Chyba jestem już na to trochę za stary, a na pewno za bardzo zajętyBassu pisze: rozwiń
Żeby nie robić OT. Ciekawy artykuł o Japonii z periodyku "hipsterskich prawaków"
Japończyk się wstydzi
Moje pierwsze zderzenie z japońską kulturą wstydu było absurdalne, bo zaczęło się od ciastka. Obrzydliwie słodkiego ciastka z różowym kremem. „Musiało” mi smakować. Inaczej dług nie zostałby spłacony i Akane nie odzyskałaby swojej twarzy. Tam, gdzie w moim zachodnim pojęciu nie było żadnej winy, w wypadku Akane zadziałał wstyd, który domagał się reakcji z jej strony.
Był rok 1999. Jako studentka japonistyki zawiązywałam liczne przyjaźnie z młodymi Japończykami, którzy uczynili graniczący z brawurą krok i postanowili przyjechać do Polski, żeby zmierzyć się z nauką naszych „sz”, „cz”, „ż” itd. Akane była najambitniejsza z tego grona. Całe dnie spędzała zanurzona w słowniku i tłumaczyła wszystko, co wpadło jej w ręce. Starała się śledzić wydarzenia w Polsce, na spotkania przynosiła wybrany artykuł z „Wyborczej” – najbardziej mainstreamowa gazeta była w jej rozumieniu najlepszą gazetą. Akane deklarowała, że jej marzeniem jest praca w ambasadzie polskiej w Tokio, więc czułam się w obowiązku prostować różne informacje i kreślić jej szersze tło historyczne. Polemiki z najpoczytniejszą wówczas gazetą w Polsce Akane traktowała jako moją fanaberię. Taktownie nie przyjmowała ich do wiadomości. Aby nie psuć dalej stosunków polsko-japońskich, postanowiłam przerzucić swoją energię na inne pole. Zabrałam Akane do Wrocławia, by poprzez sztukę wtajemniczać ją w polską historię.
Wybrałyśmy się zwiedzić Panoramę Racławicką. Spodziewałam się, że panorama zrobi na niej spore wrażenie, więc przyglądałam się z uwagą jej reakcjom. Już po chwili zobaczyłam, że Akane pobladła, nagle zzieleniała, w końcu zaczęła się lekko słaniać. W geście miłosierdzia nie czekałam, aż konie Kossaka powalą ją całkowicie, tylko posadziłam ją
na krześle i pobiegłam po pomoc. Dwóch strażników przeniosło oszołomioną polską sztuką batalistyczną Akane na zaplecze. Zaserwowaliśmy jej klasyczną pozycję horyzontalną z nogami do góry. Po czym wzięły ją w obroty panie salowe i zaparzyły jej mocną herbatę. Ku mojej ogromnej radości Akane mogła zobaczyć relikt PRL-u w postaci szklanek w drucianym koszyku. W końcu Akane przyszła do siebie. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Strażnicy i salowe byli dumni, że pomogli obcokrajowcowi. Czekali na „dziękuję”. Tymczasem Akane z każdą chwilą, gdy wyglądała lepiej, jednocześnie wyglądała coraz gorzej. Spuściła głowę w dół i pogrążała się w nieustającym przepraszaniu. Wyszłyśmy szybko. Naturalnie zaproponowałam, żebyśmy pojechały odpocząć do domu mojej cioci, u której się zatrzymałyśmy. Akane nie chciała o tym słyszeć. Zaprosiła mnie do kawiarni i bez pytania kupiła mi najokazalsze ciastko z kremem. Sama wzięła takie samo, choć nadal na twarzy była lekko zielona. Dopiero wtedy do mnie dotarło, w jak niezręcznej sytuacji ją postawiłam. Zamiast samej jej pomóc, usunąć ją z widoku publicznego w chwili jej słabości, urządziłam spektakl z nią w roli głównej. Akane, chcąc nie chcąc, zaciągnęła u mnie dług wdzięczności. Należało natychmiast go spłacić. Pojawił się wstyd, ponieważ nie przewidziała tego, że poczuje się źle. Swoją słabością sprowadziła w jej mniemaniu kłopot na innych ludzi, w tym – o zgrozo – na pracowników muzeum, którzy musieli się oderwać od swoich obowiązków. Na nic zdały się moje tłumaczenia. Akane tonęła w przeprosinach, a ja przełykałam w milczeniu różowe, słodkie coś.
