Artykuły prasowe warte przeczytania - Strona 21

Muzyka. Literatura. Prasa. Film. TV. Krótko mówiąc - Kultura. Wszystko co się dzieje w Polsce i na Świecie jest warte skomentowania. Polityka i wydarzenia. Dyskusje tylko na wysokim poziomie.
Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 28 sty 2012, 8:53

Sekta i kult prezydenta

Śmierć ukochanego przez niektórych prezydenta odbiła się ogromnym echem na świecie. W kraju kontrowersyjny, nielubiany, uznania tłumów doczekał się dopiero po śmierci. Za granicą wzbudzał szacunek większy, choć bądźmy szczerzy, do masowego uwielbienia było daleko.

Nic dziwnego, że na jego pogrzeb zjechali politycy z całego świata, a te kilka nieobecności uznano za poważny nietakt. Wydawało się, że stolica będzie umiała swego prezydenta uhonorować. A jednak nie.

Byłoby łatwiej, gdyby nie ci jego zwolennicy… Ślepi na argumenty, histeryczni, chcący wykorzystać śmierć do swej politycznej reanimacji. Budzi to zrozumiałą niechęć i tylko pogarsza sprawę. Hm, czasem naprawdę trudno nazwać ich inaczej niż sektą. „Miłośnicy prawdy budują jego kult” – czytamy w prasie.

Formalnie nic nie stoi na przeszkodzie, by głowę państwa upamiętnić. Pojawiają się kolejne pomysły. Lotnisko ma jednak swoją nazwę, a poza tym z oczywistych powodów nazwanie go imieniem prezydenta byłoby niestosowne. Jakaś większa ulica? Wszystkie też są przecież nazwane, a poza tym te straszne koszty… A zresztą, jak zapewniają władze miasta, nikt oficjalnie nie wystąpił z taką propozycją.

Pomnik w centrum też raczej odpada, bo to przecież zabytki, a tam, gdzie zwolennicy zmarłego prezydenta chcieliby go postawić, stoi przecież inny historyczny monument. Można by nazwać jego imieniem jakiś znany budynek, ale to z jednej strony za mało dla fanatycznych zwolenników, a z drugiej i tak pomysł taki napotyka biurokratyczne przeszkody. Nic dziwnego, że przy tym tempie załatwiania sprawy mieszkańców stolicy zawstydziła zagranica – tam jego imieniem już nazwano ulice, place…

Trudno w tym wszystkim nie dopatrzyć się zwyczajnego szukania pretekstów, wszyscy wszak wiedzą, że zarówno władze miasta, jak i całego kraju darły ze zmarłym prezydentem koty. Formalnie był co prawda bezpartyjny, ale wszyscy wiedzieli, że jednoznacznie sympatyzuje z opozycją. Efekt? Ani lotniska, ani ulicy, ani pomnika, ani budynku. Nic. Tak, Praga nie potrafi uczcić Vaclava Havla – żali się w dużym artykule „Gazeta Wyborcza”.

A to przecież już ponad miesiąc od śmierci.

Robert Mazurek

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 03 lut 2012, 13:47

Niby - niczego lepszego się należało po takiej władzy spodziewać, ale sekwencja zdarzeń śmieszy niepomiernie. Kiedy polscy internauci połapali się, że władza po raz kolejny (trzeci już, jeśli dobrze liczę) przymierza się do wzięcia ich za twarze, najpierw wystąpił rzecznik Graś i zapewnił, że w sprawie ACTA "nic nie jest jeszcze przesądzone". Zaraz potem wystąpił minister Boni i powiedział, że ACTA podpisać musimy, bo wszyscy inni już podpisali. Kiedy ci dwaj nie wystarczyli, sam Tusk zapowiedział, że może nie ratyfikujemy, a może dopiszemy do ACTA swój własny protokół.

Wszystkie trzy wypowiedzi były typowym dla PO traktowaniem Polaków jak idiotów. Graś odpowiadał byle co, Boni powiedział nieprawdę, a Tusk próbował zbyć krytyków grepsem, bo pakt międzynarodowy się podpisuje albo nie, a co tam sobie kto dopisze na swojej kopii, ma dokładnie takie samo znaczenie, jak co o dokumencie powie przy śniadaniu żonie. Równie dobrze mógłby premier obiecać, że ambasador podpisując skrzyżuje palce lewej dłoni.
Potem - jeśli dobrze pamiętam kolejność - sięgnął Tusk po inną z przećwiczonych sztuczek, udawanie szeryfa co to w imię spokoju zamiata kolejną, po handlarzach dopalaczy i "kibolach" grupę awanturników - "chamów i złodziei internetowych". Tupnął, że podpisanie ACTA jest kolejnym polskim sukcesem, i chwilę poodgrażał się, że nie ustąpi ani guzika choćby nie wiem co, ale tylko chwilę, bo jak zobaczył, ilu tych "chamów internetowych" jest, to się wystraszył. I zaczął łagodzić, że po podpisaniu się przeczyta, co podpisaliśmy, i jeśli się okaże, że faktycznie coś zagrażającego wolności, to sobie ustanowimy swoje własne przepisy.
Moim skromnym zdaniem, gdyby Donald Tusk postawił bilbord z ogłoszeniem: "Polacy, zrobiliście swoim premierem pętaka", może bardziej by się to rzucało w oczy, ale byłoby z tą wypowiedzią równoznaczne. Wczoraj się zapierał, że to dobre, przedwczoraj kazał podpisać ale nie ratyfikować, a dziś mówi, że no jak już tak protestujecie, to weźmie i przeczyta. I coś tam postanowi, chociaż, jak wspomniałem, jak się już podpisało, to można tylko albo uskutecznić tzw. wykon, albo odważyć się nie ratyfikować, co w normalnym kraju byłoby równoznaczne z posłaniem do diabła premiera, który podpisać kazał.
Inna sprawa, że po "pakcie fiskalnym" stawianie takiego bilbordu jest naprawdę całkowicie zbędne. Cała Europa mówi Sikorskim - wygraliśmy, będziemy tam gdzie zapadają decyzję - nie podpiszemy, jeśli nie dostaniemy miejsca przy stole - okej, podpisaliśmy i to jest częściowy sukces... U zarania swych rządów uznał Tusk, że skoro Niemcy idą na hegemonię w Unii, to trzeba się im podlizać. W imię przypodobania się Berlinowi zniweczył do cna podstawy dotychczasowej polskiej polityki zagranicznej - zrezygnował z jakichkolwiek prób odgrywania roli regionalnego lidera, skłócił nas z dotychczasowymi partnerami, pokornie zgodził się na rurę blokującą polski port, wszystko, aby tylko pokazać Niemcom, że Polska jest ich bezwzględnie wiernym giermkiem. I oto właśnie za tę wierność spektakularnie został kopnięty w d... To jest, przepraszam, "odniósł częściowy sukces". Podobnie, jak wcześniej "częściowym sukcesem" zapłacił mu Putin za graniczącą ze zdradą uległość, jaką wykazał po tragedii smoleńskiej.
Polska polityka lat ostatnich oparła się na mądrości pana Władysława Bartoszewskiego, że Polska jest "brzydką panną bez posagu", więc musi być łatwa. Skończyła się tak, jak to zwykle lądują dziewczyny z niską samooceną, przekonane, że muszą się godzić na wszystko, bo nic lepszego się nie trafi. Wydutkali jak chcieli, i nie czują się zobowiązani już nie tylko - gdzie tam! - do małżeństwa, ale nawet do wręczenia jakiegoś drobnego prezentu, choćby pary pończoch.
Jak uczą zeszłowieczne powieści o upadłych kobietach, po takim początku kolejnym krokiem na drodze upadku jest pozowanie do ACTów... Premier zapewne nie zrozumie, co może kogoś dziwić w rozdzierającej szczerości, z jaką przyznaje, że pojęcia nie ma, co jest w międzynarodowej umowie, którą kazał podpisać. No, przecież skoro mu przysłali coś do podpisania, z Zachodu - to jakże by mógł nie podpisać? A skoro trzeba podpisać, to po co wcześniej czytać? Zwłaszcza, że to w jakimś trudnym języku. Bezwarunkowo trzeba podpisać, co każą. A poddanym, ot, powie się byle co... I tak jutro zapomną, a choćby nie, to Igor wymyśli jakąś wrzutkę...
PS. Przy okazji, nie mogę powstrzymać się od złożenia tysiącom warszawiaków, którzy przyszli świętować otwarcie Stadionu Narodowego, serdecznych gratulacji, że mieli szczęście i uszli z życiem. Właśnie przyszła wiadomość, że stadion uznany przez policję, straż pożarną i sanepid za niespełniający norm bezpieczeństwa. Czy parę dni wcześniej spełniał, czy też ktoś zaryzykował życiem kilkudziesięciu tysięcy ludzi, żeby Donald się znowu nie wściekł? Wśród budowniczych stadionu krąży powiedzenie, że strażak, który podpisze zgodę na użytkowanie tego obiektu, zostanie ministrem, ale potem będzie do końca życia żył z duszą na ramieniu, bo wystarczy jedna niefortunna iskra... Co by nie gadać, fryzjer pani minister-paprotki od razu na początek urzędowania ma zgryz, jaką by tu "wrzutkę" wymyślić.
Polska nie jest "brzydką panną bez posagu". Polska jest cała 36 specjalnym pułkiem lotniczym w przeddzień. Nie dajmy sobie wmawiać, że nikt za to nie odpowiada.
PS 2 (proszę wybaczyć jeszcze jeden, odrabiam zaległości z urlopu). W sprawie ACTA od Tuska i tak jeszcze śmieszniejszy jest facet, którego salon i jego media wyraźnie wyznaczyły - proszę mi wierzyć, siedzę w tej branży i widzę pewne nieomylne oznaki - na lidera zbuntowanej młodzieży. Jak to śpiewał kiedyś Wojciech Młynarski, gdy się nowy statek spuszcza na wodę, od razu jakieś g... się przykleja do dna - i to jest właśnie wspomniany lider młodego pokolenia, Palikot. Klip, na którym w asyście orszaku kamerzystów usiłuje się umościć na czele demonstracji i szczęśliwie zostaje przez jej uczestników przegnany należy do najweselszych w całym necie, zwłaszcza gdy się zestawi to, co tam widać, z relacją w oficjalnych mediach.
Nie pozostało cwaniakowi, lansowanemu już dziś przez salon na następcę Tuska i lidera przyszłej "odnowy" III RP, nic innego, niż pajacowanie z zasłanianiem twarzy Jezusa maską, choć co ma Jezus do ACTA, nie raczył objaśnić. Po wygłupie z "zapaleniem w Sejmie trawki" wiadomo, jak to będzie wyglądać ? Palikot stanie z kamerą TVN jakieś sto metrów od pomnika i wetknie w kadr palec tak, żeby zasłaniał głowę figury. I będzie to znowu w jedynie słusznych mediach głównym newsem dnia.

Awatar użytkownika
bellus
Lider Drużyny
Lider Drużyny
Posty: 1534
Rejestracja: 16 lis 2004, 22:00
Reputacja: 0
Lokalizacja: Jelenia Góra

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: bellus » 05 lut 2012, 13:59

Magdalena Środa, znana liberałka pisze:Straszna śmierć obciążająca nas wszystkich
...

