A ja miałem w technikum znajomą Asie, która paliła 2 paczki dziennie. Nazywaliśmy ją asiabecher (aszynbecher to popielniczka po Śląsku). Dobra sucz była i inteligentna, ale zapach z jej ust tak nieziemsko odpychał, ze głowa mała. Jak sie nie miało fajek, wystarczyło podbić na 2 minutki pogadać i rak dokarmiony. Straszne to było. A ona nic z tym nie robiła, ani gumy ani kurkumy.
Wysłane z iPhone za pomocą Tapatalk



