Noc leśnych dziadków
Trudno mieć zaufanie do państwa, jeśli nie można wierzyć w rzetelność wyborów, które wyłaniają jego władzę. A ta wiara jest - sądzę, że nie tylko we mnie - z każdymi kolejnymi wyborami coraz słabsza.
Fatalna ordynacja, która redukuje prawa wyborcy do udziału w plebiscycie, w którym głosować może tylko na partyjne szyldy, a o tym, kto ostatecznie zostanie jego głosem wybrany, decydują prezesi - to już wystarczający powód, by takie wybory lekceważyć i powiększać absencję. Tym bardziej źle, gdy podejrzany jej sam system oddawania i liczenia głosów oraz gremia, które się tym zajmują.
W eurowyborach Niemcom podliczenie około 40 milionów głosów zajęło 6 godzin. Oficjalne wyniki znali już niedługo po północy, podobnie obywatele innych państw zachodnich. Nawet Ukraińcy, którzy nie są uważani za kraj cywilizacyjnie przodujący, a na dodatek mają u siebie prawdziwą wojnę domową z setkami zabitych i chaosem na sporym obszarze kraju, zdołali podać wyniki swoich wyborów prezydenckich, przypadkiem wypadających tego samego dnia, już po kilkunastu godzinach.
A 7 milionów polskich głosów nasze leśne dziadki z PKW liczyły, liczyły, liczyły... Ponad dobę!
Czyż samo w sobie nie jest to kompromitacją? I dowodem na to, jak żałosne są te głoszone w prorządowych mediach z wymuszonym entuzjazmem zachwyty, jaki to awans cywilizacyjny, jacy jesteśmy ważni, jak fajnie jest i europejsko?
Oczywiście, skoro PiS zupełnie otwarcie nie wierzy w uczciwość wyborów i domaga się ich kontrolowania, to prorządowe salony czują się w obowiązku bronić oczywistego dziadostwa do upadłego. Nawet gdy znienawidzony PiS przedstawi film, na którym czarno na białym widać, jak pracuje obwodowa komisja. Nawet kiedy sama PKW przyznać musi, że to, co na nim widać, to skandal i przestępstwo wyborcze, autorytety będą chóralnie gęgać, że to tylko "dowody", że Polacy nic się nie stało, a jeśli nawet się stało, to żadnego wpływu nie miało.
Wiadomo, że jak Macierewicz powie, że Ziemia krąży wokół Słońca, to każdy głupek z pretensjami do bycia "fajnym" wydmie wargi i z pogardą oznajmi, że jest odwrotnie, i dla ludzi "na pewnym poziomie" jest to oczywiste.
Tyle że wyspa ludzi "na pewnym poziomie" (we własnym przekonaniu) stale się kurczy, a jej wydymanie warg i lekceważące "no przecież" dla coraz większej liczby Polaków są nieprzekonującą, a nawet przeciwnie - są dowodem, że skoro "elity" tak mówią, to jest to taka sama, nazwijmy to delikatnie, "tischnerowska" prawda, jak to, że młody Wałęsa regularnie wygrywał w totolotka, albo że polscy zbrodniczy "sąsiedzi" z Jedwabnego pozostawili po sobie stosy karabinowych łusek.
Nie wiem, czy wybory zostały sfałszowane, ale że jest to technicznie możliwe i łatwe - nie mam wątpliwości. Ponad 280 tysięcy głosów, czyli ponad 4 procent wszystkich, jakie oddano, uznano za nieważne. Czy naprawdę ponad ćwierć miliona Polaków jest tak głupia, że nie umie postawić krzyżyka we właściwej kratce? I jak to się dzieje, że odsetek głosów nieważnych wzrósł - z wyborów na wybory - wraz ze spadkiem frekwencji, choć spadek ten oznacza, że poszły tylko "żelazne" elektoraty? Ci, którzy wiedzieli, na kogo chcą zagłosować, i byli w tym zdeterminowani chyba właśnie powinni nieważnych głosów oddać mniej, prawda?
PO, po długim, długim liczeniu wygrała dwudziestoma tysiącami głosów. Tych dwadzieścia tysięcy uratowało jej prestiż. A to mniej niż 10 procent kartek uznanych przez komisje wyborcze za nieważne.
Do tego trzeba dodać coraz liczniejsze, składane pod imieniem i nazwiskiem oświadczenia w rodzaju: osobiście zagłosowałem na kandydata X, wiem na pewno, że zrobiło to ileś tam innych bliskich mi osób, a w wywieszonym przez komisję protokole napisano, że padło na niego 0 głosów.
Do tego trzeba dodać, że te komisje wyborcze, które liczą nasze głosy, to często jeszcze ci sami ludzie, co zliczali głosy na Front Jedności Narodu i czuwali nad "referendum" Jaruzelskiego. Histerycznie nienawidzący prawicy i panicznie się bojący jej wyborczego zwycięstwa. A jeśli nawet nowi, młodsi, i nie tak oddani władzy, to ta sama, niezmieniona pozostaje struktura - i tajemnicze szkolenia PKW w Moskwie, same w sobie będące powodem, by do reszty stracić zaufanie do wyborów, raczej jej nie zmieniły na lepszą ani bardziej wiarygodną.
Salony, które dzisiaj zanoszą się oburzeniem, jak można uczciwość wyborów kwestionować, same nic innego nie robiły w roku 2007, gdy panowało przekonanie, że PiS gładko uzyska większość i dokończy budowy znienawidzonej przez nie IV Rzeczpospolitej - proszę zerknąć sobie w ówczesne wydania "Gazety Wyborczej" czy "Polityki", porównać, co mówili dzisiejsi prominenci władzy, teraz zanoszący się oburzeniem na "podważanie zaufania do instytucji państwa".
Przy tej skali histerycznej nienawiści do Kaczyńskiego i strachu przed zmianą władzy nie mam wątpliwości, że jeśli wybory wypadną nie po myśli elit, nie będą one miały najmniejszych skrupułów, by podważyć ich legalność. A dopóki głosy liczone są przez leśnych dziadków - jest to naprawdę szalenie łatwe.
Być może wybory do Parlamentu Europejskiego to ostatni dzwonek, żeby cofnąć Polskę ze ścieżki prowadzącej do głębokiego kryzysu. Od tych wyborów niewiele zależało - tylko to, kto się dorwie do kasy, do której tak czy owak się ktoś dorwie. Ale w następnych wyborach walka politycznych plemion będzie się toczyć o sprawy zasadnicze.
Nie wydaje mi się, żeby było tu coś do wymyślenia, czego świat nie wymyślił już dawno. Kupmy te maszyny, na których liczą głosy na Zachodzie, zmieńmy system na wzór tamtejszego, zaostrzymy kontrolę nad liczeniem, no i zrezygnujmy z tej kompromitującej i budzącej zrozumiało podejrzliwość putinowskiej informatyki na rzecz czegoś, czemu bardziej można ufać...
Nie wiem zresztą, nie znam się na szczegółach, ale coś trzeba z tym zrobić, żeby na przyszłość Polacy mogli w wyniki wyborów wierzyć! Bo, mam wrażenie, znowu powtarza się historia z samolotami dla VIP-ów, na które przez dwadzieścia lat skąpiła Rzeczpospolita pieniędzy, aż w końcu doszło do tragedii.
To, że po ćwierć wieku Państwowa Komisja Wyborcza wygląda i działa jak za towarzysza Ćwieczka, to kuriozum i skandal. I czasu, żeby to naprawić, jest niewiele. Bo znowu się potwierdzą słowa klasyka, że Polak "i przed szkodą, i po szkodzie głupi".


