O co kaman?
Post Wyświetl pojedynczy post autor: Mentor » 11 sie 2007, 15:26
Mentor

Bruno Banani

Post Wyświetl pojedynczy post autor: bellus » 20 sie 2007, 23:08
Zgadza się, ktoś z tym artykułem?Bruno Banani pisze:http://www.gazetawyborcza.pl/1,75515,4393674.html
bellus
Post Wyświetl pojedynczy post autor: Mentor » 21 sie 2007, 1:33
Albo:W środę pod moimi oknami przedefilowały setki ludzi wyszkolonych do zabijania innych ludzi. Przejechały dziesiątki pojazdów skonstruowanych w ten sposób, by jak najskuteczniej niszczyć inne pojazdy i eliminować ich kierowców. Przeleciało kilka samolotów przeznaczonych do walki z innymi samolotami i zrzucania śmiercionośnych bomb. Impreza zgromadziła tłumy: tatusiowie w podnieceniu robili zdjęcia, mamy próbowały choćby na chwilę usadzić swoje pociechy na krawędzi prawdziwego wozu bojowego - maszyny do zabijania, która w ciągu sekundy może rozwalić dziesiątki naszych wrogów.
Generalnie jednak gdybym miał oceniać tekst jako całość to nie zgadzam się z autorem. Inna sprawa, że moralności w tej sytuacji można postawić świeczkę [']Nie wiem, czy którekolwiek z urządzeń prezentowanych w Alejach Ujazdowskich było w rzeczywistości wykorzystywane do zabijania ludzi. Ale gdyby którąś z armat opatrzono tabliczką: "Z tego oto działa nasi dzielni chłopcy zabili tysiąc talibów" - nie wątpię, że właśnie ona cieszyłaby się szczególnym powodzeniem wśród przechodniów. Wzorowi tatusiowie-patrioci kazaliby synom pozować na jej tle, a mamusie - równie gorące patriotki - zwracałyby uwagę córek na przystojnych żołnierzy, którzy własnoręcznie odpalali to cudo, które rozrywało na strzępy i wypruwało wnętrzności z naszych wrogów.
Mentor

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Bruno Banani » 21 sie 2007, 14:00
Bruno Banani

Post Wyświetl pojedynczy post autor: assurbanipal » 21 sie 2007, 14:21
:hah: pewnie lewica to tylko głosi wolną miłośćTa prawicowa fascynacja skłonnością do przemocy - elementem niewątpliwie zwierzęcym w człowieku - zawsze wprawiała mnie w zdumienie.
a tak bardzo kochana przez lewaków Francja co robi dorocznie podczas swojego święta? A Fidel to po Hawanie to niby robi parady starych furmanek 8/Choć potrafię zrozumieć tę dziką ekscytację, jaką maszyny do zabijania wzbudzają u większości ludzi (przyznajmy ze wstydem: głównie mężczyzn), to nie potrafię pojąć, dlaczego jest ona nie tylko tolerowana, ale i promowana przez państwo.
.... pewnie talibów i benka otoczyć miłością ... a jak zabiją ci matkę w zamachu ... podziekój im będziesz miał zwrot za polisę ubezpieczeniowąAle gdyby którąś z armat opatrzono tabliczką: "Z tego oto działa nasi dzielni chłopcy zabili tysiąc talibów" - nie wątpię, że właśnie ona cieszyłaby się szczególnym powodzeniem wśród przechodniów.
.... dziwię się, że tak "wielki" naukowiec nie odróżnia patriotyzmu od nacjonalizmu .. to wypisz wymaluj modelowy przykład naszych mediów idący często jeszcze dalej .... do oskarżania kogoś o nazizm i rasizm ... a właśnie autor do tego zmierzał wg. mnie.A przedkładanie interesów obywateli państwa, w którym akurat żyjemy, ponad interes pozostałych ludzi jest poważnym występkiem moralnym.
ok ... tylko co to ma wspólnego z uroczystościami do których nawiązywał autor. No chyba, że na czołgach były napisy ... przeznaczone wyłącznie do użycia przeciwko czarnym...Niemcom itp.Dlatego granice państw nie wyznaczają granic naszych zobowiązań moralnych, a życie każdego człowieka powinno posiadać dla nas taką samą wartość - bez względu na to, czy ów człowiek jest czarny, czy biały, czy mieszka po tej stronie Odry czy po drugiej.
assurbanipal

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Nurni Flowenol » 21 sie 2007, 15:49
UmarlemPodział świata na państwa narodowe jest przypadkowym i krótkim epizodem w dziejach ludzkości - istnieje nie dłużej niż jakieś 150 lat. Współczesny model patriotyzmu, do którego odwołują się polscy przywódcy, powstał w końcu XIX wieku, kiedy masy zaczęły wkraczać na scenę polityczną i uświadamiać sobie, że są akurat Polakami, a nie po prostu "tutejszymi". Cześć powstających wówczas partii politycznych (na ziemiach polskich była to przede wszystkim Narodowa Demokracja) postanowiła wykorzystać najniższe instynkty owego niewykształconego ludu - nienawiść do wszystkiego, co inne i obce. W tym sensie nowoczesny patriotyzm jest równolatkiem nowoczesnego antysemityzmu.
Nurni Flowenol

Post Wyświetl pojedynczy post autor: bellus » 21 sie 2007, 16:12
bellus
Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 29 sie 2007, 12:44
Szok GW puka w dno od spodu.Bruno Banani pisze:http://www.gazetawyborcza.pl/1,75515,4393674.html
Oto "list" który ja na miejscu redaktorów GW nazwał bym „Ziomals atak”. Nie chce już polemizować z tezami, które w niezwykle dziwny sposób zamieścił ten młody człowiek w swym „liscie” bo mogę w bardzo łatwy sposób obalić ostatecznie te wszystkie wierutne bzdury, który o tym swoim prymitywnym „językiem polskim” wypisuje.GW pisze:Ello. Wróciłem z emigracji do Polski, tak na trochę, i megażałuję. Gdy wyjeżdżałem z mego miasta, było wielu ziomków z pokolenia '80-85. Teraz jakby ich wywiało, nie ma 90 procent. Na ławki przychodzą teraz same nastolatki, starsi to jakieś niedobitki. Z mojego rocznika z klasy same niedorajdy pozostawały, jakiś zapluty Zyzio i gruby Bolo - pisze w liście do Gazety Wyborczej czytelnik przedstawiający się jako Rasfufu.