Magdalena Środa 2012-02-04, ostatnia aktualizacja 2012-02-05 00:13:44.0

Jest coś naprawdę makabrycznego i wstrząsającego w historii śmierci półrocznej Magdy. Byłam przekonana - teraz mogę o tym mówić - że porwanie było zaplanowane i że maleńka, pulchna dziewczynka o błękitnych oczach, trafiła do bogatej rodziny w Europie. Myślałam, że rodzice są młodzi, głupi, prymitywni, pewni że mogą mieć wiele kolejnych dzieci więc uznali, że to pierwsze, najbardziej "niewygodne", można sprzedać za godziwe pieniądze. W sumie - niezły los. Jest tysiące par, dla których dziecko jest szczytem marzeń, dla spełnienia których gotowi są na przestępstwo "handlu żywym towarem", ale że zarazem gwarantują dziecku bezpieczne i komfortowe warunki życia.
Jestem nawet w stanie zrozumieć młodych. Z jednej strony są bardzo religijni (poznali się w Kościele podczas służenia do mszy), nie używali zapewne środków antykoncepcyjnych, nie mieli pojęcia o edukacji seksualnej (szkoła takiej nie oferuje), zaszli w nieplanowaną ciążę, bali się aborcji. Ksiądz, rodzina, najbliżsi potępią aborcję jako największe przestępstwo. Jak ich nie słuchać? A poza tym - gdzie jej dokonać? Jak o sprawach niepożądanej ciąży rozmawiać z religijnymi rodzicami, przyjaciółmi czy księdzem? Powiedzą tylko jedno: rodzić, bo "życie poczęte jest święte". Więc - urodzili. Posiadanie małego dziecka w wieku dwudziestu lat jest - dla większości młodych, nieprzygotowanych ludzi - poważną przeszkodą w ich życiowych planach i rozrywkach. Dziecko to nie - cud, tylko bariera. Jest nieznośne, ryczy, domaga się opieki, ciągłej krzątaniny. Nie ma - w moim przekonaniu - czegoś takiego jak instynkt macierzyński, gdyby był, każda kobieta odczuwała by nieustającą potrzebę opieki nad swoimi dziećmi. Tak jednak nigdy nie było i nie jest. Znacząca większość kobiet kocha swoje dzieci, ale nie z powodu instynktu lecz wyuczonej wrażliwości, empatii, troski. Instynkt mają wyłącznie zwierzęta, nie kobiety.

Zachowanie matki małej Magdy świadczy o braku nie tylko instynktu, ale wyuczonych odruchów opiekuńczych. Trudno mi uwierzyć w "śliskie" kocyki i wymykające się z rąk dziecko. Ale jeśli nawet, to "normalny" człowiek (nie tylko kobieta), gdy skaleczy lub skrzywdzi niechcący małe dziecko, chwyta za telefon, by wezwać lekarza, a nie za łopatę by je przysypać ziemią.

Może jednak w dzisiejszej Polsce presja społeczna na matki jest tak wielka, że niektóre myślą sobie, że lepiej brak troski ukryć niż stać się przedmiotem krytyki sąsiadów, lekarzy, rodziny, mediów?

Nie zamierzam zwalniać z odpowiedzialności rodziców i wierzyć psychologom, którzy w ciągu całej tej historii stworzyli taką ilość nieprawdopodobnych i nietrafionych historii (psychologiczny portret sprawcy, psychologiczne analizy matki i ojca), że może warto by zastanowili się nad naukowością swojej domeny. Ale nie zamierzam zwalniać z odpowiedzialności władzy, która kwestie seksualności i macierzyństwa traktuje jak każe Kościół. A ten ma doprawdy niewielkie doświadczenie w sprawach seksualnych i wychowawczych. Obowiązkiem państwa jest dostarczyć młodym ludziom wiedzy o seksualności, uczyć odpowiedzialności i chcenia dzieci chcianych, a nie zgodnych z wola bożą.

Faktem jest że stało się coś strasznego z moralnego i egzystencjalnego punktu widzenia. Coś czemu nie zapobiegli bliscy, czemu - z natury rzeczy - nie zapobiega Kościół, czym nie zajmuje się szkoła. Chodzi o elementarny brak odpowiedzialności, o moralny indyferentyzm, o okrucieństwo wreszcie. Skąd ono się bierze? I to w społeczeństwie nasyconym religijna wiarą w miłość bliźniego?
Był ktoś może u niej na wykładach? Albo zna kogoś kto był? Zastanawiam się jakim Ona jest profesorem.
Żeby etyk mówił o nienaukowość psychologii jako takiej czy psychologii ewolucyjnej (instynkty) jest żenujące.
Ja osobiście nie czuję się odpowiedzialny za śmierć dziecka.

Awatar użytkownika
Boromir
Shadow stalker
Posty: 26756
Rejestracja: 30 gru 2006, 14:31
Reputacja: 6671

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Boromir » 05 lut 2012, 14:15

Pewnie za chwilę usłyszę w programie Lisa od prof Środy o aborcji, że gdyby była legalna to by takich sytuacji nie doszło, że pewnie to rodzice zmusili ich do dziecka, do małżeństwa bo byli katolami, i że gdyby ojciec był gejem to lepiej bo dziecka by nie było
Wygrałem :lol:

Biedna, zaszczuta przez katolicką zaściankowość kobieta. Nie dali jej za młodu kształtować siebie, rozwijać swoje marzenia, dziecko przecież jest "poważną przeszkodą w ich życiowych planach i rozrywkach".

Brawa dla mamy Madzi za to, że postanowiła walczyć, przełamać schematy kulturowe :lol:

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 02 mar 2012, 16:52

Eugenika. Nie wystarczy się urodzić, by być osobą – twierdzą zachodni etycy

Skoro rodzice mogą decydować o usunięciu ciąży, dlaczego nie mieliby decydować o pozbawieniu życia już narodzonego dziecka – pytają związani z Oksfordem naukowcy Alberto Giubilini i Francesca Minerva. Cytowany m.in. przez brytyjski „The Daily Telegraph" artykuł dwojga młodych etyków ukazał się w brytyjskim piśmie „The Journal of Medical Ethics", które wydaje Julian Savulescu, australijski profesor rumuńskiego pochodzenia. Ten sam, który głosi, że najlepszym sposobem zwalczania biedy jest selekcja embrionów w celu wyeliminowania ludzi z niskim IQ.

W artykule poświęconym „aborcji po urodzeniu" protegowani Savulescu dowodzą, że tak jak płód, noworodek nie jest osobą, nie ma więc „moralnego prawa do życia". "Aborcja po urodzeniu" – argumentują – umożliwiłaby eliminowanie noworodków, które przyszły na świat z wadami genetycznymi, nieujawnionymi w trakcie badań prenatalnych.

Jako przykład podają dzieci z zespołem Downa, u których – jak twierdzą – nawet w Europie tylko w 64 przypadkach na 100 się go diagnozuje w fazie życia płodowego. Kiedy takie dziecko przyjdzie na świat, rodzice „nie mają wyboru, muszą wziąć na siebie ciężar opieki nad nim, z ekonomicznego punktu widzenia dotkliwy także dla całego społeczeństwa i dla państwa".

Z punktu widzenia autorów bulwersującego artykułu zabójstwo dziecka z wadą genetyczną nie jest jednak bardziej usprawiedliwione niż wyeliminowanie zdrowego noworodka: z moralnego punktu widzenia oba przypadki są porównywalne z aborcją.

– To przerażające. Oblaliśmy egzamin z historii. Wkraczamy w erę barbarzyństwa – oburza się w rozmowie z „Rz" dr Trevor Stammers z brytyjskiego St Mary's University College. Zauważa, że pomysł zabijania noworodków nie zrodził się dziś. Przypomina, że 10 lat temu opinia publiczna przeżyła szok na wieść o tym, że w holenderskim szpitalu pediatrycznym w Groningen, dzieci były zabijane już po urodzeniu.

– To, co najbardziej mnie zszokowało w opisanej przez „Daily Telegraph" sprawie, to fakt, że nie wzbudza ona oburzenia wśród naukowców, którzy przyzwyczaili się już do podobnych pomysłów – mówi nasz rozmówca. – W niektórych kręgach istnieje przekonanie, że płód nie jest istotą ludzką. Dotyczy to nawet dziecka, które ma przyjść na świat już za tydzień. Skoro tak, nie ma powodu, by w inny sposób traktować noworodka – podkreśla.

Zdaniem brytyjskiego etyka nowy jest natomiast sposób mówienia o takich sprawach.

– Taką straszną rzecz, wręcz horror, określa się słowem „aborcja". Środowisko uniwersyteckie tego nie potępia, a lewicowa prasa próbuje takie pomysły usprawiedliwiać – mówi dr Trevor Stammers.

Alberto Giubilini to doktor filozofii i bioetyki Uniwersytetu w Mediolanie, wykładający obecnie na jednym z uniwersytetów w Australii. W styczniu tego roku promował na Oksfordzie eutanazję. Francesca Minerva zrobiła doktorat na Uniwersyteci w Bolonii. Ich promotor profesor Savulescu uważa, że ci, którzy ich krytykują, to „fanatycy zwalczający prawdziwe wartości liberalnego społeczeństwa". Oxford Uehiro Centre for Practical Ethics, którym kieruje, jest finansowany przez japońską Fundację Uehiro, promującą aborcję, klonowanie, inżynierię genetyczną, itp.

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 13 mar 2012, 21:42

Zaledwie jedna telewizja zauważyła, że 8 marca to nie tylko idiotyczny "dzień kobiet", ale także rocznica śmierci profesora Zbigniewa Religi. Człowieka, który zrobił za życia wiele dobrego, a teraz, niemal dokładnie w rocznicę zgonu, został bezczelnie okradziony z części swego dorobku.

Dokonała tego aktu przywłaszczenia, z wyjątkowym tupetem, fatalnej pamięci następczyni profesora w resorcie zdrowia, była minister, a obecnie, z woli panującego, marszałek Ewa Kopacz. I to wielokrotnie - bo mam na myśli całe tournee, jakie odbyła po katastrofie w Szczekocinach po rozmaitych mediach, zachwalając nowy system ratownictwa medycznego. Karetki i helikoptery dotarły na miejsce szybko, sprawnie udzielono pomocy na miejscu, rozwieziono poszkodowanych do szpitali. Sukces! Sukces, z którego powinniśmy być dumni, i który niech nam przysłoni tę katastrofę oraz wszystkie poprzednie i, nie daj Boże, spodziewane.

Pani marszałek nie wspomniała tylko, że jest to sukces poprzedniego rządu. To właśnie Religa był, jako minister, inicjatorem i promotorem ustawy o ratownictwie medycznym, to jego ekipa obmyśliła i zorganizowała cały system, nawet kupiła te helikoptery, którymi puszą się dziś platformersi, przypisując zasługi sobie.

Awatar użytkownika
Bienias
Vamos Blaugrana
Posty: 10284
Rejestracja: 16 maja 2005, 22:28
Reputacja: 677
Lokalizacja: Magna Wola Varsoviensis

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Bienias » 13 mar 2012, 21:43

NIEOPUBLIKOWANY WYWIAD UDZIELONY NEWSWEEKOWI

http://www.facebook.com/notes/wojciech- ... 6469095780
W zeszłym tygodniu skontaktował się ze mną Newsweek. Prosili o wywiad. Zgodziłem się, na osobistą prośbę koleżanki z podstawówki, która tam pracuje. Lubimy się, znamy od lat, a do tego koleżanka pomogła mi kiedyś w ciężkich czasach. Odwdzięczyłem się Jej.
Odpowiedziałem na pytania i postawiłem redakcji jeden warunek: tekst ma być opublikowany dokładnie w takiej formie jaką zamieszczam poniżej - żadnych skrótów, żadnych dopisków. Newsweek odpowiedział, że nikt im nie będzie stawiał warunków. Hmm..
Zamiast wywiadu opublikowali nieprzyjemny tekst na mój temat i równie nieprzyjemną rozmowę z ks. Sową. Ksiądz Kazimierz Sowa występuje jako kapłan i głos Kościoła, a na dołączonej do tekstu fotografii jest rozchełstany, potargany i bez koloratki. Ksiądz K.Sowa był dyrektorem kanału Religia należącego do TVN. Kanał ten ma w swoim logo rybę - znak Chrystusa - ale jednocześnie prezentował wszelkie możliwe religie w tym pogańskie i wrogie Kościołowi.
Dla równowagi medialnej, proponuję Państwu ten wywiad, którego Newsweek nie zdecydował się opublikować. Newsweekowi wolno wybierać, jakie treści publikuje. Mnie wolno wybierać Gościa Niedzielnego.
wc
PS
Pytania przysłane Newsweeka były w większości ciekawe!
ewsweek: W jakich relacjach jest Pan z prawicowymi publicystami m.in. Piotrem Semką, Piotrem Zarembą, braćmi Karnowskimi?



