Manchester City - West Ham 1:2
niesamowitym jest fakt, że Obywatele tego meczu przynajmniej nie zremisowali. Paradoksalnie, pomimo trzech bramek w pierwszej połowie, to dopiero druga część rywalizacji dostarczyła widzom prawdziwych emocji. Złożyło się na nią niebywałe oblężenie bramki Młotów i aż ciężko uwierzyć, że nic nie wpadło. Dwa minimalnie niecelne uderzenia Yaya Touré, do tego kolejne dwa zablokowane strzały tego samego gracza, ponadto, również liczne próby ze Agüero, de Bruyne, czy nawet Kolarova. Najsłabszy w linii ataku chyba Sterling, który wielokrotnie tracił futbolówkę, bo nawet mało produktywny Jesús Navas przynajmniej miewał udane dryblingi i jedyne czego zabrakło, to dokładne dośrodkowania bądź zrozumienia z partnerami. Bony nie dał żadnej zmiany, kolejne bezbarwne minuty ze strony Iworyjczyka. Jeśli chodzi o drużynę Bilicia, to w ciągu dziewięćdziesięciu minut właściwie wykreowali zaledwie cztery okazje pod bramką Harta, z czego dwie wykorzystali. Myślę, że za groźną sytuację można również uznać tę z udziałem Sakho, już w drugiej połowie, ale wykazał on tę samą niecelność, co zawodnicy City w trakcie niesamowitego naporu. Cóż, bez wątpienia należy docenić Manchester za walkę do końca, stworzenie sobie tak wielu znakomitych okazji na gola, ale tym samym słowa uznania dla przyjezdnych, że to, co mieli, byli w stanie wykorzystać, a do tego wykazali się skuteczną (momentami wzmocnioną dozą szczęścia) defensywą. Zwłaszcza Adrián w kilku przypadkach czynił cuda.



