http://agorygen.salon24.pl/
Kulisy pracy w Gazecie Wyborczej
GW-redaktor Czuchnowski Wojciech "dotarł do byłego agenta CBA" i "ujawnił wstrząsające fakty". Ja "dotarłem do byłego pracownika Gazety Wyborczej". Oto jego opowieść.
"Wydaje mi się, że to było na początku 2002 roku. Byłem wtedy około niespełna 30-letnim stażystą w lokalnej redakcji Gazety Wyborczej na północy Polski. Ze względu na moje wykształcenie szef postanowił zrobić ze mnie dziennikarza ekonomicznego i wysłał na miesięczny staż do Centrali, Stolicy, Matki Wszystkich Redakcji. Jednym słowem - pojechałem na Czerską.
W owym czasie tego rodzaju staże nie były w Wyborczej niczym niezwykłym. Młodzi adepci sztuki dziennikarskiej, wyrobnicy pracujący za grosze i pochwałę szefa w lokalnych redakcjach GW zjeżdżali do Warszawy podpatrywać swych Idoli, Autorytety, Mistrzów. Od razu po przyjeździe trafiłem do kibucu. Tak - właśnie do kibucu. Tak Agorygeni nazywali mieszkania wynajmowane przez Matkę Wszystkich Redakcji. Antysemityzm? E tam. Tak się mówiło i już. Mój kibuc to było obleśne, zagrzybione mieszkanie w bloku z wielkiej płyty na Ursynowie. Mieszkaliśmy tam we trójkę - koleżanka z Zachodu, Kolega z Południa i ja. Nie będę wdawał się w szczegóły życia w Agorowych kibucach. W każdym razie wszystko było wspólne. Koleżanki też były wspólne. W czasie mojego miesięcznego stażu konstelacje młodych adeptów pióra (oraz tych nieco starszych) zmieniały się praktycznie co kilka wieczorów. Moją niechęć do uczestniczenia w zabawach S, D & RR, na które stażyści zapraszali Wielkich Dziennikarzy z Centrali, kwitowano z politowaniem "co ty, katol jesteś?". Pamiętam, że "katol" to było wtedy jedno z najbardziej obelżywych określeń stosowanych przez to środowisko. Pewnie tak do dzisiaj jest. Chociaż może zastąpił je już "pisowiec". Wtedy aparaty cyfrowe, blogi i powszechny internet to jeszcze nie było coś normalnego. Ludzie Gazety Wyborczej powinni dziękować za to Panu Bogu, z którego tak lubią kpić. Gdybym wtedy zrobił im choć kilka zdjęć, to Tomasz Kaczmarek z nagim torsem naprawdę nikogo by dziś nie bulwersował.
Stażowałem w dziale ekonomicznym Gazety Wyborczej. Dumnie to brzmi, prawda? Szefem był wtedy Łukasz Lipiński. Chyba. Wiele lat już minęło, a ja byłem wtedy oślepiony blaskiem Wielkich Nazwisk. Paweł Rożyński, specjalista od TP SA, który tam nie pasował, bo był elegancki i pachniał. Andrzej Kublik w swoich grubaśnych okularach. Straszna Helena (Łuczywo), przed którą drżeli wszyscy. Cuchnący kacem świeżym lub kacem trzydniowym Nadredaktor Adam. Ze wszystkimi byłem po imieniu. Tak już jest w tej sekcie, że po imieniu każdy jest z każdym. Najbardziej traumatyczne było chyba jeżdżenie wspólnie z Adamem w tej małej, ciasnej, klaustrofobicznej windzie, która służyła w dawnej siedzibie Agory. Mętny, ale próbujący świdrować, wzrok. Etanolowy oddech. Jakieś kretyńskie komentarze, których nie rozumiałem, ale z których ochoczo rechotali jego przyboczni. A ja sobie stażowałem. Stażowałem, czyli robiłem kawę i patrzyłem jak pracują Wielcy. Chociaż "pracują" to naprawdę słowo na wyrost. Większość wiekopomnych tekstów powstawała "na telefon". Ale oczywiście na papierze wyglądało to, jak by Znany i Podziwiany Dziennikarz obskoczył pół Warszawy.
No i kolegia redakcyjne. Seanse nienawiści, chciałem powiedzieć. Oczywiście to nie jest tak, że chodziłem na kolegia redakcyjne. Ja mogłem tylko przyglądać się kolegium działu ekonomicznego. Te główne były zarezerwowane dla wybranych. Raz jednak zdarzyło się, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności mogłem z bliska obejrzeć wywrzaskującą stek wulgaryzmów straszną Helenę, którą zdenerwowało jakieś zbytnie prawicowe odchylenie w jednym z tekstów. To był okres, gdy Łuczywo miała w ręku rozwijający się dopiero zalążek przyszłej potęgi Agory, czyli portal gazeta.pl Tworzyli go młodzi, pełni zapału, metroseksualni chłopcy. W starciu z rozszalałą Heleną nie mieli oczywiście żadnych szans. A ona naprawdę potrafi zmiażdżyć słowem.
Minął miesiąc. Wróciłem do domu, pomyślałem trzy minuty, odszedłem ze stażu w redakcji, założyłem prywatną firmę i zakończyłem krótki romans ze środowiskiem Gazety Wyborczej. Z ludźmi zepsutymi do szpiku kości, cynicznymi, nie wahającymi się użyć papieru do niszczenia każdego, kto stanie na ich drodze politycznej. Dzisiaj z oddalenia, emigracyjnym okiem, obserwuję ich poczynania. I rzygać mi się chce, gdy słyszę, że mienią się oni dziennikarzami.
Wojciech Czuchnowski myśli, że ujawniając rzekomo skandaliczne fakty z życia i pracy Tomasza Kaczmarka wykonuje zawód dziennikarza. Gówno prawda. Jak widać wyżej, o każdej firmie, o każdym przedsiębiorstwie, o każdej instytucji państwowej można - na podstawie relacji jakiegoś byłego, zawiedzionego pracownika - napisać paszkwil. Ale z dziennikarstwem nie ma to nic wspólnego. To padlinożerstwo.
PS: Serdeczne pozdrowienia dla groteskowej karykatury zawodu radcy prawnego, czyli pana Piotra Rogowskiego, nadwornego oskarżyciela krytyków Agory. Próbuj, chłopczyku. Powodzenia".