WC: Nie jestem w żadnych relacjach, bo nie mam okazji zawierać znajomości z publicystami. Nie bywam na otwarciach ani na zamknięciach, nie przyjmuję zaproszeń, po salonach się nie szwendam – jeśli gdzieś idę, to jest to manifestacja pod Pałacem Namiestnikowskim, Msza za

Ojczyznę albo pogrzeb. Ostatni pogrzeb, na którym byłem, to pogrzeb Stanisława Szwarc-Bronikowskiego. Poza tym, że Szwarc był podróżnikiem i filmowcem, był też cynglem AK – wykonywał zasądzone przez Podziemne Państwo Polskie wyroki śmierci na szpiclach, kolaborantach i Szkopach. Cześć Jego pamięci!!!



W koligacjach ani koteriach nie uczestniczę. Pracuję zawsze u siebie, we własnej firmie, nigdy w czyjejś redakcji. A zatem nie mam okazji poznawać dziennikarzy. Żadnego z wymienionych Panów nie znam osobiście, choć o każdym słyszałem. Jeden z braci Karnowskich jest kłamczuchem – tyle wiem na pewno. Nie może się skutecznie wyspowiadać, a w konsekwencji nie powinien przyjmować Komunii Świętej. Opublikował kiedyś ogromny wywiad ze mną, którego mu nigdy nie udzieliłem. Ogłaszał publicznie, że ma taśmy z nagraniami i mi je wyśle. Jakoś nie wysłał. Ten „wywiad” był nieprzyjemny i szkodliwy dla mnie. Fałszerstwo. Do czasu naprawienia szkody, każda spowiedź Pana Karnowskiego jest nieważna – takie mamy reguły w Kościele Katolickim. Trwa Wielki Post, może się chłop nawróci.



Z takich mniej więcej powodów trzymam się w ostrożnej odległości od publicystów, nawet prawicowych. Klucze od domu powierzyłbym Rafałowi Ziemkiewiczowi, którego szanuję i czytam z uwagą, oraz Krzysztofowi Skowrońskiemu, którego lubię i się z nim koleguję. Resztę znam raczej z daleka.



A czy oni prawicowi? To niedobre słowo, bo nic nie definiuje. Dużo bardziej adekwatne jest określenie „opozycja niepodległościowa” zdefiniowana jako przeciwieństwo antypolskiej, poddańczej polityki Donalda, Zdradka, Komoruska i reszty Padalców. Przy czym słowo Padalec oznacza kogoś, kto pada na twarz przed obcymi w celu wylizania butów.



N: Wróg – proszę o zdefiniowanie, kim są Pana wrogowie.



WC: Wrogami mojej Ojczyzny, czyli moimi osobistymi również, są Niemcy, Rosja i Unia Europejska. Dużo łatwiej byłoby nam współpracować z Unią lub Niemcami, zawierać z nimi roztropne sojusze, gdybyśmy stawiali tę sprawę jasno. Z wrogiem można się dogadywać, niekoniecznie trzeba strzelać. Dużo łatwiej byłoby nam handlować z Rosją, gdybyśmy handlowali z pozycji: jesteś naszym wrogiem, starasz się nas pożreć od stuleci, dzisiaj ci się to nie uda, dzisiaj chcesz nam sprzedać gaz, za ile? Z wrogiem można rozmawiać bez potrzeby rzucania się mu w ramiona lub do nóg. A Tuski, Zdradki i Padalce mają wobec Rosji syndrom sztokholmski.



Co do wrogów osobistych, to nie zajmuję się nimi, czyli nie ma między nami relacji – oni czują do mnie wrogość, a ja do nich nie czuję nic. Niekiedy docierają do mnie sygnały o wrogości poprzez mojego Facebooka lub stronę internetową. Bluzgów i anonimów nie czytam (trzeba się podpisać), na listy interesujące odpowiadam, i to częściej na te od wrogów niż te od przyjaciół.



Są też zawzięte środowiska, które zwalczają mnie od lat – Gazeta Wyborcza i pederaści (termin medyczny, stosuję go zawsze świadomie w kontraście do nowomowy wypranej z osobistego stosunku do zjawiska).



N: Co to znaczy być „radykalnym katolem”?



WC: Jezus był radykałem, nie ściemniał, nazywał rzeczy po imieniu, mowa jego była prosta: tak-tak, nie-nie. Doktryna Jezusa była bardzo radykalna wtedy i jest radykalna dzisiaj. Dlatego Kościół Katolicki ma co roku tysiące męczenników za wiarę. Katolików zabija się za przekonania religijne! Moje poglądy w sprawach doktrynalnych się nie zmieniają, bo doktryna Kościoła jest niezmienna. Z tymi samymi poglądami co dziś, trzydzieści lat temu nie byłem radykałem, a teraz jestem. Dlaczego? Świat zdziczał. Coraz więcej dzikusów dookoła. Kiedyś byli na marginesie, dziś siedzą w Sejmie - facet z torebką, facet ze gumowym siurkiem - jako elita narodu. Fuj! Wolę być radykałem



Zresztą radykalizm to nic złego, to raczej cecha, a nie wada. Idzie Pani do lekarza, a on mówi: poprzednia kuracja nie przyniosła efektów, zastosujemy radykalne metody. Czy ma mu Pani za złe? Narzędzia dobiera się stosownie do okoliczności. Kiedy dobre słowo nie skutkowało, moja babcia sięgała po pasek. Mądra babcia. Cześć Jej pamięci!



Świat zrobił się rozmemłany, ludzie ukrywają, kim są, wstydzą się przyjmować jasne stanowiska – dlatego wylądowałem na pozycji radykała. Inni zmienili swój język i dostosowali sformułowania, a ja po staremu mówię, że aborcja to zbrodnia z premedytacją, a nie "zabieg". Zbrodnia, w której uczestniczy matka. Wszyscy uczestnicy tej zbrodni to dzieciobójcy. Za zabójstwo z premedytacją powinni być ukarani ciężkim więzieniem. Kiedyś nazwanie aborcji zbrodnią to była definicja, dzisiaj to jest „radykalna ocena”. A aborcja jest przecież wciąż taka sama. Co się więc zmieniło? Świat zdziczał.



N: Ma Pan poczucie, że jest w Polsce jedynym „radykalnym katolem”?



WC: Co Pani, oszalała??? Polska się skończyła? Zostały tylko lemingi?! Mam nadzieję, że są nas – radykalnych katolików – miliony. Na zimę wyjechałem na prerię, siedzę daleko od świata, ale coś tam do mnie dociera. Jedyna polska telewizja dostępna na terenie USA to... TV Trwam. TV Polonia, której obowiązkiem jest docierać do Polonii zagranicznej, wyświetla mi się na komputerze jako „niedostępna na tym obszarze”. (To samo TVP Info, TVP2.) Skandal, bo na jakim obszarze niby ma być dostępna, jeśli nie za granicą, w USA, gdzie Polaków mieszka kilkanaście milionów? Na szczęście Telewizję Trwam odpalam gdzie chcę i kiedy chcę. Chwała im za to!

No i z oglądania codziennie wiadomości z Polski wynika mi, że nas, radykałów katolickich, jest wielu.



N: Uważa Pan, że jest misjonarzem?



WC: Mam nadzieję, że jestem. Prowadzenie pracy misyjnej to jeden z obowiązków, który ciąży na każdym katoliku, nie tylko na księżach, którzy jadą do Afryki. Mamy być misjonarzami wszędzie i zawsze. Mówiąc językiem niższym: mamy nawracać świat dookoła siebie, poprawiać świat, budować dobro, zwalczać zło, NAWRACAĆ. Każdy z nas ma taki obowiązek. Dlatego na początku wspomniałem o tym Karnowskim, bo jeśli ja mu przestanę przypominać, a on sam zapomni, że musi naprawić wyrządzone szkody, to jego wina przejdzie na mnie.



N: Pytam o to, bo chciałabym wiedzieć, czy postawił Pan sobie za cel rozpropagowywanie rzymskiego katolicyzmu i przestrzeganie Polaków przed innymi religiami, i najlepszym do tego narzędziem są media?



WC: Media są takim samym narzędziem jak każde inne – niekoniecznie najlepszym. Świadectwo mamy dawać całym swoim życiem, każdym naszym czynem, a zatem nawet kiedy jestem w toalecie, to mam pozostać katolikiem i nawet tam dawać dobre świadectwo. Katolik zostawia czysty kibel, nawet gdy go nikt nie obserwuje. Katolik nie przeklina, nawet gdy go nikt nie słucha. To są uniwersalne zasady i nieważne, czy w mediach takich jak telewizja, czy takich jak woda w łazience.



N: Czy podróżując próbuje Pan nawracać spotkanych ludzi?



WC: Zawsze i wszędzie. W tej chwili próbuję nawracać Panią. Nie mówię nic wprost do Pani, ale może po tej rozmowie będzie Pani trochę inna. Środki dobieramy stosownie do okoliczności. Tego mnie uczyli na politechnice.



N: Ma pan wśród przyjaciół i znajomych księży katolickich?



WC: Bardzo wielu



N: Jeśli tak, to z jakimi reakcjami z ich strony Pan się spotyka. Jak reagują na Pana poglądy? Czy mówią, że robi Pan dobrą robotę?



WC: Zależy od roboty. Czasami moja robota ich w ogóle nie interesuje, bo ja się głównie zajmuję prowadzeniem interesów, a to księdza może interesować w wąskim zakresie od strony konfesjonału: czy jestem kapitalistą etycznym? A zatem, kiedy spotykam się z moimi kumplami księżmi, to raczej nie gadamy o mojej robocie, tylko o sprawach Kościoła, Ojczyzny i o prywatnych.



N: Ma Pan poczucie, że jest Pan przez nich traktowany poważnie?



WC: Jak najbardziej. Relacja między katolikami nie może polegać na fałszowaniu, na lukrowaniu, na omijaniu niewygodnego tematu. Traktujemy się z szacunkiem, czyli poważnie.



N: Czy żyje Pan zgodnie z Dekalogiem?



WC: Żyję. I chodzę też często do spowiedzi. To właśnie częsta spowiedź pozwala żyć w zgodzie z Dekalogiem. Częsta, podkreślam, częsta i regularna spowiedź stawia człowieka do pionu i pozwala pion utrzymać. Staram się sobie nie ufać. Mam sumienie, modlę się, ale dobrze jest, kiedy ksiądz mi regularnie zagląda pod maskę i robi rutynowy przegląd silnika.



N: Ma pan wśród przyjaciół i znajomych buddystów? Jeśli tak, to jak zareagowali na pana program?



WC: Nie koleguję się z innowiercami, to niebezpieczne duchowo i katolik takich rzeczy unika. Znam ogólnikowo jednego, jedynego – na Facebooku występuje jako Chopin. Wydałem mu książkę podróżniczą „Prowadził nas los”. Od kilku lat bestseller. Płacimy tłuste honoraria. No i tyle mojej osobistej znajomości z buddystami. A reakcja Pana Chopina jest widoczna na Facebooku obok wielu innych.



N: Dlaczego uważa Pan, że należy ludzi ostrzegać przed Nergalem i buddyzmem (przestrzegając jednocześnie przed działaniem demonów)?



WC: Bo jestem katolikiem – dlatego.



N: W jaki sposób demony mogą stanowić zagrożenie?



WC: Szanowna Pani, na ten temat są całe biblioteki. Załamka! No dobra, na poziomie lekcji religii w szkole podstawowej to byłoby tak: demony to byty duchowe, czyli nie mające ciała, ale mające rozum (a więc myślą), własną osobowość i inteligencję. Ponadto, najogólniej mówiąc, są przeciwieństwem aniołów. Anioły nas kochają– demony nienawidzą. Każde działanie demona zawsze i wszędzie jest nastawione na zniszczenie człowieka. Nawet jeśli pozornie demon jest w danej chwili milutki. Kiedy demon daje ci cukierki, to nie po to, by ci było słodko, tylko po to, by ci się zęby popsuły. Na zakończenie dodam, że demony są sprytniejsze, bardziej inteligentne i ogólnie pod każdym względem szybsze i sprawniejsze od człowieka. A zatem nie da się przechytrzyć demona, wykołować go ani oszukać. Nie da się też demona oswoić dla swoich celów, co próbują robić buddyści. Skoro demon zawsze i wszędzie nienawidzi człowieka, to nawet jeśli chwilowo daje się udobruchać, to ma w tym jakiś cel skierowany przeciwko człowiekowi. Koniec lekcji.