Kultura wstydu versus kultura winy
Zderzenie Zachodu ze Wschodem. Zderzenie kultury winy z kulturą wstydu. Tam, gdzie u Europejczyka lub Amerykanina pojawiłoby się co najwyżej zażenowanie, u Japończyka pojawiło się dojmujące uczucie wstydu, uderzające w to, co dla nich święte – w poczucie godności. Morze atramentu wylało się na ten temat, odkąd Ruth Benedict w głośnej i kontrowersyjnej książce Chryzantema i miecz zaklasyfikowała Japonię jako społeczeństwo, w którym zwycięża kultura wstydu. Choć książka Benedict pisana była na zlecenie amerykańskiego rządu pod koniec II wojny światowej – a mariaż polityki z nauką zawsze jest dwuznaczny – to jednak do dziś stanowi pryzmat, przez który Zachód patrzy na Japonię.
Benedict była jednym z naukowców, którzy podjęli się stworzenia charakterystyki pokonanych narodów. Ze względu na prowadzone działania wojenne amerykańska uczona nie mogła pojechać do Kraju Kwitnącej Wiśni i na miejscu prowadzić badań antropologicznych. Oparła się zatem na ówczesnych opracowaniach, filmach, literaturze japońskiej oraz relacjach Japończyków emigrantów, a także jeńców wojennych. Pomimo tak skąpych narzędzi badawczych udało jej się stworzyć spójny i pod wieloma aspektami wciąż aktualny obraz społeczeństwa japońskiego. Jako pierwsza badaczka wykazała, że to wstyd jest w Japonii najwyższą sankcją moralną. W odróżnieniu od kultur Zachodu, które wpajając absolutne normy moralne i opierając się na rozwoju własnego sumienia, zaliczane są do kultur winy.
Wstyd wymaga zawsze jakiegoś obserwatora – to krytyka otoczenia (lub domniemana krytyka) sprawia, że pojawia się poczucie wstydu. Wina natomiast jest przeżywana we własnym sumieniu, niezależnie od opinii otoczenia, a czasem nawet wbrew czyjejś dobrej opinii. Człowiek honoru na Zachodzie sam przyzna się do winy trapiony wyrzutami sumienia. Tymczasem Japończyk nie widzi problemu, dopóki jego niewłaściwe zachowanie nie wyjdzie na jaw. Wina łączy się z pojęciem grzechu, z którego można się spowiadać oraz można go odpokutować. Natomiast w kulturze wstydu opowiadanie o „nieodpowiednim zachowaniu” tylko potęguje uczucie wstydu. Stąd w tradycyjnej religii japońskiej – shintoizmie – nie spotykamy spowiedzi. Istotne są natomiast rytuały, które mają pomóc w zdobyciu przychylności bogów. Taka przychylność wydaje się wręcz niezbędna, by móc funkcjonować w tak mocno zhierarchizowanym społeczeństwie jak społeczeństwo japońskie.
Japoński system zobowiązań
Zrozumienie zasad rządzących japońskim społeczeństwem jest kluczem do zrozumienia pojęcia wstydu w kulturze japońskiej. Warto na początku przypomnieć o innej fundamentalnej różnicy między Zachodem a Wschodem. Chodzi mianowicie o rolę jednostki. Zachód pielęgnuje jednostkę, stawia ją na piedestale i domaga się poszanowania jej praw (których lista w ostatnich latach stale się poszerza). Indywidualizm, niezależność, samodzielność – to cechy, które są podziwiane i gwarantują w zachodnich społeczeństwach sukces. Dokładnie na odwrót jest w Japonii. Najważniejsza jest grupa – naród, firma lub społeczność szkolna, bliższa i dalsza rodzina. Osobiste szczęście przedkłada się nad dobro ogółu. Japończyk myśląc o sobie, widzi się zazwyczaj jako część większej całości. Jego miejsce w społeczeństwie jest dokładnie określone poprzez liczne zobowiązania i powinności. Tylko należyte rozpoznanie ich i wypełnienie może prowadzić do godnego życia.
