Wczoraj jak przystało na piątek piąteczek piątunio melanżowałem, ale przez pierwsze kilka godzin nie potrafiłem się wyluzować bo siedzi mi na karku ten pieprzony Finał LM o którym każdy marzy.
Ja to w ogóle mam niemalże legandarne problemy z emocjami towarzyszącymi meczom Barcelony, to już w sumie 10 lat jak przestałem (z nielicznymi wyjątkami oczywiście) oglądać mecze w domu, wszystko wspólnie z innymi kibicami i to mnie trochę ratuje bo między innymi czubami czuję się normalniej
Ale jak potrafię świrować podczas przeciętnego meczu tak przed GD jestem cokolwiek nieprzytomny z emocji a Finał LM to co najmniej ta sama skala a więc...

Wspaniale, że gramy z Juventusem, ewentualny Finał LM przeciwko Realowi mógłby się okazać ponad moje siły. Nie mogę napisać, że potencjalna porażka z Juve po mnie spłynie bo to by było kłamstwo, ale ładunek wydaje się być do udźwignięcia. Zdaję sobie sprawę, że to jest jeden mecz przeciwko świetnemu rywalowi i pełne przekonanie o zwycięstwie wyklucza się z racjonalnym podejściem a tego praktycznie nigdy nie porzucam.
Co ja pierdolę, to się nie dzieje
Dawać już ten mecz, chcę zalać szampanem kolejną koszulkę, kolejny lokal. Wcześniej znowu się zalać piwem bo przecież nie będę mógł odłożyć butelki, co wtedy zrobię z rękami w emocjach? Będę wstawał i skakał i pierdolił defetystyczne głupoty po każdej zmarnowanej akcji chociażby średniej jakości, moi kompani pewnie już nie mogą się doczekać
#barcamusisz #mentoroddychaj