N: Czy Pan kiedyś na własnej skórze odczuł działanie demonów – jakie?



WC: Nie. I codziennie odmawiam modlitwę z egzorcyzmem do św. Michała Archanioła, aby mnie ustrzegł od demonów. Mam wujaszka egzorcystę i raz w życiu byłem u niego w gabinecie. Nigdy więcej nie chcę tam pójść. Kiedyś wujaszek miał jedną osobę na miesiąc, teraz pracuje wiele godzin każdego dnia – tyle jest w Polsce opętań. Brakuje egzorcystów do roboty. Wujaszek mówi tak: „kiedy zostałem egzorcystą straciłem wiarę – ja już teraz nie wierzę, że Bóg istnieje, ja WIEM, z całą pewnością wiem, że istnieje, bo widziałem na własne oczy i odczuwałem na własnym ciele istnienie demonów".

Ten świat to nie bajka ze średniowiecza. Jakby Pani raz jeden poszła do tego jego gabinetu, to by Pani od razu nie tylko uwierzyła w istnienie Boga, ale bardzo szybko przypomniała sobie, co to konfesjonał i kurczowo złapała się Dekalogu. Widziałem w życiu rzeczy radykalne i dlatego jestem radykalnym katolem. A osoby niewierzące... niech to nazywają syndromem posttraumatycznym – to mi chyba wolno mieć? Czy też nie?

Awatar użytkownika
bartbuks
Administrator
Administrator
Posty: 12324
Rejestracja: 19 lis 2005, 14:11
Reputacja: 30
Lokalizacja: Komsin

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: bartbuks » 14 mar 2012, 15:25

Tekst z dzisiejszej Gazety Polskiej

http://media.wp.pl/kat,1022951,wid,1433 ... &_ticrsn=3

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 14 kwie 2012, 13:36

Krew, miód, Angelina Jolie

Myślicie państwo, że mieszkając nad Wisłą, wiecie coś o demonizowaniu oponentów, manipulowaniu przekazem, przyklejaniu łatek? Serbowie – ci mogliby powiedzieć nam niejedno

Na wielkim ekranie pełnią rolę czarnego luda co najmniej od dekady. Najpierw był „Peacemaker” z Clooneyem, potem „W pogoni za zbrodniarzem” z Richardem Gere’em i „Za linią wroga” z Gene Hackmanem. Wątek „serbskich terrorystów” pojawia się w najnowszej części „Mission Impossible”, za chwilę powróci w „Killing Season” z Travoltą i De Niro, a tymczasem słodkousta Angelina Jolie podbija świat melodramatem wojennym „W krainie krwi i miodu”, nakręconym według własnego scenariusza. W Polsce, odwróconej plecami do Bałkanów, rzecz jest jeszcze nieznana, ale w świecie, ho, ho, zdążyła już uzyskać nominację do Złotego Globu.

Rzecz jest o wojnie w Bośni i miłości niemożliwej. Związek Bośniaczki Ajli z Serbem Danijelem nie ma szans nie tylko ze względu na zawieruchę wojenną: przepaść między krwawym żywiołem serbskim a miodookim – bośniackim okazuje się absolutnej, nieledwie ontologicznej natury. W jednym z wariantów trailera Serbowie są w stanie przez dwie minuty dokonać serii gwałtów, rozwalić strzałem z działka karetkę pogotowia z rannym dzieckiem i zgnieść buldożerami ciała konających jeszcze cywilnych ofiar: w filmie zajmuje im to dwie godziny. Serbski

Romeo korzystnie wyróżnia się w gronie współrodaków: choć dowodzi obozem koncentracyjnym, nie gwałci swojej byłej dziewczyny, jak reszta kolegów, zabija ją za to strzałem w głowę, po czym oddaje się w ręce napotkanego patrolu ONZ, szepcąc „Jestem zbrodniarzem, jestem zbrodniarzem”. Czyli wrażliwy – jak na Serba.

Nie piszę tego z pozycji negacjonisty: w widłach Driny i Sawy i tak bywało. Żmut postjugosłowiański, sięgający swoimi wątkami w odległą przeszłość, zasupłany jest na dziesięciolecia; by go rozplątać, potrzeba będzie mnóstwo wiedzy, rozwagi i miłosierdzia.

Problem w tym, jak niezmiernie łatwo dochodzi dziś do kompresowania ludzkich losów i dramatów do lekkiego żetonu z nominałem „Srebrenica” czy „Sarajewo”, który podczas nocnych rozmów będzie podskakiwać z brzękiem na blatach barów całego świata. Setki tysięcy widzów kiepskiego filmu, skuszonych nazwiskiem pani reżyser, wie już wszystko: Serbs are bad guys, i nie zmienią tego ani puste demarches polityków, ani wrzaskliwe protesty belgradzkich kiboli: te ostatnie wpisano zresztą pewnie zawczasu w kampanię promocyjną filmu.

Doświadczeniem, z którym coraz częściej przychodzi nam się zmierzyć, jest całkowita bezradność wobec szyderczego skrótu, wobec medialnych mennic bijących lekkie liczmany. W powojennym półwieczu, komentując to zjawisko, wytaczano zwykle najcięższe działa, przywołując w kółko przypisywaną Goebbelsowi frazę o „powtórzonym po tysiąckroć kłamstwie, które staje się prawdą”. W Polsce lat ostatnich kilka razy tłumaczono strategię mainstreamu medialnego myślą Antonio Gramsciego i jego postulatem „uzyskania hegemonii w sferze nadbudowy”.

Nie wiem, może. Szachiści z kawiarni na rogu Nowego Światu i Świętokrzyskiej sporo czytają, pewnie i Gramsciego. Ja sięgałbym jednak dalej w przeszłość, myśląc o służkach, tańczących w orszaku Głupoty w pysznym, erazmowym pamflecie sprzed pięciu wieków. Lete, Mizoponia i Filantia, reprezentujące u Erazma zapomnienie, lenistwo i miłość własną, okazują się zwyciężać. Tym, którzy przegrali, już nie w pachnącej prochem bitwie, lecz w sporze o wizerunek, pozostaje, jak bośniackim czy kosowskim Serbom, osunąć się w samochwalstwo, w lukrecjową słodycz swej „racji historycznej”, której nie podziela nikt.

Angelina Jolie załatwiła Serbów na dobre. Jako że i nad Wisłą przyklejanie łatek ma się nieźle, myślałem o zakończeniu tej noty jakimś siermiężnym żartem. Że niby: różnie to bywa z relacjami z Krakowskiego Przedmieścia, ale to by dopiero było, gdyby Jennifer Lopez lub bodaj Weronika

Rosati stanęły za kamerą, by nakręcić film o latach terroru i czystek, sprawowanych przez siepaczy z CBA!

Ale mniejsza o Lopez, mniejsza o Rosati. Serbów żal.

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 27 kwie 2012, 14:14

Od pewnego czasu pojawiają się w salonowych mediach - głównie w "Gazecie Wyborczej" - narzekania i utyskiwania na fatalną sytuację finansową tzw. instytucji kulturalnych. Oczywiście, wierne władzy przekaziory starają się przedstawić problem w taki sposób, jak pisze się o klęskach żywiołowych: jaka szkoda, że diabli wzięli tyle obejść i tyle upraw, ale co poradzić, co poradzić! - powódź czy inna trąba powietrzna to jest przecież siła wyższa i nie ma się na kogo obrażać.
Brak pieniędzy na teatry i inne instytucje też jest siłą wyższą. Zabrakło, co zrobić. Żałujemy, współczujemy, apelujemy o pomoc. To straszne, że Warlikowski czy Jarzyna będą musieli wyjeżdżać za chlebem za granicę. Trzeba coś zrobić. Tak, bez wątpienia trzeba. Uprzejmie prosimy naszych przyjaciół o pomoc, jeśli to możliwe.

Ale mowy nie ma, żeby wskazano oskarżycielskim palcem winnego śmierci klinicznej, w jakiej się instytucje kulturalne znajdują już od dłuższego czasu, i w jaką coraz głębiej się obsuwają. Jeśli już, nieśmiałe oskarżenia wyczerpują się na poziomie samorządu, a i to pod warunkiem, że nie jest zdominowany przez PO i kierowany przez jedną z pretorianek Donalda "mając 300 miliardów z Unii" Tuska. Ale nawet jeśli winą obciążyć da się PSL, nie do pomyślenia są żadne złośliwości, szyderstwa. Co najwyżej bardzo wyważone w tonie ubolewania.

W końcu nie wytrzymał reżyser Grzegorz Jarzyna, od lat wielu pieszczoch salonów. Musiały mu te słowa stać kością w gardle, ale jakoś je wykrztusił. Musiały one być równie trudne do zaakceptowania dla gazety, której udzielił wywiadu, ale jakoś je przepuściła. Co prawda, bodajże tylko w lokalnym, stołecznym dodatku.

Te straszne słowa, w skrócie, brzmiały tak: jak Lech Kaczyński był prezydentem Warszawy, to na kulturę pieniędzy nie żałował. Radnym PiS mogła się nie podobać ta czy inna "artystyczna" prowokacja, ale w takich razach protestowali za pomocą rezolucji. Natomiast nie do pomyślenia było, żeby teatrom obcinać finansowanie. Tymczasem ekipa pani Gronkiewicz Waltz z roku na rok systematycznie cięła aż do kości, aż do sytuacji obecnej, kiedy jego teatr, mimo wszystkich spływających nań honorów, po prostu nie jest już w stanie funkcjonować!

Ach! Jakaż głęboka gorycz przebiła ze słów Jarzyny (a i parę innych osobistości artystycznego półświatka, jakby zachęconych, pozwoliło sobie na podobne bluźniercze utyskiwania na rządzącą Partię)!

A mnie się chce śmiać do rozpuku i krzyczeć: a dobrze wam, obłudni frajerzy!

Bo ja jeszcze pamiętam, jak gorliwie całe to towarzystwo łasiło się do "Tusku musisz". Jak zajadle, jeden pajac przez drugiego, deklamowało o "dusznej atmosferze", o tym, jak się w tej dusznej atmosferze duszą i czują nieszczęśliwi, jak się boją świateł jadącego za nimi samochodu, i każdego pukania do drzwi, zwłaszcza nad ranem... Pamiętacie jeszcze?To teraz pod stół, odszczekiwać, albo, z przeproszeniem - morda w kubeł!

Pamiętam, jakim ostracyzmem i pogardą otoczyło "środowisko" jedną z najwybitniejszych polskich aktorek, ile przykrości starało się jej na każdym kroku wyrządzić, kiedy pojawiła się w komitecie honorowym Jarosława Kaczyńskiego w ostatniej kampanii prezydenckiej.

Pamiętam - i mam nadzieję, że Państwo też - jaką histerię urządziły "środowiska kulturalne" w obronie Gombrowicza, którego nikt bynajmniej nie zakazywał. Jaki happening odstawiły, krzycząc o cenzurze, inkwizycji, o hitlerowcach palących książki, o śmiertelnych ranach zadawanych polskiej kulturze przez rządzących ciemniaków!

Pamiętam jakąś krakowską księgarnię, która trafiła na pierwszą stronę "Wyborczej", bo urządziła wystawkę z "Trans Atlantykiem" jako książką zakazaną, którą właśnie jest ostatnia okazja kupić, i utytułowanych pajaców, zatrudnionych wtedy przez TVN 24, Tok FM i inne szczekaczki salonu do "obrony" kultury narodowej przed Giertychem!

Cała ta histeria urządzona została dlatego, że "Trans Atlantyk" przesunięto z listy szkolnych lektur obowiązkowych na listę lektur uzupełniających.