W Anglii ludzie się całe weekendy bawią. U nas nawet nie ma takiej nuty, czyli muzy jak u Angoli. Ostatni didżej grający to, co lubię, wyemigrował na wyspy. Nuda jest wielka, doszło do tego, że na weekend wsiadam w banę i jadę na dżampy reggae do innego miasta.
Czasem na bibkę biorę ze sobą ziomków z dzielni i stawiam im przejazd. Bilety są megadrogie. Jak się jedzie osobowym w tą i z powrotem, to taki bilet kosztuje tyle sieki co w Anglii, tylko że pociąg to ostatnia kupa. U Angoli druga klasa to jak u nas biznesklas, u nas za tą samą siekę ktoś zapodaje plastikowe ławki. Jak ktoś ma w Polszy rodzinę z dziećmi, to tylko może na chacie siedzieć.
Na jeden weekend wydaję 400 zika: jakieś 120 zika na bilety, 30 na żarło, 200 idzie na wejście na bibkę i napoje, alku nie piję, a bez alku napoje są droższe od browów, za dużą kokakolę w barze na imprezie dla rasta płaci się 15 zika. Z 10 napojów spokojnie wypiję = 150 zika.
Na same impry idzie mi na miech jakieś 1600 zika, do tego różne zajawki w stylu rower do downhillu za parę kafli, w który miesięcznie części ładuję za jakieś 2-3 stówy, o wyjazdach w góry nie wspominam. Do tego szama, a ja jem wegańsko. Owoce w Polsce są droższe niż w Anglii na ryneczku, nie ma, że ananasy kosztują 3 złote za sztukę. Gdzie marakuje, papaje, gdzie bataty. Na szamę w Polsce tyle samo co w Anglii wydaję.
W mieście, gdzie mieszkam, totalna pustynia. Nie ma fajnych musikali, nowych oper poza muzealnymi starociami sprzed dwustu lat, nie ma na co pójść. W Anglii byłem raz w operze i było zaje...wesoło i inteligentna nówka opera szła. W Polsce nie ma fajnych imprez, w ogóle nie ma emcees. Kulturalnie jesteśmy lata do tyłu.
Tutaj ludzie są tak na maksa biedni, że siedzą i się nudzą. Byliśmy na wsi, za stodołą dresy słuchały diskopolo na komórce. Znajomy dred z małego miasteczka opowiadał, ze wszystkie ziomy z bloków chrupią fukę, czyli amfę, i jako rasta nawet nie miał z nimi o czym gadać. Jedyną opcją jest dla niego iść na chatę, włączyć telepralnię i pstrykać pilotem.
Ludzi nie stać na założenie rodzin, chyba że chcą wegetować, a nie normalnie żyć.
Miasta tego kraju są megabrzydkie, z blokowisk zrobiły się slamsy z chwastami na trawniku i każdym balkonem obudowanym w inny sposób, bez kitu w Rumunii jest lepiej - wiem, bo byłem. Ulice i miasta to chaos, pstrokate szyldy w nieładzie, zero ścieżek rowerowych, zero zieleni, sam beton, hałas i samochody. Parki to wychodki dla psów, trawnika się nie uświadczy, a ja trenuję sztuki walki i potrzebuję kawałka zielonego i równego. Jest meganiebezpiecznie, na maksa nazioli, chodzą po mieście i klepią ludzi za długie włosy czy ciuchy rapera nawet.
Ten kraj jest tak porąbany, że nikt tutaj wam z Anglii czy Irlandii nie wróci, a jak już, to stwierdzi, że się pomylił i pojedzie z powrotem. A wy nic nie umiecie z tym zrobić. Poza pieprzeniem o patriotyzmie i wieczną walką o władzę. Jestem patriotą i wolę mieszkać w Anglii. Niech wam zostaną same Zyzie, Bole i chrupiące fukę dresomuły, które nie wyjadą, bo nie umią i się boją, z nimi sobie budujcie waszą IV RP. IV Rumunię Północy.
franz
Post Wyświetl pojedynczy post autor: Yukasz » 06 wrz 2007, 22:59
SE pisze:Dziad boi się przyjechać na pogrzeb syna
Dziś po południu na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie pochowany zostanie Paweł N. ( 33 l.), ps. Mrówa, syn Henryka N. ps. Dziad, domniemanego szefa gangu wołomińskiego.
Jak ustaliliśmy, "Dziad" boi się o własne życie i nie chce przyjechać z więzienia na pogrzeb syna.Ę
"Mrówa" był oczkiem w głowie ojca. Zginął dwa tygodnie temu, postrzelony przez swoich wrogów na warszawskim Targówku. "Dziad", który siedzi w radomskim więzieniu, bardzo przeżył śmierć ukochanego syna. Chciał być na pogrzebie.
Przepustka na pogrzeb
Adwokat Henryka N. wystąpił o przepustkę z Zakładu Karnego w Radomiu, gdzie "Dziad" odbywa resztę kary (wolność odzyska dopiero we wrześniu przyszłego roku). Strażnicy więzienni szykowali się już do konwoju. Ale wczoraj "Dziad" niespodziewanie zmienił zdanie. Zaskoczyło to administrację więzienną. - Henryk N. odmówił wyjazdu na pogrzeb w konwoju - potwierdza mjr Luiza Sałapa, rzecznik Służby Więziennej.