Taki model społeczeństwa jest spuścizną po czasach feudalnych w Japonii, kiedy to wykształcił się etos samuraja. Przełom związany z restauracją Meiji (1868–1912) zaowocował zjawiskiem nazywanym samuraizacją społeczeństwa. Społeczeństwo przejęło od podziwianych wojowników wzorce zachowań, etykę i sposób myślenia, w którym centralne miejsce zajmowały system zobowiązań (on) oraz reguły dotyczące ich odwzajemniania. Ruth Benedict podzieliła te zobowiązania na dwie główne kategorie: gimu i giri. Zrozumienie tych zasad jest kluczowe w interpretacji pojęcia wstydu w japońskiej kulturze. W przypadku gimu nie możliwe jest pełne odwzajemnienie i dług nigdy nie ulega przedawnieniu, ponieważ zaciąga się go wobec cesarza (chu), rodziców i przodków (ko) lub w pracy (nimmu). Natomiast giri dzieli się na dwie podkategorie: giri wobec świata i giri wobec własnego imienia. Giri należy do zobowiązań, które należy spłacić co do grosza w określonym czasie. Giri wobec świata zaciąga się, np. pożyczając coś od kogoś, otrzymując pracę lub przysługę. Natomiast giri wobec własnego imienia nakłada na Japończyków m.in. obowiązek oczyszczenia własnego imienia, obowiązek zawodowej kompetencji i bezbłędności, obowiązek okazywania szacunku osobom postawionym wyżej w hierarchii społecznej, wreszcie hamowanie wszelkich przejawów emocji w nieodpowiednich sytuacjach. Należy dodać, że zobowiązania opisane przez Benedict stanowią rozłączne kręgi, które w przypadku nachodzenia na siebie mogą doprowadzić do konfliktu.
Nic dziwnego zatem, że godność w ujęciu japońskim rozumiana jest jako czujność, ostrożność, umiejętność planowania. Każdy krok musi być dobrze przemyślany, aby nie doszło do ewentualnego konfliktu. Godne zachowanie oznacza dogłębną analizę wszystkich możliwych konsekwencji społecznych swojego zachowania, nienarażanie się na wstyd. Sformułowanie „człowiek, który wie, co to wstyd” tłumaczone jest czasem jako „człowiek prawy” lub „człowiek honoru”. Uczucie wstydu pojawia się wówczas, gdy ktoś nie przestrzega wielu zasad rządzących japońskim społeczeństwem. Na wstyd naraża się ten, kto nie potrafi wypełnić ciążących na nim obowiązków wynikających z on czy giri. Wreszcie zawstydzeniu ulega ten, kto nie mógł przewidzieć różnych ewentualności. Tak jak moja znajoma Akane, która swoją niedyspozycją zakłóciła obowiązki pracowników muzeum.
Jak silnie system zobowiązań opisany przez Benedict jest zakorzeniony w japońskim społeczeństwie, Zachód przekonał się podczas kapitulacji Japonii w czasie II wojny światowej. Sporo analityków spodziewało się, że Japończycy, którzy wielokrotnie wykazywali się wyjątkowym męstwem, poświęceniem, ale i okrucieństwem, będą walczyć do ostatka sił. Uważano, że wielu dowódców nie przyjmie rozkazu kapitulacji i rozpocznie wojnę partyzancką. Obawiano się zamieszek społecznych. Tym bardziej że japońska administracja przez cały okres wojenny prowadziła dość prymitywną propagandę, przedstawiając Amerykanów jako wielkoludów i potworów kanibalów. Tymczasem po odczytaniu przez cesarza Hirohito aktu kapitulacji Japonia zmieniła się jak za naciśnięciem jednego guzika. Wszyscy żołnierze złożyli broń, a ludność wręcz entuzjastycznie przyjęła armię okupanta. To, co dla Zachodu było niepojętym oportunizmem, dla Japończyków oznaczało coś dokładnie przeciwnego. Pozostali wierni chu – zobowiązaniu posłuszeństwa wobec cesarza. Nawet jeśli płacili za to słoną cenę w postaci bezwarunkowej kapitulacji, choć mieli jeszcze siły do walki.