A dziś, po pięciu latach rządów "Tusku musisz", "Trans Atlantyku" nie ma już ani na jednej liście, ani na drugiej. Pani Hall usunęła z listy lektur obowiązkowych nawet "Ferydurke". I co, odezwał się wtedy bodaj jeden pajac, zaprotestował?

To symboliczne. Naprawdę.

Artystyczny półświatek z nienawiści do Kaczyńskich, żoliborskich inteligentów, ludzi obeznanych doskonale z naszą i europejską kulturą, z którymi w każdej chwili porozmawiać można było zajmująco o poezji Herberta, Conradzie czy flamandzkim malarstwie, duszą i ciałem oddał się poprzebieranym w kosztowne garnitury dresiarzom. Osobnikom, których w życiu nigdy nie widziano w teatrze czy filharmonii, którzy swe metafizyczne potrzeby zaspokajają na boisku. Na dodatek: cynicznym do bólu.

Kiedy banda utytułowanych pajaców zwróciła się do swego ukochanego "Tusku musisz" z petycją, podpisaną przez wszystkich Fiutów, Janionowe i inne "autorytety" salonu, o ratowanie Państwowego Instytutu Wydawniczego, pamiętacie Państwo, co ten zrobił? Też się podpisał, demonstracyjnie, i oddał petycję jej autorom. Nie wiem, czy zaśmiał im się przy tym w oczy, ale mógł w nie nawet plunąć - wydudkane w ten sposób towarzystwo bowiem grzecznie tę swoją petycję zabrało i sobie poszło. PIW dogorywa, a autorytety, które z taką zajadłością obszczekiwały poprzedni rząd, zarzucając mu "mordowanie kultury", uprzejmie się z tym pogodziły.

To też symboliczne. Naprawdę.

Rzecz już nawet nie w tym, że tak wiernym lizaniem Platformy po d... dłoniach, chciałem napisać, i jeszcze wierniejszym warczeniem i kąsaniem PiS, nie zasłużyli sobie artyści na bodaj malutki ochłapek z pańskiego stołu. Rzecz w tym, z kim przegrali.

Z kibicami. Bo dlaczego pani Gronkiewicz-Waltz zabrała warszawskim teatrom ostatnie grosze, podtrzymujące jeszcze ich marną wegetację? Powiedziała to otwarcie - na "strefy kibica".

Tu jest gwóźdź do sprawy. I bynajmniej nie wynika takie ustawienie priorytetów z osobistych upodobań pana premiera, ani biegających za nim po boisku lizusów. Takie ustawienie priorytetów wynika z racjonalnego rachunku, kto jest dla tej władzy ważny.

"Środowiska kulturalne"? W najmniejszym stopniu. Po pierwsze, jaka jest ich siła przy urnach wyborczych, co mogą jeszcze władzy dać, czego jej dotąd nie dali? A po drugie - jak się nawet obrażą, to co zrobią? Pójdą do Kaczora? Najwyżej do Palikota, a to na jedno wyjdzie.

Dla tej władzy najważniejsi są tzw. młodzi, wykształceni, z wielkich miast. Czyli, biorąc rzecz en mass, głównie produkt nowego awansu społecznego, dokonującego się w III RP przez masową migrację ze wsi i małych miasteczek do Warszawy i kilku innych dużych miast. A to są w swej masie ludzie, którzy wypełniają sale kinowe na "Ciachu" czy "Wyjeździe integracyjnym", i tego rodzaju kultura w zupełności im wystarcza.

Oni nie potrzebują żadnych awangardowych teatrów, nawet gdyby rzeczywiście niosły one ze sobą jakieś wartości, a nie polegały tylko na bieganiu po scenie z gołą de. Oni potrzebują tylko dowartościowania, że "fajni som", nowocześni i europejscy. Szczerze mówiąc, im będą głupsi i bardziej w tej głupocie przekonani o swej wyższości nad "moherami", tym dla władzy lepiej - co władza doskonale wie i dlatego rękami kolejnych "ministrzyc" niszczy do imentu polską oświatę.

I dla tego swojego wyborczego wojska musi władza urządzać nie koncerty czy sztuki teatralne, ale igrzyska. I mówić mu, ustami lizusów, że zawody w piłce kopanej to największe dla Polski wydarzenie od czasów Zjazdu Gnieźnieńskiego w roku 1000!

I na to musi być kasa, nie na jakąś tam "kulturę i sztukę". Tzw. intelektualiści potrzebni byli Tuskowi tylko po to, aby ów produkt awansu rozgrzeszyć z kompleksów, przekonać, że nie musi się wstydzić, że jest, jaki jest, bo byle tylko był przeciwko "Polsce czarnosecinnej", "moherowej", to już jest fajny. Zrobiły to już i więcej potrzebne nie są. No, odpali się Wajdzie na filmową hagiografię Wałęsy, bo to się jeszcze w propagandzie przyda.

A jak się artystom nie podoba, to ich problem. Zrobiliście swoje, współtworzyliście nimb tej bandy drobnych cwaniaczków i barbarzyńców jako władzy na poziomie, europejskiej, dystyngowanej, godnej szacunku - a teraz poszli won.

Albo, jeśli chcecie być konsekwentni - łapać za wuwuzele, malować sobie artystyczne gęby w stadionowe kolory, i dymać na mecz. Może wtedy udobruchany premier rzuci wam łaskawie z loży honorowej parę srebrników. Oczywiście, jeśli cokolwiek mu zostanie po zaspokojeniu potrzeb wszystkich swoich kolesiów, ich kolesiów i kolesiów ich kolesiów.

Nie sądźcie Państwo, że upadek instytucji kulturalnych mnie cieszy. Akurat w wypadku pana Jarzyny czy Warlikowskiego martwię się najmniej. Dużo gorzej, że niszczone są instytucje zasłużone, ważne, dające dotąd kontakt z klasyką - takie jak zarzynana w tej chwili tępą brzytwą Warszawska Opera Kameralna. Że polityka barbarzyńców z PO skazuje nas w sferze kultury wyłącznie już na to, co zechcą nam zasponsorować fundacje niemieckie i Unia Europejska. A co oni są gotowi sponsorować, wiadomo - sztukę polegającą na perswadowaniu Polakom, że są plemieniem antysemickiej ciemnoty, która powinna się siebie samej wstydzić i jak najszybciej się wynaradawiać lub zdychać, względnie artyzmy polegające na publicznym wtykaniu przez jednego pana drugiemu wibratora w zadek.

To naprawdę nie jest wesołe. Ale w tej niewesołej sytuacji drobnym, wiem, że żałosnym, ale cóż - jedynym pocieszeniem jest ta odrobina schadenfreude, że najgorliwsze lizusy Tuska tak właśnie zostały przez niego potraktowane.

I, jak to się mawia w sferach społecznych, z których pochodzę: pies im mordę lizał.

Wszyscy artysci to... :wink: Jak mawial (wlasciwie spiewal) klasyk.

Awatar użytkownika
kaczy
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 7935
Rejestracja: 01 cze 2004, 10:04
Reputacja: 466

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: kaczy » 23 maja 2012, 14:50

Niedawno ktoś poruszał temat Bohdana Smolenia bodajże na haxie.
Ciekawy wywiad z mistrzem estrady przeprowadził Sylwester Latkowski.
Sylwester Latkowski: Cały czas pan pali papierosy?

Bogdan Smoleń: Tak, bo nie chcę umrzeć zdrowszym. Nie przeszkadza mi to w niczym. Rano, jak wstaję, jeszcze trochę pokaszlę, pokaszlę i działam dalej przez cały dzień.

Ile pan pali dziennie?

No, z półtorej paczki.
Kiedyś pan powiedział, że już „żyje wolniej"…

No, bo wolniej mi się oddycha.
Nie jest łatwo dojechać do pana.

I to jest plusem, bo po cholerę mają mnie tu odwiedzać? Ja chcę tu być sam. Kiedyś miałem tłumy obok siebie, a teraz doszedłem do wieku, kiedy chcę być sam.
Ludzie pana zmęczyli?

Ja ich też. I dajmy sobie spokój.
Kiedy pan ostatnio występował?

Dawno temu. Jakieś 7–8 lat minęło.
Już się panu nie chce, czy nie może pan ze względu na zdrowie?

Jest takie słowo: chwatit – i chwatit.
Pan jest z wykształcenia zootechnikiem?

Tak, a z drugiego wykształcenia jestem aktorem. Miałem zawsze inżynier aktor na wizytówce.
Duży wpływ na pana pierwsze role kabaretowe mieli rodzice?

Matka nie miała nic przeciw, ojciec wprost przeciwnie. Był konferansjerem i wiedział, czym to grozi. Bo to są noce nieprzespane, wieczory, że tak powiem, przepite.
Zaczął pan od kabaretu „Grupa Pod Budą".

Powstał przy Akademii Rolniczej w Krakowie. Za zupę się grało, za zupę w stołówce. I to był najpiękniejszy moment, bo miałem dzieci i żonę dwa piętra wyżej, nad sceną.
Wkrótce pan wspiął się wysoko. Stał się pan osobą powszechnie rozpoznawalną.

I tak zaczęła się tragedia. Bo już nie wiadomo było, gdzie iść, czy w prawo, czy w lewo. Zawsze było źle. A potem Zenon Laskowik zapytał, czy bym zagrał z nim; ja mówię „Tak", on: „To kiedy przyjedziesz?". „Jutro" – odpowiedziałem. Spakowałem walizkę i pojechałem do Poznania. Ściągnął mnie, tylko nie wiem po co. Bo to miała być fabryka żartów, pieniędzy, a teraz się okazuje, że to jest nic. Ja się nie będę nikomu tłumaczył, dlaczego tak jest.
Zostawił pana?

Poniekąd tak. Z panem Laskowikiem rozstaliśmy się w 1982 roku. A jeszcze po nim występowałem wielokrotnie. Już nie jako kabaret „Tey".

Co według pana jest karierą?
Pieniądze. Zrobiłem karierę, czyli szmal zrobiłem. Już mam pełne kieszenie i mogę działać dalej. Kariera to jest takie coś, że to się robi i robi, i nie ma końca. Bo widownia nie chce odpuścić, bo chce go mieć, a ty chcesz zarabiać.

Przez lata żył pan w hotelach, na walizkach.
Tak, cały czas. Przez to rodzina ciebie nie ma, nie istniejesz dla niej.

A więc rodzina zapłaciła wysoką cenę.
No tak… To była cena popularności.

Syn popełnił samobójstwo…
To był silny chłopak. Potrafił tak przylać komuś w pysk z byka i z kolana, że aż się dziwiłem. Taki był ambitny. I mimo to nie dawał sobie rady ze sobą. To trzeba uszanować, bo każdy ma swoje plusy i minusy.

Ile on wtedy miał lat?
Siedemnaście.

Potem samobójstwo popełniła żona…
Tak.

Rzucił pan estradę, wyłączył się całkowicie z publicznego życia na 10 lat?
Może nie na 10, może na 7-8 lat. Ale wyłączyłem się.

Mało osób by powstało po czymś takim.
Trzeba być facetem. Facet potrafi.

Potem wrócił pan na scenę.
Nie tak od razu. Zacząłem sprzedawać taśmy kabaretowe Gajosa, który zabierał mnie w trasę.

Jeździł pan na występy z Gajosem i pracował w szatni jako sprzedawca jego kaset?
Tak, bo chciałem dołączyć do ludzi. Strasznie się dziwili. To była moja przewaga nad nimi. Na scenę wróciłem małymi kroczkami.

Ale znowu z niej pan zszedł.

Przede wszystkim to były dwa udary. Bo ja w tej chwili chodzę źle, czasem mówię niewyraźnie. W takiej postaci nie potrafię wejść na scenę.
Dlaczego kupił pan konie?

Bo było takie duże pomieszczenie, które przypominało stajnie. Do kompletu trzeba było kupić konie.
Teraz te konie wożą niepełnosprawne dzieci?

Bo je lubię.
Zamiast prowadzić stajnię z końmi dla bogatych, zdrowych ludzi, którzy by przyjeżdżali do stajni Smolenia, zajmuje się pan dziećmi, na które większość ludzi woli nie patrzeć, uciekają od nich.

