nigdzie furory nie zrobił. O ile tacy Giuly, Evra czy Adebayor poszli dużo wyżej ze swoimi karierami tak Rothen nigdy się nie wybił tak jak przewidywano i ten piękny sezon Monaco to było największe osiągnięcie jego kariery.

Na koniec jeszcze "złote" Porto Mourinho. O ile dla kilku graczy tego zespołu jak i Mou to była trampolina na szczyt tak wielu z tych graczy, którzy mogli zajść dużo dalej przepadło. Ricardo Carvalho, Deco, Bosingwa czy nawet Paulo Ferreira jeszcze zapisali się w pamięci kibiców. Najbardziej spektakularnym zawodem z tej drużyny był chyba Maniche. Kapitalny w barwach Porto a także w reprezentacji Portugalii (ta bramka w półfinale z Holandią podczas Euro2004 dająca finał Portugalczykom : ). Potem jednak przepadł i mimo mozolnych prób odbudowania go w wielkich klubach (Chelsea, Atletico, Inter) nigdy już nie nawiązał do swojej kapitalnej gry w Porto, a szkoda bo zapowiadał się znakomicie. Podobnie było z Costinhą, W Porto znakomity, poza Porto przepadł i nie zaistniał już potem w wielkiej piłce. Trochę inna sytuacja była z Carlosem Alberto, któremu zapowiadano wielką karierę, predyspozycje do bycia crackiem z pewnością miał ale koniec końców przepadł i teraz tuła się po świecie.

Wróć do „Piłka nożna na świecie”