"Dziad" jest kompletnie załamany, stracił sens życia. Rodzina jest dla niego wszystkim. Po śmierci Pawła Henryk miał widzenie z żoną. Oboje płakali. Gdyby wziął udział w ceremonii pogrzebowej - jak początkowo zamierzał - pojechałby na cmentarz w konwoju, pod eskortą, zakuty w kajdanki. Może uznał, że w taki sposób nie chce żegnać dziecka - sugeruje przyjaciel rodziny.
Kogo boi się "Dziad"?
Może "Dziad" boi się, że na warszawskim cmentarzu dosięgną go kule wrogów? 9 lat temu w zamachu zginął jego brat Wiesław, nazywany Wariatem. W wywiadzie, którego udzielił kilka tygodni temu "Super Expressowi", powiedział, że wie, kto stoi za śmiercią brata. Usprawiedliwiał jednak zabójców.
Brat wielu ludziom szkodził, bombę podłożył "Słowikowi" (jeden z przywódców gangu pruszkowskiego - przyp. red.)... - powiedział nam Henryk N. Widać wyraźnie, że "Dziad" nie chce drażnić szefów Pruszkowa, mimo że to najprawdopodobniej oni stali za śmiercią jego brata.
Dlaczego zginął "Mrówa"?
Paweł N. ps. Mrówa, syn "Dziada", prowadził prężną firmę budowlaną, budował i sprzedawał domy. Świetnie zarabiał, ułożył sobie życie, odnalazł się w biznesie, założył szczęśliwą rodzinę Jego żona jest w szóstym miesiącu ciąży. Przestępcy, którzy niegdyś tworzyli warszawski półświatek, twierdzą jednak, że niezależność i bogactwo "Mrówy" kłuły w oczy.
- Podobno chłopak ostatnio się rozhulał. Nie rozliczył się ze wspólnikami z 3 mln zł - mówi jeden z oficerów policji. Policja podejrzewa, że za egzekucją "Mrówy" stoi rosyjski kiler. Działał ponoć na zlecenie Rafała S. ps. Szkatuła (33 l.), który wyrasta na człowieka numer jeden w warszawskim świecie przestępczym. Poszukiwany listem gończym bandyta jest bezwzględny. Pełno przy nim egzekutorów, którzy uprowadzonym ofiarom obcinali palce - mówią "starzy" gangsterzy.
"Szkatuła" próbuje połączyć niedobitki gangu mokotowskiego i żoliborskiego. Była gwardia Pruszkowa jest przekonana, że poza "Szkatułą" w zabójstwo Pawła N. może być zamieszany też "Rympałek". "Super Express" ustalił, że kilka dni przed zabójstwem Pawła N. "Rympałek" groził śmiercią jego wspólnikowi z branży budowlanej. Chciał pieniędzy. Niewykluczone, że również od "Mrówy".
Pogrzeb na Bródnie
Pogrążona w rozpaczy matka zamordowanego Pawła N. powiedziała nam, że gdyby zabójca jej syna chciał pieniędzy, to mógł najpierw przyjść do niej - oddałaby mu wszystko, co ma.
- Chcę tylko spojrzeć temu człowiekowi w oczy, żeby mi powiedział, dlaczego - mówi w bólu Jolanta N.
Paweł N. zostanie pochowany przy jednej z głównych alej nekropolii, kilka kwater od grobu swojego wujka Wiesława N. ps. Wariat, zastrzelonego w porachunkach mafijnych w 1998 r. Policyjni tajniacy będą nagrywać wszystkich żałobników. Wczoraj znajomi Pawła N. załatwiali ostatnie formalności dotyczące pochówku. Na cmentarzu pojawiła się m.in. ciemnogranatowa limuzyna z przyciemnionymi szybami i postawnym mężczyzną za kółkiem.
Dziś nad grobem syna zapłacze matka. Sama, bo jej mąż obawia się o swoje życie. Chyba że w ostatniej chwili "Dziad" zmieni zdanie i przyjedzie na pogrzeb. - Jesteśmy na to przygotowani - mówią strażnicy więzienni.
Miłośnik gołębi
Henryk N. (59 l.) ps. Dziad to domniemany szef mafii wołomińskiej. Urodzony w Warszawie, dorastał na Targówku. Handlował na słynnym bazarze Różyckiego. Ale prawdziwe pieniądze zarobił na przemycie spirytusu. Zarobioną fortunę lokował w nieruchomości i w działki na Mazurach.
"Dziad" to człowiek bardzo rodzinny, miłośnik gołębi. W 1998 roku w porachunkach Wołomin - Pruszków zastrzelono jego starszego brata Wiesława N. ps. Wariat. Samego "Dziada" aresztowano w 1999 r. Do zakładu karnego trafił, bo zlecił pobicie i podżegał do zabójstwa "Wańki", jednego z szefów Pruszkowa. Nigdy się do tego nie przyznał. Oskarżany był m.in. o współudział w kierowaniu grupą przestępczą i przestępstwa na zlecenie. Nie udowodniono mu jednak do dziś, że walczył z mafią pruszkowską i kierował gangiem wołomińskim. Za kratkami spędził już osiem lat. Ma wyjść we wrześniu przyszłego roku.
autor: Bogdan Mors
Yukasz
Post Wyświetl pojedynczy post autor: cloner » 01 lis 2007, 23:17
cloner
Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 03 lis 2007, 18:06
Polemika ze Stecem czy udana ocencie sami.cloner pisze:http://www.sport.pl/sport/1,65025,4597811.html
Karol Nowakowski pisze:Stec Bzdur
List otwarty Karola Nowakowskiego w reakcji na tekst Rafała Steca z dnia 22 października 2007r. „Kibol i Fajne Dziewczyny”, Gazeta Wyborcza:
Pana blog opatrzony jest podtytułem: „Nie tylko o sporcie. Czasem ironicznie, czasem śmiertelnie serio. Zazwyczaj złośliwie. Zawsze bezkompromisowo.” Brakuje mi tu jednak sformułowania „nie zawsze prawdziwie”, gdyż teksty „nie o sporcie” i „złośliwe” często się z faktami mijają, bądź też fakty niewygodne dla autora przemilczają. Szkoda, że dotyczą one głównie kibiców czyli ludzi, których pan nigdy nie rozumiał i jak widać dalej nie rozumie.
