Tottenham - Manchester City 0:1
żywe widowisko, które pomimo zaledwie jednego gola (a nie do tego nas przyzwyczaiły obydwa zespoły grając ze sobą) dostarczyło dużo emocji. Początek wyraźnie ze wskazaniem na gospodarzy, szybko wywalczony rzut rożny, kolejno dwie znakomite szanse Harry'ego Kane'a, a i bliski szczęścia był również Eric Dier. Przyjezdni zaczęli atakować dopiero po kilkunastu minutach, ale jak już przychodziło do ofensywy, to zawsze zostało stwarzane zagrożenie pod bramką Llorisa. Najpierw sędzia popełnił błąd, nie dyktując ewidentnej jedenastki po faulu na Agüero. Dla Argentyńczyka dobrze, że do siatki Kogutów w końcu trafił i zrewanżował się arbitrowi, który go skrzywdził niewiele wcześniej. Worek z bramkami jednak się nie rozwinął, a gospodarze nie zamierzali zaprzestawać prób pokonania Harta. Aktywny był zwłaszcza Chadli, który obok wspomnianego już Kane'a, stanowił największe zagrożenie dla gości. Z kolei dosyć blado wypadł Eriksen, który zanotował wiele strat, a seria błędów z początku drugiej połowy była zapewne kluczowym argumentem dla managera Tottenhamu, aby już w 59. minucie zastąpić Duńczyka napastnikiem Soldado. Podobnie bez szału prezentował się Bentaleb, który zniszczył kilka ciekawie zapowiadających się akcji ekipy Pochettino. Myślę również, że zbyt późno na boisku pojawił się Adebayor. Ze swoimi warunkami fizycznymi Togijczyk zrobił różnicę w polu karnym, ale i umiejętnie rozgrywał piłkę przed linią szesnastki. Na więcej w ciągu sześciu minut pobytu na placu gry nie było go stać. Z Manchesteru warto wyróżnić świetnie broniącego Demichelisa, Argentyńczyk był właściwie bezbłędny. Znacznie gorsze zawody rozegrał Eliaquim Mangala, wielokrotnie dający się ogrywać zawodnikom gospodarzy, podobnie jak niezgodnie z oczekiwaniami wypadł Milner. Pozostali piłkarze Pellegriniego bez zarzutu, a po raz kolejny o swojej wysokiej formie dał znać Joe Hart, który wielokrotnie zapobiegł utracie i słusznie tuż po końcowym gwizdku to właśnie na Anglik swoją uwagę skupił realizator transmisji.



