West Bromwich Albion - Manchester City 0:3
wszyscy widzieliśmy, jak to wyglądało. Tak jednostronnego pojedynku nie było od czasu Chelsea - United na Stamford Bridge, ale z tą różnicą, że The Blues świadomie się cofnęli i szukali tej jednej jedynej akcji, zaś dzisiejsi gospodarze byli po prostu bezradni wobec kapitalnie grającego Manchesteru. Rywal z nie najwyższej półki, ale przecież podopieczni Tony'ego Pulisa to zespół, który na własnej ziemi potrafił już uprzykrzyć nosa Czerwonym Diabłom, czy zwyciężyć Chelsea, zatem Obywatele musieli się liczyć z tym, że łatwo nie będzie. A jednak było. Pierwszy gol nieco kuriozalny, ale z drugiej strony chyba nikt nie powątpiewał w to, że w końcu on wpadnie. Następnie już się posypało, a jedyne wart uwagi okazje dla WBA to rzuty wolne w wykonaniu Lamberta. Tych akcji, w których odgwizdywano pozycje spalone, którymi jarali się komentatorzy, nie liczę, ponieważ nie ma sensu, skoro zagrane zostało wbrew przepisom. W Manchesterze imponująco wyglądał Sagna, również świetnie linia pomocy z Silvą i Yaya Touré. Fernandinho popełnił dwa, trzy drobne błędy, podobnie jak Mangala, który (jeszcze) mnie nie przekonuje. Bony poza asystą wyglądał jak Lambert. Od następnego meczu w podstawowym składzie zapewne już Sergio Agüero.
Takiego City, to i mogę się bać. Będzie ciężko, już dawno Chelsea nie zebrała porządnego lania (pomijam klęskę z WBA, gdy właściwie cieszono się już mistrzostwem), a w ostatnim czasie z zespołami ze ścisłej czołówki wiodło się znakomicie. Czy uda się pociągnąć tę passę? Zobaczymy.
Aha. Yacob niczego się nie nauczył z poprzedniego sezonu. Wciąż drugi Cattermole i (za przeproszeniem) siano w głowie.