Sararimen – samuraj z teczką
Żywotność systemu opisanego przez Benedict jeszcze mocniej uwidoczniła się w latach 60. i 70. ubiegłego wieku w epoce sararimenów nazywanych „samurajami z teczką”. Terminem „sararimen” (z ang. salary man) określano pracowników wielkich korporacji, których codzienna praca i wysiłek położyły podwaliny pod gospodarczy cud Japonii. Ich związek z firmą był pełen analogii do relacji samuraj – daimyo (pan feudalny w średniowiecznej Japonii). Sararimeni zazwyczaj trafiali do danej firmy zaraz po studiach i pracowali w niej już do końca życia. Lojalność wobec firmy wyrażała się w przedłożeniu jej interesu nad osobiste szczęście czy zdrowie. Dlatego „wojownicy korporacji” ze stoickim spokojem godzili się na dwugodzinny dojazd do pracy, z własnej inicjatywy oszczędzali światło kosztem własnych oczu i jako normę przyjęli codziennie pozostawanie w pracy po godzinach. Drastycznym symbolem przywiązania do firmy stało się zjawisko karoshi, czyli śmierci z przepracowania. Zobowiązania wobec firmy zwyciężały nawet z zobowiązaniami wobec własnej rodziny.
W 2008 roku pociągi w aglomeracji Tokio aż 35 300 razy spóźniły się z powodu prób samobójczych. Statystyki udostępnione przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) wskazują, że największy odsetek samobójców stanowią mężczyźni między 40. a 60. rokiem życia (rocznie w Japonii prawie 30 000 osób odbiera sobie życie). Niestety w wielu przypadkach jest to kolejna pozostałość po etyce samurajów. Prezesi, menedżerowie firm odbierają sobie życie w sytuacjach niepowodzenia ekonomicznego. Co istotne – tu wkraczamy ponownie w zagadnienia pojęcia wstydu – nie należy wiązać samobójstw z jakąś osobistą pomyłką tych menedżerów. Często nie chodzi tu o błędną decyzję czy nieskuteczny sposób zarządzania firmą. Kłopoty finansowe firmy mogą mieć swoje źródło w okolicznościach zewnętrznych, a jednak poczucie odpowiedzialności i giri wobec własnego imienia nakazuje wybrać śmierć jako sposób na odzyskanie twarzy, czyli honoru.
Czego Japończycy się nie wstydzą
Kto jechał rankiem tokijskim metrem, ten nie ma wątpliwości, jak poprzedni wieczór spędzili siedzący lub stojący w tłoku współcześni sararimeni. Odór sake uderza od samego wejścia. Picie alkoholu w Japonii jest traktowane jako sposób na odprężenie. Ani rodzina, ani nikt z otoczenia nie widzi nic niestosownego w tym, że ktoś jest pod wpływem alkoholu. To raczej abstynencja traktowana jest jako fanaberia Zachodu. Choć należy też dodać, że nałogowe pijaństwo nie stanowi w Japonii problemu społecznego. Japończycy, na co dzień żyjący w ogromnym stresie i napięciu, szukają okazji do czerpania przyjemności z tego, co cielesne. Uważają oni rozkosze ciała za dobro, z którego należy korzystać, jednak w takim zakresie, by nie kolidowały z obowiązkami. Benedict nazwała te przyjemności kręgiem ludzkich namiętności, które są wyłączone z kręgów zobowiązań i ich odwzajemniania. Oprócz przyjemności moralnie neutralnych, jak jedzenie czy tradycyjna gorąca kąpiel (o-furo), znalazły się tam przyjemności seksualne. Słynne japońskie hotele miłości czy rozmaite seksualne akcesoria zyskały swego czasu rozgłos w zachodniej prasie. Wizyty żonatych mężczyzn w domach publicznych, które od dawna w Japonii były rejestrowane, nie stanowią problemu moralnego jak w pojęciu zachodnim i nie są traktowane jako zdrada małżeńska. To, co dziwi często obcokrajowców, to również brak wstydu w odniesieniu do nagości. Powściągliwi i nieśmiali w kontaktach z innymi mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni bez żadnego skrępowania korzystają z łaźni publicznych, które nawet jeśli nie są koedukacyjne, to oddzielenie części męskiej od damskiej bywa w nich symboliczne. Nie widziałam też nigdy cienia zażenowania na twarzy poważnych biznesmenów lub nastolatków, którzy w metrze czytali mangi z lolitkami jako głównymi bohaterkami. Nazwanie tych komiksów pornografią będzie eufemizmem.