Wszyscy mnie pytają, dlaczego. Tak chciałem i tak zrobiłem. A do końca dlaczego, to zostawię dla siebie w środku, dobrze?
Co dają panu te dzieci?

To że się nie znamy, że oni mnie nie znają, że ja ich do końca nie znam, ich powikłań nie znam. Warto im pomóc, bo ten koń, ten spokój na podwórku, to wszystko im pomaga. Mnie też. Każdy powinien sobie znaleźć miejsce na świecie, żeby mieć spokój.
I to jest pana miejsce?

I to jest moje miejsce.
Ale chroni pan prywatność, nie chce, żeby pokazywano obejścia domu.

No bo to jest moje. Ja to chcę mieć dla siebie, dla mojej rodziny.
Wracając do koni: pan jeździł konno?

Akademię Rolniczą kończyło się kursem jazdy konnej i kursem na traktorze, tak że kiedyś jeździłem koniem i traktorem. A pan zapali?
Nie palę, całe szczęście.

To ja sobie zapalę dwa. Od podstawówki palę i nie chcę przestać. Ciągle jestem w podstawówce. Babcia mi szła po papierosy, bo bała się, że ja się przeziębię. Tak że ja sobie nigdy sam nie kupowałem papierosów.
A co dzisiaj daje panu radość, poza paleniem papierosów?

Słońce, to, że idzie wiosna, albo lato nawet idzie. Ta mucha, co mi lata, też mi daje radość, bo to jest ta mucha, co w zeszłym roku latała.
No nie, chyba nie ta sama.

Ona jest bardziej siwa, to właśnie ta sama.
Zanim zaczęliśmy rozmowę, oglądał pan telewizję, czyli wie pan, co się dzieje w dzisiejszym świecie. Młodzi mają niesamowity pęd do kariery, bo dla nich kariera, sława oznaczają wszystko co dobre. Jak pan na nich patrzy, to co pan sobie myśli?

Ja bym powiedział tylko „Synku, spokój". Oni by chcieli wszystko od razu, a to się nie da.
Nie widzą także, że sława ma cienie.

Tak, blaski i cienie.
A jakie ma pan spojrzenie na dzisiejszy polski show-biznes?

W sensie, że show i przeszoł.
Dziwnie się rozmawia z człowiekiem, który kojarzy się ze śmiechem, rozweselaniem, a mówi, że już nie jest od tego, żeby rozśmieszać.

Ale czy to jest moja wina? Zawsze byłem normalny, ja mówiłem do ludzi normalnym głosem, opowiadałem o zwykłych problemach. A oni się z tego śmiali. Nie ja się z tego śmiałem. Ani razu w życiu mnie nie widział pan w telewizji, żebym się śmiał z czegoś. Pietrzak się śmiał z tego co mówił, Jasiu Kaczmarek się śmiał. A ja się nigdy nie śmiałem.
Cholernie poważnym człowiekiem jest Bogdan Smoleń.

No, jest taki i co zrobić. Tylko tęsknić, kiedy zgłupieje. A pan nie zauważa, że zadaje strasznie poważne pytania?
Pan się jeszcze potrafi śmiać?

Tak.
A z czego pan się śmieje?

Czasami z siebie. Czasami z tych, co są wkoło.
Słucha pan swoich starych skeczy, kabaretów?

Nie, przecież to można wymiotować. Swoimi słowami.
Znam takich, co zawsze słuchają swoich piosenek albo oglądają swoje filmy.

Ja nie, nie chcę. Ile można czerpać. Były, ja nie lubię powtórek.
A jak dzisiaj wygląda pana dzień?

Ten dzisiejszy dobrze, bo się nie wywróciłem w drodze do ubikacji. Strasznie mnie boli, jak mnie podłoga bije po plecach. Przeszedłem sobie boczkiem i udało mi się. Jestem szczęśliwy i mam nadzieję, że jutro będzie mi coraz łatwiej chodzić. Ale to przejdzie, to jest pikuś.
http://www.wprost.pl/ar/324170/Latkowsk ... ier-aktor/

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 05 cze 2012, 15:45

Niezwykle interesująco wygląda zestawienie publikacji Wojciecha Czuchnowskiego dotyczących okoliczności obalenia rządu Olszewskiego. Ideowa wolta od prawicowca do jednego z głównych cyngli „Wyborczej” jest niezwykle znamienna.


Bloger Grzegorz Wszołek w związku z publikacjami Wojciecha Czuchnowskiego po 20 latach od obalenia rządu Jana Olszewskiego przygotował porównanie aktualnych tekstów Czuchnowskiego na ten temat oraz jego publikacji sprzed 20 lat, gdy reprezentował on jeszcze inną redakcję. Na nieszczęście bajkopisarza z Czerskiej, publikacje prasowe w przeciwieństwie do wielu dokumentów SB nie płoną i wystawiają piękne świadectwo różnorakim ideowym woltom – napisał na swoim blogu Grzegorz Wszołek.

Poniżej zestawienie publikacji Wojciecha Czuchnowskiego z 1992 i 2012 roku:


Wojciech Czuchnowski 2012 w "Gazecie Wyborczej": Gdy 4 czerwca 1992 r. o godz. 10 rano szef MSW Antoni Macierewicz dostarczał do Sejmu "listy agentów", podległe mu jednostki wojskowe rozpoczęły niepokojące przygotowania. Żołnierzy zatrzymano w koszarach i przydzielono im dodatkowe magazynki do pistoletów maszynowych. Oficerowie spędzili noc w sztabie w mundurach polowych. W pogotowiu czekały ciężarówki, śmigłowce, antyterroryści. Ze ściany w dowództwie jednostki ktoś zdjął portret prezydenta Lecha Wałęsy.

Wojciech Czuchnowski 1992 w "Czasie Krakowskim": Pomiędzy tendencyjnością a kłamstwem granica jest cienka (...) W ciągu kilkunastu dni Gazeta Wyborcza ową granicę przekroczyła trzykrotnie. (...) Po raz drugi "Gazeta" skłamała informując o przygotowanym przez upadający rząd wojskowym przewrocie. Na łamach "Wyborczej" postawiono w stan gotowości wojsko, zaplanowano aresztowanie prezydenta, a kolumny czołgów tylko czekały na rozkaz wycelowania armat w Sejm. Informacje o zamachu dziennikarze oparli na tzw. wiarygodnych źródłach.


Wojciech Czuchnowski 2012 w "Gazecie Wyborczej":
Rząd Olszewskiego był przekonany, iż ogłoszenie "listy Macierewicza" może wywołać niepokoje społeczne. Nie wiadomo, czy pomysł wyprowadzenia z koszar jednostek MSW wiązał się z poczuciem zagrożenia wykonawców uchwały lustracyjnej, czy przeciwnie - miał być pokazem siły. Jaśniejsze są intencje wobec Wałęsy - zbyt wiele jest relacji o zdejmowaniu jego portretów(sic!). Jednoznaczny sens mają też nieuzgodnione z Kancelarią Prezydenta wizytacje obiektów służących ochronie głowy państwa(sic!).

Wojciech Czuchnowski 1992 w "Czasie Krakowskim": Każda z tych trzech akcji była przeprowadzona w odstępie jednego, dwóch dni (chodzi jeszcze o fałszywe przecieki z projektu dekomunizacyjnego i rzekome niszczenie niewygodnych dokumentów przez ludzi Macierewicza - dop. Grzegorz Wszołek). Ich celem było wytworzenie obrazu rządu jako grupy niebezpiecznych "oszołomów", gotowych w obronie posiadanej władzy wykorzystać wszelkie możliwe środki. Wielokrotnie zaprzeczały im wszystkie strony konfliktu, przedstawiciele odchodzącego jak i nowego rządu.


Wojciech Czuchnowski 2012 w "Gazecie Wyborczej": Militarne wsparcie "akcji teczkowej" nie powiodło się, bo na przeszkodzie stanął zdrowy rozsądek oficerów średniego szczebla. Niezgodne z procedurami rozkazy polityków wykonywali opornie, wiedząc, że w sytuacji ostrego konfliktu politycznego wyjście wojska z koszar może doprowadzić do tragedii.

Wojciech Czuchnowski 1992 w "Czasie Krakowskim": Na łamach GW próżno jednak szukać sprostowań, przeprosin czy wyrazów ubolewania. Nic dziwnego - zgoda na świadome i wielokrotne posłużenie się kłamstwem oznacza, iż w dążeniu do celu nie obowiązują już żadne reguły.

Awatar użytkownika
maciek_88
Moderator
Moderator
Posty: 7740
Rejestracja: 18 sty 2006, 11:33
Reputacja: 790

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: maciek_88 » 05 cze 2012, 21:58

http://www2.warwick.ac.uk/fac/soc/law/e ... ber1/geey/

O Financial Fair Play. Po angielsku.

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 14 wrz 2012, 11:26

Sytuacja wydaje się być komiczna...

Absurdalność zarzutów, głupota i zacietrzewienie władzy, która nie dopuszcza do jakiejkolwiek krytyki, nawet tej z przymrużeniem oka - właśnie to wszystko wydaje się być śmieszne. Jednak fakt, że za organizacje happeningów prześmiewczych w stosunku do obecnej władzy i jej akolitów, niewinny i niekarany człowiek można trafić do pudła na kilka ładnych lat - przeraża. Siedzenie bez wyroku w monitowanej 24h na dobę celi (!) - za narażenie się naszemu kochanemu premierowi. Oto Polska właśnie. Oczywiście w mediach głucha cisza - wszystko jest w najlepszym porządku.

U nas z demokracją i wolnościami obywatelskimi - wszystko ok :)
Polowanie na „Kelnera”

Milicjantom w PRL mówił, że widzi w celi wiewiórkę, którą skacząc po celi, próbował złapać. MO przekazywała go psychiatrom. A ci puszczali wolno. Niedawno zdenerwował działaczy PO – jeździł po Polsce parodiującym ich kampanię „Tóskobusem”, z którego puszczał melodię z Koziołka Matołka. Za Jaruzelskiego mu się upiekło, za Tuska już nie. Siedzi w areszcie. Mając status... niebezpiecznego więźnia.

Wojciech Braun, czyli „Kelner” – to człowiek, któremu za rządów PO organa ścigania oraz związani z władzą biznesmeni postanowili wydać totalną wojnę. Adwokat Krzysztof Wąsowski pytany, ile spraw Brauna prowadzi, odpowiada, że musi sprawdzić. – Chyba dziesięć – próbuje policzyć.

Izolowana cela, monitoring przez 24 godziny na dobę, skuwanie kajdankami przy każdym wyjściu z celi, ograniczenie kontaktu z innymi więźniami, spacer pod nadzorem strażników – tak w areszcie na Rakowieckiej traktowany jest 49-letni mężczyzna. Nadano mu bowiem status więźnia niebezpiecznego, w prawniczym slangu „enkę”. Taki dostają np. sprawcy zamachu na prezydenta albo integralność Rzeczypospolitej, uprowadzenia samolotu lub statku – stanowi kodeks. – To jakiś koszmarny absurd, pan Braun jest przecież osobą niekaraną – mówi mecenas Wąsowski.

Posłowie PiS i PO: „Kelner” niebezpieczny? Absurd

– W życiu nie przypuszczałabym, że może zostać uznany za osobę niebezpieczną – mówi posłanka PiS Małgorzata Gosiewska, która poznała „Kelnera”. – Normalny, porządny człowiek. Owszem, używający ostrego języka.

Poseł Andrzej Halicki z PO, deklarujący się jako kibic Legii Warszawa, też nie ukrywa, że zna Brauna od wielu lat. – Oczywiście nie jest on żadnym gangsterem ani człowiekiem zagrażającym ładowi demokratycznemu – stwierdza.

– To nie prokurator decyduje o nadaniu statusu „niebezpiecznego”, tylko komisja penitencjarna w areszcie. Nie mamy z tym nic wspólnego – mówi pytany o traktowanie „Kelnera” prokurator Dariusz Ślepokura, rzecznik warszawskiej Prokuratury Okręgowej. Michał Grodner, zastępca oficera prasowego w areszcie na Rakowieckiej: – Nie mogę nawet potwierdzić, czy taka osoba jest u nas. Takie mamy procedury.

