Abstrahując od Ebiego, który nie ogarnął elementarnych spraw, to jeszcze dwa grosze odnośnie do meczu - dobrze, że prędko się ogarneliśmy po początkowych fragmentach gry, gdzie Roma nie dawała nam pograć piłką i mogła nawet strzelić gola po farfoclu Bonucciego, który zawsze będzie świecił klasą i elegancją, by w najgorszym momencie zaprezentować nam swój repertuar. Momentami wyglądało to naprawdę kiepsko i byliśmy wręcz w szachu, bo nawet gdy odzyskiwaliśmy futbolówkę, to przez ścisłe krycie nie mogliśmy nic zaprezentować. Bramka spadła nam jak z nieba, bo mimo że goście potem jeszcze nieco dokazywali, to później całkowicie nam nie zagrozili. W ogóle pod koniec połowy widać było w nich symptomy zmęczenia fizycznego i powolny regres psychiczny. Momentami aż dziw bierze, że tak ważnymi postaciami w drużynie są ci, którzy nie potrafią trzymać fasonu w trudnych momentach - dzisiaj De Rossi, ale każdy wie, że i Totti też ma swoje za uszami.
Druga połowa rozpoczeła się tak, jak sobie życzyłem - prędka bramka, spokojnie prowadzenie gry. Juventus Conte wszedł w lidze na taki poziom wyrachowania, że już było oczywiste, że tego meczu nie przegramy. Generalnie samo te spotkanie mówi dużo o naszej dominacji w lidze, ale też zwiększa szansę na potraktowanie w 100% ligi Europy. Jeśli utrzymamy dystans nad oponentami, a nawet go zwiększymy, to można poważnie myśleć o finale w Turynie.