Wstyd – powierzchowne zachowanie czy wewnętrzne prawo moralne
Japończycy poczuli się dotknięci książką Chryzantema i miecz. Według nich Benedict nie uchroniła się od błędu stronniczości i przyznała wyższość kulturze winy. W odbiorze człowieka Zachodu wstyd kojarzony jest jako powierzchowne uczucie, a to z góry stawia go na przegranej pozycji względem winy, która wynika z systemu wartości. Ciekawą polemikę z Benedict podjęła Takeo Doi – jedna z czołowych japońskich psychiatrów – w książce The Anatomy of Dependence. Przekonuje, że Japończykom również nieobce jest poczucie winy, jednak przeżywane jest ono zawsze w kontekście relacji międzyludzkich. Najwyraźniej można to zaobserwować w sytuacji, gdy Japończyk zdradza grupę, do której przynależy. Według Takeo pojawia się wówczas nie tylko wstyd jako uczucie związane z byciem przyłapanym na czymś, ale też głębokie, angażujące całego człowieka uczucie, wypływające z głębi – poczucie, że niepotrzebnie zrobiło się coś, co się zrobiło. Prowadzi to zazwyczaj do aktu skruchy. Dowodem na to jest mocno zakorzenione w japońskiej kulturze słowo sumanai – które literalnie znaczy „przepraszam”, jednak zawiera w sobie również prośbę o przebaczenie, zakłada dobrą wolę drugiej strony.
Struktura japońskiego poczucia winy wygląda więc następująco – od zdrady do aktu skruchy. Jako potwierdzenie takiego modelu autorka przytacza anegdotę, która przydarzyła się jej amerykańskiemu psychiatrze podróżującemu do Japonii. Wypełniając papiery imigracyjne, przeoczył jakąś rubrykę i został wezwany przez urzędnika biura imigracyjnego. Żadne tłumaczenia nie przynosiły skutku, strażnik był nieprzejednany. W końcu psychiatra powiedział słowo „przepraszam” i zamierzał wytoczyć kolejne argumenty, gdy tymczasem urzędnik zmienił ton i zwolnił go. Potraktował to jako sumanai, na które czekał. Takeo Doi wyśmiewa to, że odkąd Benedict nazwała ludzi Zachodu społeczeństwem kultury winy, są oni tak opieszali w przepraszaniu.
Wstyd, głupcze!
Współczesny zachodni świat traci poczucie wstydu. Wraz ze wzrastającym poczuciem niezależności, skupieniu się na sobie, na swoich potrzebach i zachciankach, dajemy sobie wmówić, że nie mamy czego się wstydzić. Jeśli miałoby się pojawić jakieś niepokojące uczucie zawstydzenia, to wystarczy stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie sto razy, że jesteśmy najlepsi, najmądrzejsi, najpiękniejsi i najszlachetniejsi. Jeśli czegoś jeszcze możemy się wstydzić, to tego, że coś zdołało nas zawstydzić.
Wspominam dziś z rozrzewnieniem swoją przygodę z Akane. Nadal mam przed oczami jej schyloną w geście przepraszania głowę. Tak sobie myślę, że wyszłoby nam na zdrowie, gdybyśmy dostali od Japończyków porządną lekcję wstydu. Wstydu publicznego i prywatnego. Żebyśmy tak wszyscy, po kolei, od samej góry aż po dół – jak tego japońska hierarchia wymaga – potrafili się ze wstydu zaczerwienić.


