Manchester City - Newcastle United 6:1
byliśmy świadkami dwóch diametralnie różnych połów w wykonaniu Obywateli. W pierwszej poza sytuacją Fernando, sporadycznymi, ale niecelnymi uderzeniami z dystansu, a także wyrównującą bramką Agüero, Manchester nie zaprezentował niczego więcej w przeciwieństwie do przyjezdnych, którzy stworzyli kilka naprawdę niebezpiecznych sytuacji pod bramką Harta i można naliczyć co najmniej dwie, trzy dogodne okazje ku temu, aby prowadzenie było wyższe niż 1:0. Drugie czterdzieści pięć minut to już jednak koncert jednego zespołu. Agüero skradł show, ale uważam, że warto nie zapominać o tym, co grali de Bruyne oraz Silva. Ten pierwszy kapitalnie dogrywał i dorzucił do swojego konta następne asysty, a i potrafił pokonać Krula, bardzo efektownym, aczkolwiek odnoszę wrażenie, iż nie do końca czystym, uderzeniem. Hiszpan z kolei udowodnił, że jest niezbędnym elementem układanki Pellegriniego. Nieco gorzej, aniżeli zawodnicy z ataku, prezentowali się defensorzy Manchesteru. Mangala zawinił przy straconym golu, Otamendi również momentami niepewnie, a Zabaleta kilkakrotnie pozwolić się ograć jak dziecko. Jedynie Argentyńczyka można usprawiedliwić długą pauzą oraz trwającym dopiero powrotem do rytmu meczowego. Natomiast Kolarov dosyć solidnie, aczkolwiek dzisiejszego popołudnia nieco mniej skutecznie wiodło mu się w ofensywie. Na koniec jeszcze słówko o Newcastle. Pomimo dotkliwej porażki, Chancel Mbemba potwierdził, że obdarzony jest niemałym talentem. Po rewelacyjnym występie przeciwko Chelsea dzisiaj również mi zaimponował. Zresztą już podczas tegorocznego Pucharu Narodów Afryki był jedną z jaśniejszych postaci w Demokratycznej Republice Konga. Pewne zwycięstwo Manchesteru, czym piłkarze z Etihad zrehabilitowali się swoim fanom ze ostatnie ligowe wpadki.