Czym Wojciech Braun naraził się władzy? Lista jest długa. Obrzucił tortem z bitą śmietaną byłego prezesa Legii Warszawa Leszka Miklasa, bossa koncernu ITI. To po tym wydarzeniu zyskał pseudonim „Kelner”. Zawiadywał autokarem parodiującym kampanię Tuska. Gdy premier grał z dziećmi w piłkę, urządził mu „doping” na warszawskiej Agrykoli. Założył portal KoniecITI.pl oraz stronę Szechteriada.org, poświęconą Adamowi Michnikowi i jego metodom działania. Za każdą z tych akcji, oprócz ostatniej, wytoczono mu sprawy sądowe. Wszystkie, które się zakończyły, wygrał.

Mimo to siedzi, tyle że bez wyroku, jako tymczasowo aresztowany za kontrmanifestację przeciwko rosyjskiemu marszowi w czasie Euro 2012 w Warszawie. Przypomnijmy, że Władimir Putin dzwonił po niej do Donalda Tuska. Po telefonie Putina rozpoczęła się fala wypowiedzi polityków PO domagających się aresztowania kibiców. Padło na „Kelnera”, którego policja wytypowała na jej głównego organizatora.

Nie będę spał z wiewiórką

Gdy w PRL Brauna zamykała milicja, w celi podnosił alarm, że jest w niej wiewiórka. Próbował ją złapać, rzucając się po ścianach. Ogłupieni milicjanci przeszukiwali pomieszczenie. Braun kategorycznie oświadczał im, że nie mają prawa trzymać obywatela PRL w jednym pomieszczeniu z gryzoniem. „Nie będę spał ze zwierzęciem!” – to był jego popisowy okrzyk.

Instrukcje MO były w takim przypadku jednoznaczne – odwieźć wariata do szpitala. W asyście paru radiowozów Wojciech Braun transportowany był więc do Tworek. Tam lekarze wiedzieli już, z kim mają do czynienia. Zamiast śmierdzącego dołka, spania na twardych dechach i głodowych posiłków, czekało na niego miękkie łóżko i przyzwoite jedzenie. A psychiatrzy po jednym albo dwóch dniach puszczali go na wolność.

Pierwszy raz na Legię poszedł z ojcem w 1974 r. Miał 11 lat. Gdy skończył 14, zaczął chodzić na mecze sam i zaliczać pierwsze wyjazdy. Jak na przyszłego „Kelnera” przystało, skończył technikum gastronomiczne. W przeddzień matury pojechał na kolejny mecz wyjazdowy Legii do Szczecina. W efekcie spóźnił się na egzamin i musiał odłożyć maturę o rok.

Pracował potem jako pomocnik kucharza w hotelu „Forum”. To w czasach stanu wojennego i kartek na mięso było coś. – Kiedyś jechaliśmy pociągiem na mecz. Wojtek miał ze sobą torbę z różnymi wyniesionymi z hotelu produktami – wspomina jeden z kibiców Legii. – Dogadał się wtedy ze sprzedawcą w Warsie i ten pozwolił mu ugotować dla nas obiad – mówi. W efekcie w czasach pustych półek objadali się w czasie wyjazdu schabowymi. Kolegom mówił, że w hotelu uważać trzeba na recepcjonistów, bo to konfidenci bezpieki.

Nawet zasadniczą służbę wojskową odsłużył, pracując jako kucharz na Legii. I tak jest do dziś: wszystko, łącznie z rodziną i pracą, jest podporządkowane Legii.

Tortowy zamach i przesłuchanie w sprawie islamskich terrorystów

O „Kelnerze” zaczęło być głośno, gdy koncern ITI, właściciel Legii Warszawa, wytoczył wojnę własnym kibicom, pragnąc wymienić publiczność na bogatszą i grzeczniejszą. 2 września 2008. Policja zatrzymała 752 osoby idące na mecz z Polonią. Wiele z nich bito i gazowano. Ministrowie Schetyna i Ćwiąkalski przedstawili bezprawną akcję jako wielki sukces. „Kelner” uznał, że władza przesadziła.

30 września 2008. Trwają obrady piłkarskich działaczy z Ekstraklasy SA. Uczestniczy w nich Leszek Miklas, prezes Legii Warszawa, który znienacka zostaje obrzucony tortem. – Dżihad Legia! – słyszy okrzyk. Miklas wzywa policję, ale gdy przyjeżdża kilka radiowozów, Brauna już nie ma.

Adrian Skubis z Ekstraklasa SA nie ukrywa, że było to dla jej działaczy ciężkie przeżycie. – Temat jest poważny. Od tamtego momentu staliśmy się bardziej czujni, by zapewnić prezesom komfortowe warunki pracy – mówi z powagą „GP”.

Ministrem spraw wewnętrznych jest zaprzyjaźniony z ITI Grzegorz Schetyna, więc śledztwo idzie błyskawicznie. Pod dom Brauna w podwarszawskim Błoniu o 6 rano zajeżdżają dwa radiowozy. Braun zostaje skuty kajdankami. Na siedem godzin. Przesłuchiwany jest w sprawie związków z... arabskimi terrorystami. Policja podchodzi go umiejętnie, najpierw podpytując, czy zna jakichś kibiców Legii z krajów arabskich. Odpowiada, że nigdy o takich nie słyszał. – Ale niczego nie można wykluczyć. Skoro w Warszawie są kibice Realu Madryt, to może i ktoś w krajach arabskich kibicuje Legii – dodaje. Z tekturowej tacki po torcie zdjęte zostają odciski palców.

Jak się okazuje, kuriozalne pytania to wynik zawiadomienia Miklasa, który uznał tortowy atak za akt terroru – próbę zastraszenia okrzykiem „Dżihad”. Zeznał też, że od uderzenia tortem ma silne bóle karku.

Braun zeznaje, że nie stosował wobec Miklasa przemocy, lecz jedynie posłużył się formą protestu spotykaną w wielu krajach. Tortem oberwał przecież nawet Bill Gates. Zdradza szczegóły przygotowań do zamachu: – W cukierni zapytałem, jakim tortem nie zrobię na pewno komuś krzywdy. Odpowiedziano mi, że kremowym z bitą śmietaną.
Tort przyozdobił przekreślonym logo ITI oraz napisem „Urodzeni do walki z okupantem”. Atmosfera na komisariacie rozluźnia się. „Daj tego z Al-Kaidy” – żartują między sobą policjanci. Braun zostaje wypuszczony bez postawienia zarzutów. – Rzuciłem tortem, bo mam dość kłamstw. Słuchania, że jesteśmy bandytami, nazistami, narkomanami czy dilerami – mówił wtedy „GP”.

„Kelner” niewinny, policja zwraca tackę

Policja nie dopatrzyła się przestępstwa, ale Miklas nie odpuścił – wystąpił z oskarżeniem prywatnym. W 2010 r. sąd uniewinnił „Kelnera”. W uzasadnieniu stwierdził: „W zachowaniu Wojciecha Brauna Sąd nie dopatrzył się cech wyłącznie nagannych i zasługujących na potępienie. Warto podkreślić, że oskarżony nie działał w sposób złośliwy. Jest on wiernym kibicem klubu sportowego »Legia« i swoim zachowaniem w dniu 30 września 2008 r. chciał wyrazić protest przeciwko polityce grupy »ITI«”.

Po trzech latach policja przysłała mu kolejne wezwanie na komisariat. Skoro nie było przestępstwa, postanowiła zwrócić mu tackę od tortu, z której pobrano odciski palców. „Papierowa tacka o średnicy 20,5 cm, falistych brzegach, z jednej strony koloru żółtego, z drugiej koloru srebrnego” – tak sierżant Monika Kędziora opisała zabezpieczony dowód.

Ale także Braun nie odpuścił Miklasowi. W każdą rocznicę tortowego zamachu wysyła mu pocztą bilet do Iławy, z której ten pochodzi, racę i kubek. Bilet po to, żeby wiedział, że nie jest mile widziany w Warszawie. Racę, żeby w czasie powrotu do Iławy oświetlił sobie drogę. Na kubku po wlaniu do niego ciepłego płynu pojawia się twarz Miklasa. To po to, żeby wiedział, że w Warszawie będzie mu gorąco.

Strzelcie gola matołowi, czyli dziewięciu BOR-owików do przesłuchania

22 czerwca 2011. Premier Tusk postanawia ocieplić swój wizerunek, grając w piłkę z dziećmi na warszawskiej Agrykoli. Media kolportują historyjkę, zgodnie z którą było to marzeniem jednego z chłopców.

Tymczasem trwa wojna Tuska z „kibolami”. Grupa kibiców Legii pojawia się na miejscu i dopinguje młodych piłkarzy okrzykami: „Nie podawaj do matoła”, „Strzelcie gola matołowi” czy „Są tu kibole, więc zamknij też Agrykolę”.

Policja ich spisuje, „Kelnera” uznaje za głównego organizatora i wytacza mu sprawę za... nielegalne zgromadzenie. Trwa ona do dziś. Ostatnia rozprawa odbyła się 16 sierpnia, gdy przebywał on już w areszcie. Stawiło się na nią dziewięciu funkcjonariuszy BOR, wezwanych w charakterze świadków. Ale zeznawać nie mogli, gdyż prokurator nie dostarczył aresztowanego Brauna. Mają stawić się ponownie. Obrona zawnioskowała też o przesłuchanie świadka Donalda Tuska.

Podobnych „nielegalnych zgromadzeń” „Kelner” miał organizować wiele. Wtedy m.in., gdy Tusk zamknął stadion Legii i kibice zgromadzili się przed jego bramą.

„Tóskobus” i za niskie mosty w Sosnowcu

4 października 2011 r., trwa kampania wyborcza. Sprzed sejmu rusza „Tóskobus” – autokar będący niemal kopią tego, którym po kraju jeździ z gospodarskimi wizytami premier. Głównym organizatorem akcji jest „Kelner”, który w towarzystwie kierowcy przemierza Polskę.

Dopiero na rogatkach miast, w których gości „Tóskobus”, autobus zapełnia się. Wsiadają do niego miejscowi kibice. Po wyjeździe z Warszawy odwiedza on m.in. Łódź, Poznań, Sosnowiec, Katowice, Bytom, Chorzów, Zabrze, Kielce i Białystok. Wszędzie z głośników rozlega się dedykowana Tuskowi melodia z Koziołka Matołka oraz piosenka „Ta ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstaniemy”.

Wojciech Braun jest w tym czasie najpilniej strzeżoną przez policję osobą w Polsce. Przed Sosnowcem policja zatrzymuje autobus i nie chce go wpuścić do miasta. Tłumaczy, że zajęła się nim z... życzliwości. Chodzi o to, że pojazd jest bardzo wysoki, a mosty w mieście niskie. Po negocjacjach i telefonach od dziennikarzy „Kelner” słyszy, że może być w mieście tylko 10 minut. Jednocześnie policja zapowiada, że nie wpuści go do Rybnika. Tak się przypadkiem składa, że jest tam „Tuskobus” z premierem. „Kelner” ma za „Tóskobus” kolejną sprawę o nielegalne zgromadzenie. Tym razem chodzi o kibiców gromadzących się wokół autokaru.

18 kwietnia 2011. Podczas meczu w Poznaniu kibice Legii wywieszają sektorówkę z podobizną Michnika i hasłem „Szechter, przeproś za ojca i brata”. Jest też adres strony Szechteriada.org. Właścicielem domeny jest Wojciech Braun. Podobnie jak portalu KoniecITI.pl. Gromadzi na nim artykuły dotyczące przeszłości bossów medialnego koncernu. To zdenerwowało ich na tyle, że wytoczyli mu sprawę o naruszenie dóbr materialnych. Sąd Polubowny ds. Domen Internetowych uznał jednak, że Braun ma prawo prowadzić portal o tej nazwie.

Politycy PO strofują, sąd aresztuje

12 czerwca 2012. Przez Warszawę przechodzi marsz rosyjskich kibiców z sierpem i młotem. Dochodzi do starć między polskimi i rosyjskimi kibicami, w większości sprowokowanych przez rosyjskich bojówkarzy.