„Kibol i Fajne dziewczyny” przypomina inne Pana teksty traktujące o podobnych sprawach. Wszystkie są pisane z pozycji loży prasowej i wszystkie są prezentacją „jedynie słusznego” stanowiska. To tak jakby dziennikarz został zaproszony przez jedną armię do swoich okopów i na podstawie zastanej tam rzeczywistości i korzystając z opowieści żołnierzy wizytowanej armii, opisywał okopy po drugiej stronie frontu i siedzących w nich przeciwników.
Szkopuł w tym, że sprawozdający nigdy nie pofatygował się na druga stronę frontu, a przeciwnika widział tylko przez lornetkę na chwilę wychynąwszy z okopów. Taki materiał już pozwala na „prawdziwe” frontowe korespondencje i wiwisekcję konfliktu.
Porównanie do wojny jest uzasadnione, ponieważ protest kibiców Legii Warszawa jest pokłosiem batalii wytoczonej przez zarząd i właścicieli klubu „chuliganom z Wilna”. Wojny, na której giną jednak nie wzmiankowani sprawcy zamieszek lecz kibice.
Zacznijmy od tego fragmentu:
„*Bywalcy tzw. żylety, czyli najsławniejszej trybuny Legii Warszawa, kontynuują swój - jak go nazywają - protest, ale nie wystarcza im już "tylko" nie wspierać piłkarzy dopingiem. Znudzeni biegają po całym sektorze, wyśpiewują nonsensy o właścicielu klubu, który uratował go przed bankructwem, etc. Zapaskudzają widowisko…”
Bywalcy, tzw Żylety i tzw Krytej (mam nadzieje nie damy się podzielić - pomimo istniejących różnic w ocenie sytuacji i podejmowanych działaniach) nie są znudzeni. Jesteśmy za to wielce zdeterminowani. Zdeterminowani by stanąć w obronie tego, czym jest dla nas kibicowanie, czym jest wolność człowieka, który sam z nieprzymuszonej woli wspiera swój klub. Nie wspieramy? A co Pan powie, np. o postawie 450 osób w Poznaniu, które swym dopingiem zagłuszały znaczną część wypełnionego do ostatniego miejsca stadionu przy ul. Bułgarskiej? Brak opraw, dopingu na Łazienkowskiej szokuje, ale jednocześnie pokazuje, ze konflikt jest realny i niekoniecznie wszystkie racja są po jednej stronie. Tym bardzie nie po tej jedynie słusznej...
Pana opis ignoruje istotę sporu, a wtedy łatwo pokazać wszystko jako czysty nonsens. Ale czy model kibica preferowany przez zarząd klubu nie jest wydumanym nonsensem? Nie zakładajcie Panowie Komentatorzy, że kibic to debil z piwem w ręku. Załóżcie chociaż na moment, że zdarza się również człowiek myślący, a nawet z poczuciem humoru. Przykłady? Ot taki: http://legia.tv/photos08j/08lks1_f66.jpg. Z pozoru nonsensowny happening, ale jak się zajrzy głębiej to i dowcipu i myśli dopatrzyć się można. Nie ma wulgaryzmów, ani noży, ani nawet narkotyków – choć to są ponoć standardowe akcesoria o których mówią „Walterowcy” . Słynny już okrzyk „Walter! CO?! Mordo Ty Moja” został nazwany przez członka zarządu KP Legia „żartem rynsztokowym”, a osobie, która intonowała taki okrzyk zagrożono zakazem stadionowym. To dopiero paranoja. „Właściciel klubu, który uratował go przed bankructwem” nie staje się z tego powodu nietykalny... Dobre uczynki powinny być docenione, ale nie mogą eliminować możliwość krytyki uczynków złych. Mariusz Walter nigdy nie pałał miłością do nas, co i rusz dając do zrozumienia, że się nas pozbędzie. Każdą metodą.
Niesławne wydarzenia z Wilnie wywołały natychmiastową, choć nieco chybioną, reakcję klubu. Wszyscy kibice zgadzają się, wbrew temu co zarząd klubu stara się pokazać, że dla osób biegających po murawie Vetry nie powinno być miejsca na Legii. W poszukiwaniu i karaniu (co niezbyt to się klubowi udaje), włodarze zapędzili się w ślepą uliczkę...
Wylano dziecko z kąpielą. Nie znając sprawców właściwych, pozbyto się przy okazji (nomen omen) Nieznanych Sprawców – grupy organizującej doping na Legii (niech Pan zajrzy co oni potrafią http://www.nieznanisprawcy.com/). Skorzystano, ze starej sprawdzonej metody wrzucenia do jednego worka prawd, półprawd i kłamstw. Przy okazji zakazów stadionowych dla „ekipy wileńskiej” nałożono kary na tzw. ultrasów (w tym kobiety! „laski” jak Pan mawia) za to, ze odpalili na meczu race. Race, których wykorzystanie klub akceptował, a z podjętych ustaleń później się wycofał. Co więcej w prowadzonej sprawie przedstawiciele, klubu zeznawali, że takiego porozumienia nie zawierali.
Kibic, gdy jest potrzebny, np. przy okazji lobbingu na rzecz nowego stadionu jest „ziomalem”, a jak już nie jest potrzebny to się nazywa go „bandytą i dilerem”.