Do Tuska dzwoni z reprymendą Władimir Putin. Jego telefon rozpoczyna serię wypowiedzi polityków PO, strofujących wymiar sprawiedliwości za zbyt łagodne traktowanie kibiców. Bronisław Komorowski domaga się, by „zastosować ostrzejsze kary”, Jarosław Gowin wyjaśnia, że „wyrok sprawiedliwy to kara bezwzględnego pozbawienia wolności”, a Radosław Sikorski domaga się, by „bandyterkę kibolską potraktować odpowiednio surowo”.

19 czerwca Wojciech Braun zostaje zatrzymany jako podejrzany o zorganizowanie zamieszek. Policja stosuje wobec niego art. 119 k. k.: „Kto stosuje przemoc lub groźbę bezprawną wobec grupy osób lub poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej (...), podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”.

– To kuriozalny zarzut – mówi adwokat Krzysztof Wasowski. – Mój klient nie protestował przeciwko Rosjanom z powodu ich przynależności narodowej. Protestował przeciwko marszowi, który uważał, podobnie jak wiele osób, za antypolską prowokację. Jego stosunek do Polaków z Ruchu Palikota biorących w niej udział był identyczny jak do Rosjan.

Prokuratura przyjęła tym samym, że 184 zatrzymanych wcześniej kibiców nie protestowało przeciwko Rosjanom z powodu ich przynależności narodowej, a Braun i zatrzymany wraz z nim 50-letni Wojciech Wiśniewski – tak.

Użycie tego paragrafu umożliwiało aresztowanie „Kelnera”, bo za motywowany ksenofobią czyn grozi aż 5 lat więzienia. Czy nagłe wyciągnięcie tego paragrafu miało coś wspólnego z telefonem Putina i kampanią w mediach?

Dr Piotr Kładoczny z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka: – Mam uraz co do używania art. 119 jako autor pracy na temat czasów stalinowskich. Wtedy dożywocie albo kara śmierci stosowane były, jeśli zamiar przestępcy był kontrrewolucyjny. Wówczas było o tyle łatwiej, że przyznanie się do kontrrewolucyjnych zamiarów można było wymusić.

Prokuratura ukrywa dowody

Prokurator Marcin Górski wystąpił o 3 miesiące aresztu dla Brauna. Sędzia Rafał Stępak zdecydował, że 2 miesiące powinny wystarczyć na zbadanie sprawy. Tymczasem po 2 miesiącach prokurator wystąpił o przedłużenie aresztu o kolejne 3 miesiące, a sąd przychylił się do tego wniosku. Wychodzi więc na to, że na zbadanie prostej sprawy niewielkich zamieszek prokurator potrzebuje... 5 miesięcy. – Przedłużanie aresztu oraz nękanie Wojciecha Brauna poprzez uznanie go wbrew logice za więźnia niebezpiecznego robi wrażenie aresztu wydobywczego. Może chodzi o to, by się złamał i przyznał do czegoś, czego nie zrobił, by wyjść na wolność? – pyta adwokat Krzysztof Wąsowski.

Zarzuty postawione Braunowi głównie na podstawie podsłuchu telefonicznego brzmią poważnie: kierował popełnieniem czynu zabronionego, ułatwiał popełnienie go innym osobom, „sam stosował przemoc i groźby bezprawne”.

Czy są to zarzuty prawdziwe, czy kłamliwe, jak podczas innych procesów, które Braun wygrał? Tego nie wie nikt poza prokuratorem i policją. Do dziś nie udostępniła ona akt Brauna jego obrońcy. Prokurator Ślepokura tłumaczy „GP”, że nie ma takiego obowiązku.

– Tak nie powinno być. Adwokat powinien mieć dostęp do akt, by warunki pracy prokuratora i obrony były równe – mówi poseł Andrzej Halicki z PO. – Nie ma wątpliwości, że ze strony rosyjskich pseudokibiców mieliśmy do czynienia z prowokacją i część z nich miała agresywne zamiary. Przecież niektórzy z nich szli pod stadion, choć nie mieli nawet biletów na mecz. W niczym nie umniejsza to, rzecz jasna, winy polskich chuliganów – stwierdza.

– Zamierzam interweniować w tej sprawie i odwiedzić pana Brauna w areszcie. Niezależnie od tego, jak skomentują to media. Człowiek jest ważniejszy. Wiem też, że jest jedynym opiekunem swojej starszej mamy – stwierdza posłanka PiS Małgorzata Gosiewska.
Póki co media, które wylansowały niegdyś na ofiarę prześladowań pijanego mężczyznę, który nabluzgał na śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, nie wykazują zainteresowania losami „Kelnera”.

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 28 wrz 2012, 13:13

Niespotykanie delikatni ludzie

Pan premier przeprasza i bierze na siebie pełną odpowiedzialność, ale nie poczuwa się do winy, więc trudno dociec, za co przeprasza i za co bierze odpowiedzialność. Może nie był perfekcyjny, ale zrobił wszystko, żeby zrobić wszystko. I żeby być delikatny - mogą zaświadczyć o tym wdowy, uczestniczki sławnej audiencji, na których tę delikatność ćwiczył. Przez delikatność nie powiedział, kto naprawdę jest winien wszystkiemu, ale wyraźnie dał to zrozumienia, że jak go nie przestaniemy denerwować, to powie wyraźnie, że to Kaczyński. Ale po co ma to mówić? Przecież wszyscy "ludzie na pewnym poziomie" wiedzą to przecież od pierwszej minuty po katastrofie. Coraz bardziej prawdopodobne staje się, że ci na najwyższym poziomie wiedzieli to nawet jeszcze przed nią.

Całemu "zamieszaniu" winna się okazała rodzina Anny Walentynowicz, która błędnie rozpoznała ciało. Na logikę musiały zawinić co najmniej dwie rodziny, albo może i więcej, ale logika niekoniecznie ma tu zastosowanie. Zamiast logiki potrzeba empatii. Oczywiście nie dla przeżywających horror rodzin ofiar, które nie dość, że same sobie winne, to jeszcze prowadzą brudną polityczną kampanię na grobach swoich bliskich, zadając pytania, który z nich leży w którym grobie, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie w obliczu historycznego pojednania z narodem rosyjskim. Ani tym bardziej dla samych ofiar, które winne sobie są jeszcze bardziej. Empatię okazać trzeba Ewie Kopacz.

Ta najbardziej odważna z polskich kobiet, która tak dzielnie zachowywała się w Smoleńsku, staje w szeregu męczenników III RP obok innych zaszczuwanych przez media ofiar populistycznych ataków, jak panicz premierowicz czy sędzia Milewski. Zamiast podziwiać odwagę, że była na miejscu katastrofy, może niekoniecznie dokładnie tam, gdzie mówiła, że była, ale gdzieś była, to się jej teraz czepiają, że chciała wlać w nas otuchę. Bo przecież tak jak każdy wie, że ta władza nigdy nie kłamie, tak i każdy wie, że robi to tylko dla naszego dobra. No dobrze, może nie było polskich patologów przy sekcjach, może nie było w ogóle żadnych sekcji, nie mówiąc o przekopywaniu ziemi na pół metra w głąb, ale przecież te niewinne kontaminacje ówczesnej pani minister, że na własne oczy widziała jak wszystko przebiega w najlepszym porządku, były powodowane tylko współczuciem dla znajdujących się pod wpływem traumy histeryków, na uciszenie ich emocji, pocieszenie.

Pani Kopacz też przeprasza, ale też nie wiadomo za co, skoro po drugie, powiedziała to co powiedziała z dobrego serca, a po pierwsze wcale tego nie powiedziała. Dowodem są stenogramy sejmowe, w których widać wyraźnie, że słowa, za które przeprasza, w ogóle nie zostały wypowiedziane. Co prawda przemowa pani minister była transmitowana na żywo, i jakiś smoleński oszołom umieścił w internecie całe to nagranie, na którym Kopacz mówi wszystko to, czego nie powiedziała, ale powiedzmy sobie wyraźnie: usunięcie czegokolwiek ze stenogramu sejmowego byłoby przecież przestępstwem. A ta władza przestępstw nie popełnia. A skoro tak, to nagrania w internecie obiektywnie nie ma, nawet jeśli subiektywnie jest (moje pokolenie ma jeszcze marksistowską dialektykę wpojoną, ale młodszym może powinno się ją przywrócić w programie szkolnym, najlepiej już od szóstego roku życia). To tak samo jak z tym nitem, który subiektywnie znaleziono w ciele ekshumowanej ofiary, ale którego obiektywnie tam nie było, bo skąd niby mógłby się tam wziąć. Po pierwsze go nie ma, a po drugie stanowi jeszcze jeden dowód na to, z jaką siłą uderzyła w skrzydło samolotu sławna brzoza i do jakiego stopnia była twarda, skoro nity od tego uderzenia powylatywały i fruwały wkoło jak pociski.

Minister Arabski też nigdy nie powiedział tego, co rodziny ofiar słyszały na własne uszy. Idę o zakład, że w każdej chwili może przedstawić świadków, którzy potwierdzą, że tego nie mówił, i to bardziej wiarygodnych, niż ci, którzy tam byli, bo oni znajdowali się pod wpływem szoku. Ale nie ma oczywiście powodu przedstawiać żadnych świadków, bo jak minister RP coś mówi, albo jak potem mówi, że nie mówił, to mu się wierzy. Tak samo, jak wierzy się, kiedy mówi premier, bo premier nigdy nie kłamie, co wiemy od jego rzecznika, a rzecznik też nigdy nie kłamie, bo czego dowodem fakt, że prokuratura umorzyła sprawę natychmiast, gdy ekspertyzy biegłych wykazały, że fałszował on dokumenty i potem pod przysięgą twierdził, że to nie jego podpis.

Pan premier jest w tej sprawie maksymalnie delikatny, ale jak go dalej będą wkurzać, to ujawni, przez kogo sprowadzano do kraju trumny w takim pośpiechu, że właśnie przez ten pośpiech zdarzyło się to wszystko, co się nie zdarzyło. Ale po co ma ujawniać, skoro już i tak wszyscy wiemy, że to na pewno przez Kaczyńskiego - można się co najwyżej zastanawiać, który z Kaczyńskich bardziej nalegał na ten pośpiech, na który premier przez delikatność się zgodził. Tak, jak przez delikatność zgodził się nie wtrącać Rosjanom w sprzątnie śladów po katastrofie. Premier jest generalnie niespotykanie delikatnym człowiekiem, ale jak opozycja nie zaprzestanie tego politycznego tańca na trumnach ofiar, w końcu się wkurzy i powie nam wszystko, co wie.

Tylko po co ma mówić? Wszyscy ludzie na poziomie wiedzą doskonale, co premier ma do powiedzenia i nie mówi tylko przez delikatność. Ale jak opozycja nie przestanie, to ktoś wreszcie wygarnie im w oczy to, co wisi w powietrzu i w końcu musi zostać powiedziane. Może Kutz, może Niesiołowski, Palikot czy Wajda, a może nawet sam premier, jak się w końcu wkurzy; może w TVN, a może w "Gazecie Wyborczej" czy "Polityce" - ale w końcu przecież zostanie to powiedziane, bo musi, bo to jedyne logiczne spięcie całego smoleńskiego dyskursu władzy, i w sumie każdy to wie, tylko nie mówi przez delikatność. "No przecież wszyscy wiemy doskonale od początku, że to był zamach, ale przecież jasne że nie można było tego powiedzieć głośno, i powiedzmy wreszcie, że bardzo dobrze, że powinniśmy właśnie być Putinowi wdzięczni, bo ktoś nas musiał uwolnić od tych nadętych, agresywnych idiotów, bo nas ośmieszali przed światem, zagrażali demokracji i szkodzili pojednaniu narodów!". Kurtyna, burzliwe oklaski, loud cheers, burnyje apładismenty.
http://fakty.interia.pl/felietony/ziemk ... ie,1847352

ODPOWIEDZ

Wróć do „Kultura, polityka, wydarzenia”