Wiec o co walczymy? Nie o władzę, nie o pieniądze, ale:
- o piłkę nożną dla kibiców;
- o traktowanie kibica nie jako intruza i źródło kłopotów, ale pełnoprawnego uczestnika meczu;
- o możliwość prowadzenia zorganizowanego dopingu na Legii, co jest niemożliwe, gdy dla niektórych ultrasów utrzymywane są zakazy stadionowe i to pomimo braku prawomocnego wyroku;
- o pełne, rozśpiewane, kolorowe stadiony, nie będące jednak „schludnymi kompleksami rozrywkowymi”. Na schludnych stadionach, które Pan się chętnie powołuje często jest letnio i nijako;
- o jednolite i jasne stosowanie zgodnych z obowiązującym prawem reguł zarówno dla kibiców jak i pracowników klubu.;
- o możliwość swobodnego poruszania się po kraju w celu dopingowania własnej drużyny. Klub nałożył tzw. zakaz wyjazdowy na grupy zorganizowane i dokłada strań by takie grupy nie zasiadały i nie kibicowały swojej drużynie na stadionie przeciwnika, rozsyłając do klubów listy z danymi osób, zaliczanymi do uznaniowej kategorii „persona non grata”.
- o zaprzestanie traktowania kibiców w taki sam sposób jak klientów, widzów widowiska rozrywkowego odbywającego się w multipleksie.
Dalej pisze Pan tak:
„Drugi najdoskonalej spełnia się w Anglii, która produkuje najbardziej spektakularne i najbardziej dochodowe rozgrywki ligowe świata. (...) Czy wolimy cywilizowaną kibicowską kulturę wyspiarzy, którzy świetnie się bawią mimo braku petard i flag...”
Na Wyspach wprowadzono zaostrzone, przepisy prawne, zainwestowano w infrastrukturę (tu tez tak trzeba! – od tego zacznijmy!), na stadionach jest spokój. Względny spokój bo nie zawsze się pokazuje, ale dochodzi tam do bójek, a śpiewy okraszone wulgaryzmami nie sa rzadkim zjawiskiem. Jak Angole popiją w swoich pubach, albo jak pojadą za granicę to robią awanturę i o nich głośno co oznacza, że zastosowane instrumenty nie doprowadziły do fundamentalnej zamiany nastawienia i sposobu bycia angielskich fanów. W tym Waszym wyśnionym Albionie, jak sędzia „krzywo” gwiżdże to cale sektory, również rodzinne, krzyczą: bastard, twat, wanker, fuck, co oznacza wedle Pana „cywilizowaną kibicowską kulturę wyspiarzy”. Oni racami, flagami się nie interesowali nigdy, więc nic im nie trzeba było zabraniać. Oni „odpalają race” wskazującym i środkowym palcem pokazując „up yours” tym, co chcieliby ich pozbawić możliwości śpiewania swych dumnych i pełnych przekleństw pieśni, bez względu na to czy są to najbardziej dochodowe rozgrywki świata czy też „mecz o pietruszkę ” w 8 lidze. Zawsze chodzi o futbol dla kibiców.
Kolejny fragment:
„Tego potrzeba naszej lidze. Pozbycia się kiboli, do których trzeba dopłacać (bo np. kluby są wyrzucane z europejskich pucharów), a zdobycia prawdziwych fanów, którzy wstydziliby się przeszkadzać własnej drużynie. Rewolucji, po której na stadion będzie warto się wybrać - w razie niesatysfakcjonującego wyniku lub poziomu gry - choćby po to, by poderwać fajną laskę.”
Kary w europejskich pucharach to nie jest powód do chwały, ale też kary nie są domeną kibiców Legii. Płacą je również inne kluby - spójrzmy na zachowania kibiców holenderskich, włoskich czy też kibiców hiszpańskich. Druga strona jest taka, że 4 tys. kibiców Legii dopingowało drużynę na meczu w Wiedniu, w taki sposób, że austriaccy komentatorzy, trenerzy, dziennikarze, kibice zazdrościli Legii ze ma takich fanów. Tylko czy warto o tym pisać? Efektowniej jest eksponować to, że została nałożona kara, za race albo jeszcze lepiej, o karze bez podania z jakiego powodu została nałożona. Race to rzecz sporna, ale sugeruję zapoznać ze stanowiskiem Ogólnopolskiego Związku Stowarzyszeń Kibiców: http://www.lech.poznan.pl/art,7628,deklaracja_ozsk.htm
Na koniec od dopingu i „laskach”. Gdy drużyna przegrywa, chodzi o to by podnieść ją dopingiem, a nie obracać się do stojącej obok „laski”. Gdy piłkarze „grają piach” czasami trzeba im powiedzieć im co się o tym myśli. „Kibole” na Ł3, nawet teraz nie zajmują się „laskami”. Możemy i chcemy pomagać drużynie, ale nie chcemy kar za to, że się jest
kibicem Legii. My też chcemy silnej Legii, ale nie za cenę bycia częścią „hiszpańskiego multipleksu”.
Zapraszam na Żyletę. Czasem ironiczną, czasem śmiertelnie poważną, niekiedy złośliwą. Zawsze bezkompromisową. To szansa na korespondencję z "okopów", znajdujących się po drugiej stronie frontu i okazja by przez lornetkę popatrzeć na... lożę prasową.
franz
Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 02 sty 2008, 14:36
redaktor naczelny DZIENNIKA Robert Krasowski pisze:Tydzień temu napisałem tekst o ostatnich latach polskiej polityki, a w piątek czytam w "Gazecie Wyborczej" ostrą napaść na siebie, z której się dowiaduję, że "prymitywnie manipuluję" i "przemilczam". Co takiego przemilczam? Otóż pisząc o aferze Rywina, nie napisałem, że ujawniła ją "Gazeta Wyborcza". Nie oddałem zwyczajowego hołdu, którego "Wyborcza" zwykle się przy tej okazji dla siebie domaga. Publicysta "Gazety" Waldemar Kumór demaskuje moje intencje: "Agora, Gazeta Wyborcza są dla Krasowskiego niegodni wspomnienia w żadnym pozytywnym kontekście"
Chyba nikt nigdy tak błędnie nie odczytał moich intencji. Chodziło mi o coś zupełnie odwrotnego. Nie napisałem o roli "Gazety" nie dlatego, że nie chciałem jej przy tej okazji pochwalić, ale dlatego, że w przedświątecznym okresie nie chciałem wytykać redaktorom i menedżerom z Czerskiej ich minionych grzechów. Bo akurat w ich zachowaniu podczas afery Rywina nie znalazłoby się nic pozytywnego. Ale przywołany przez nich do tablicy, i to jeszcze w piątą rocznicę publikacji tekstu "Przychodzi Rywin do Michnika", opowiem, dlaczego ta sprawa "Gazecie” chluby nie przynosi.
Otóż udział "Gazety Wyborczej” w całej aferze po roku prac sejmowej komisji pozostał równie niejasny jak udział Millera czy Kwiatkowskiego. Głównie dlatego, że podczas sejmowych przesłuchań to właśnie szefowie "Gazety” i Agory wciąż zasłaniali się niepamięcią, częściej nawet niż przesłuchiwani w tym samym czasie domniemani członkowie grupy trzymającej władzę.
"Nie pamiętam, nie wiem, nie kojarzę, nie zauważyłem” - to frazy, które słyszeliśmy od najważniejszych ludzi z Czerskiej. A przecież to ich szczegółowa opowieść o negocjacjach, które miały prowadzić do wypracowania kształtu prawa regulującego polski rynek medialny, pozwoliłaby zrozumieć przebieg afery Rywina. Tak samo jak szczere wyznania producenta filmowego czy przedstawicieli ówczesnej władzy, których także nigdy się nie doczekaliśmy. Ale nawet mimo słabej pamięci kierownictwa Agory dowiedzieliśmy się wielu rzeczy.
Po pierwsze, że Agora i Rywin ze sobą współpracowali. Że Agora zwróciła się do Rywnia z prośbą o pomoc w lobbowaniu ustawy pozwalającej tej ekspansywnie się wówczas rozwijającej spółce medialnej kupić Polsat. Wiemy też, że to Agora przedstawiła Rywinowi serię swoich propozycji odnośnie zapisów w ustawie. Możemy się też domyślać, i to nie drogą jakiejś nadzwyczaj skomplikowanej dedukcji, że gdy Rywin powiedział, iż będzie to kosztowało 17,5 miliona dolarów, Michnik nagrał tę propozycję, ale nie po to, by zdemaskować Rywina. By przedstawić nagranie Millerowi i zmusić go do oddania za darmo korzystnych dla Agory przepisów.
Po złożeniu korupcyjnej oferty szefowie Agory i "Gazety” spotykali się w kancelarii premiera i negocjowali szczegółowe zapisy w dotyczącej ich ustawie. Nie przeszkadzało im to, że przed chwilą dokładnie ta sama ustawa, z dokładnie tymi samymi zapisami była przedmiotem korupcyjnej oferty. W czasie przesłuchania Michnik i Rapaczyńska mówią, że nie przyszło im do głowy kojarzenie oferty Rywina na temat ustawy medialnej z negocjacjami z Millerem na ten sam temat.
To wyjaśnienie jest nieprawdopodobne. A nawet niepoważne. Po pierwszej fazie tych negocjacji Agora uzyskała dokładnie taką ustawę, jakiej potrzebowała. Aby zmusić do uległości Millera, Michnik przekazał wielu osobom historię o nagraniu rozmowy z Rywinem w postaci plotki. Jednak nie tylko nie zgłosił sprawy do prokuratury, ale też zadbał, aby w tak wrażliwym okresie negocjacji nie dotarła ona do szerszej opinii publicznej. Doszło wtedy do tak kuriozalnego wydarzenia jak usuwanie – na prośbę Michnika – pytań dotyczących Rywina z wywiadu z Millerem dla "Polityki”.
Jednak później współpraca z SLD załamała się. W sejmowej komisji ustawa została nagle zmieniona na niekorzyść Agory. Niedługo potem Agorę spotkał drugi cios. Przetarg na prywatyzację Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych wygrała Muza Czarzastego, choć była to dla Agory inwestycja bardzo ważna, a Michnik wcześniej już groził Millerowi i Kaczmarkowi, że użyje "Gazety”, gdyby WSiP miały przypaść komuś innemu. To, że Agora nie dostanie WSiP, zostało ostatecznie przesądzone w grudniu, cztery dni przed publikacją tekstu "Przychodzi Rywin do Michnika”.
27 grudnia 2002 roku, blisko pół roku od wydarzenia, "Gazeta” opublikowała sławny tekst. Dlaczego dopiero wtedy? Tego sejmowej komisji nie udało się zbadać. Hipoteza dziennikarskiej rzetelności, której wyrazem miało być "półroczne dziennikarskie śledztwo” – wyjaśnienie po dziś dzień obowiązujące w "Gazecie” – jest po prostu nieprawdopodobna.
Za dużo było tych dziwnych okoliczności, które zostały zrekonstruowane przez komisję sejmową pomimo słabej pamięci szefostwa Agory. Ale też za dużo dziwnych rzeczy działo się potem. "Gazeta” oznajmiła, że czekała pół roku, bo prowadziła dziennikarskie śledztwo, jednak nie była w stanie pokazać choćby jednego przejawu swojej aktywności. Paweł Smoleński opublikował rozmowę Michnika z Rywinem jako wersję bez skrótów, tymczasem kilka dni potem okazało się, że tekst rozmowy został pocięty.
Waldemar Kumór pisze: "Według Krasowskiego afera Rywina wzięła się i sama ujawniła. No, z pomocą Kaczyńskiego i Tuska (wtedy PO i PiS wspólnie chodziły pod rękę), i pewnie Świętego Mikołaja. Michnik i jego taśma niewarte są wzmianki”.
Otóż, panie redaktorze, cały kłopot w tym, że 5 lat od publikacji tekstu w "Gazecie Wyborczej” wiemy już, że Adam Michnik zrobił więcej, żeby sprawę ukryć, niż żeby ją ujawnić. Rozumiem, że po 5 latach dziennikarze "Gazety” chcieliby zmienić historię i wmówić czytelnikom, że ujawnienie afery Rywina było ich wielkim sukcesem. Jednak nawet red. Kumór musi jeszcze pamiętać zachowanie swojego szefa sprzed tych 5 lat, bo z zeznań Michnika przed sejmową komisją szydziła sobie wtedy cała Polska. Szef "Gazety” okazał się równie chętny do współpracy z komisją co Jakubowska i Czarzasty. Nic nie pamiętał, niczego nie wiedział, niczego sobie nie kojarzył. Bo, mówiąc otwarcie, nie stanął przed komisją po to, aby przedstawić prawdę o aferze Rywina, ale by ją ukryć.
Warto dziś zajrzeć do stenogramów przesłuchań przed komisją. - Komu pan powiedział o sprawie Rywina? - Nie pamiętam – odpowiada komisji Michnik. – Czy powiedział pan prezydentowi? – Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć – mówi szef "Gazety”. – A dlaczego pan redaktor nie potrafi odpowiedzieć? – Bo nie pamiętam tego. – Czy dzwonił premier, namawiając do niepublikowania tekstu o Rywinie? – Nie umiem sobie tego odtworzyć. Nie umiem wykluczyć w tej chwili, że w jakimś momencie jakaś tego typu rozmowa mogła mieć miejsce – mówił Michnik.
I tak było cały czas. Adam Michnik nie chciał zeznawać, kluczył, a także próbował szydzić sobie z członków komisji. Sławna stała się jego odpowiedź na pytanie o szczegóły dziennikarskiego śledztwa, które "Gazeta” ponoć prowadziła przez pół roku. Michnik na początku nie chciał odpowiedzieć w ogóle, więc Rokita przypomniał, że prawo do odmowy na to pytanie przesłuchiwanemu nie przysługuje.
Wtedy Michnik powiedział: "To, co jest technologią dziennikarskiego śledztwa, jest naszą zawodową tajemnicą, której ja konkurencji swojej nie ujawnię. Istnieje ryzyko, że to podsłuchają dziennikarze z innych dzienników i będą redagowali swoje gazety na równie wysokim poziomie jak <Gazeta Wyborcza>”.
Jeśli Adam Michnik chciał, żeby jego odpowiedź wypadła komicznie, to mu się udało. Równie zabawne były zresztą zeznania szefów Agory.
Do historii przejdzie scena, jak Rokita przesłuchiwał prezes Rapaczyńską. – Prace nad ustawą nabierają tempa dokładnie tego samego dnia, którego Rywin składa ofertę łapówki. Jak to możliwe, że nie powiązaliście tych dwóch faktów? – pytał Rokita. – No, wstydzę się, że nie poddaliśmy tego analizie umysłowej, ale co z tego dziś wynika? Nic, prócz tego, że można mieć zastrzeżenia do mojego ilorazu inteligencji – odpowiada Rapaczyńska.
W swoim wniosku do raportu komisji Jan Rokita wprost stawia "Gazecie” zarzut uczestnictwa w korupcyjnym targu. Zamiast donieść natychmiast prokuraturze o próbie przestępstwa, "Gazeta” wykorzystywała groźbę ujawnienia kasety z nagraniem do przeforsowania korzystnej dla siebie ustawy. "GW” odrzuciła ten zarzut. Powołała się na dwie swoje koronne zasługi.
Pierwsza to ta, że nie zgodziła się dać łapówki. Szczerze mówiąc, nie widzę w tym wielkiego heroizmu. Zresztą problem leży nie w tym, czego Agora nie zrobiła, ale w tym, co robiła. A mianowicie prowadziła tajne rozmowy z rządem na temat ustawy dotyczącej jej samej. Za plecami opinii publicznej ustalała zapisy, które miały jej dać monopol na rynku mediów. Robiła to nawet wtedy, gdy w negocjacjach pojawiła się propozycja łapówki. Czy posługiwanie się groźbą ujawnienia nagrania Rywina nie było ze strony Agory szantażem negocjacyjnym? I kolejne pytanie – czy redaktor naczelny, czy dziennikarz może spotykać się z premierem, aby wymuszać na nim korzystne transakcje dla spółki wydającej jego gazetę? Kim on wtedy jest – dziennikarzem czy lobbystą?
Druga zasługa, do której odwołuje się Kumór, to ujawnienie całej sprawy. Otóż mam wątpliwości. Gdybyśmy w sławnym tekście z 27 grudnia przeczytali całą prawdę – wywiad z Rywinem, historię lobbowania za ustawą, dzieje spotkań Michnika, Rapaczyńskiej, Łuczywo z Millerem i Jakubowską – może wtedy moglibyśmy wierzyć w czyste intencje. Ale było inaczej.
Pozostaje pytanie zasadnicze: dlaczego zatem "Gazeta” ujawniła wywiad z Rywinem? Aby to zrozumieć, warto sobie przypomnieć ówczesną sytuację. Postkomuniści – niemający wówczas żadnego liczącego się politycznego konkurenta – czują się bezkarni i przystępują do walki o łupy. Stanęły naprzeciw siebie dwa obozy – Millera i Kwaśniewskiego. W tej grze Michnik był postrzegany jako naturalnie sprzyjający Kwaśniewskiemu. Dlatego SLD kontrolowany wtedy przez ludzi Millera pod koniec roku zdecydował się odrzucić porozumienie z Agorą.
Postanowił, że Agora nie dostanie ani Polsatu, ani WSiP. Wtedy też przystąpiono do budowy kontr-Agory – medialnego bloku, który miał pozwolić postkomunistom na budowę własnego medialnego imperium pozwalającego oddziaływać na opinię publiczną.
Dla Agory oznaczało to walkę na śmierć i życie. Pozbawiona szans na Polsat, upokorzona utratą WSiP zdecydowała się na atak, sądząc, że w ten sposób zablokuje ambicje Kwiatkowskiego i Czarzastego. I opublikowała tekst, który miał całkowicie zmienić układ sił – przede wszystkim wewnątrz ówczesnego obozu władzy. Ale okazał się czymś innym, reakcją łańcuchową, która uderzyła we wszystkich graczy. W prezydenta, w premiera i w "Gazetę” również.
To dlatego oglądaliśmy potem kampanię "Nam nie jest wszystko jedno”. Jednak ona naszej wiedzy o udziale "Gazety Wyborczej” w aferze Rywina już nie mogła zatrzeć. I nie zatarła.
Jeszcze mniejsze na to szanse ma Waldemar Kumór. Choćby nawet "Gazeta” opublikowała nie jeden jego tekst, ale całą serię. Oczywiście pozostają jeszcze pozwy sądowe, odkryta niedawno przez naczelnego "Wyborczej” zupełnie nowa forma dziennikarskich polemik.
franz

Premo
Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 02 kwie 2008, 16:27
Mija kolejna rocznica śmierci najwybitniejszego rodaka naszych czasów. Najwierniejszego ideałom polskości, jej najgodniejszego obywatela. Od trzech lat nie posiadam się z żalu.
Od trzech lat jem tylko kremówki. Otworzyłem również hodowlę gołębi. Nie wszystkie są jednak tego godne, więc robię im test. Wypuszczam z okna. Jeśli któryś od razu wraca, zostaje w hodowli jako namaszczony przez Pana. Te, które nie wrócą znikają mi z oczu na zawsze (logiczne), a te, które wrócą poniewczasie sprzedaję. Zysk oddaję w całości na tacę w mojej parafii na pierwszej możliwej mszy po transakcji. Nie jest to dochodowy interes i bardzo mi wstyd, że tak słabo wspieram mojego ukochanego księdza. Z drugiej strony, dobrze, że tak wiele gołębi wybiera drogę Chrystusa.
Wspominam właśnie naszego wspólnego najukochańszego, najcudowniejszego Ojca czytając z zapałem jego encykliki. Niezwykle irytują mnie osoby, które ośmielają się krytykować Najwspanialszego na łamach jakiejś żydowskiej prasy, a co dopiero w publicznej telewizji! Papieża nie powinno się krytykować, zwłaszcza w jego ojczystym kraju. Jest przecież ikoną, którą należy czcić i wielbić! Obalił komunizm, błogosławiąc Lecha Wałęsę!
Do tego te wszystkie oskarżenia są podłymi kłamstwami! Jan Paweł II był wielkim filozofem i poetą, mówią o tym w telewizji. Zresztą, właśnie czytam jego książki i wiersze, jak już wspominałem. Żałuję, że nie znam innych poetów, czy filozofów, miałbym większe pole do porównania, ale myślę, że Boży Namiestnik na Ziemi na pewno dzięki pomocy Ducha Świętego spłodził coś wybitnego i oryginalnego.
Włączyłem telewizor. Zgodnie z zapowiedzią, dzień dzisiejszy, a także jutrzejszy (dobrze, że okazują pamięć o tak wybitnym rodaku podwójnie) jest całkowicie poświęcony pamięci Jana Pawła II. Wszystkie programy telewizji polskiej nadają o nim programy i bardzo dobrze. Niestety, ku mojemu ubolewaniu TVP Sport i TVP Kultura wyłamały się z tego, ale potrafię zrozumieć decyzję władz z Woronicza - tych kanałów i tak nikt nie ogląda. Nadmiar programów zaś budziłby tylko smutek, że wszystkiego naraz nie możemy obejrzeć. I tak koleżanka opowie mi dopiero w piątek, co leciało na Dwójce.
Telewizji prywatnych nie mam zamiaru włączać, nawet na reklamach. Kiedyś puścili jakiś dokument z którego wynikało, że Maryja nie była dziewicą. Oburzyły mnie te oszczerstwa i od tego czasu oglądam tam tylko W-11, bo to przyjemny program jest.
Właśnie puściłem sobie "Barkę", Jego ukochaną pieśń. Ktoś na klatce schodowej kiedyś mówił, usłyszałem przypadkiem, przysięgam, że podobno ta pieśń nie była wcale tak dobrze znana jeszcze rok przed jego śmiercią. To pewnie plotki. Sam nie mogę stwierdzić, bo interesuję się Jego historią odkąd w momencie Jego śmierci nastąpił we mnie przełom duchowy.
Oprócz tego słucham też Papadance. Właściwie nie podoba mi się ich muzyka, ale mają taką miłą nazwę zespołu.
Ostrzę sobie zęby na okolicznościowe wydania albumów Mu poświęconych. Brakuje mi szachów (jako pionki Gwardia Watykańska) i plakatu z "Bravo", ale mam nadzieję, że ktoś wystawi na Allegro w tym roku. Zapewne niedługo pojawi się wiele nowych pozycji, różniących się od innych kilkoma zdjęciami i tytułem, ale prawdziwy Polak powinien zakupić je wszystkie. Mógłbym w końcu kupić te grube tomy zawierające spis spotkań z naukowcami w Castle Gandolfo, ale przecież wszyscy wiemy, że to i tak były bezowocne spotkania.
Idę przygotować jego ołtarzyk w oknie, a później poszukam informacji, gdzie odbędą się jakieś zbiorowe modlitwy. Umacniajmy się w wierze!
21:37 - zjedzcie kremówkę!
Pan z Wami
franz
Wróć do „Kultura, polityka, wydarzenia”
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Limited
Polski pakiet językowy dostarcza phpBB.pl
Zasady ochrony danych osobowych | Regulamin
Administracja, zarządzanie i wsparcie graficzne forum: pawel.studio