Artykuły prasowe warte przeczytania - Strona 22

Muzyka. Literatura. Prasa. Film. TV. Krótko mówiąc - Kultura. Wszystko co się dzieje w Polsce i na Świecie jest warte skomentowania. Polityka i wydarzenia. Dyskusje tylko na wysokim poziomie.
Awatar użytkownika
Bassu
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 7183
Rejestracja: 20 lis 2005, 9:04
Reputacja: 685
Kibicuję: Manchester United
Lokalizacja: Mexico

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Bassu » 15 paź 2012, 20:05

Jeżeli nie chcemy za dwadzieścia lat oglądać w polityce tych samych twarzy, potrzebne są konkretne działania

W jednym z esejów składających się na wydaną w 1990 roku, w Bibliotece „Więzi”, poświęconą paryskiej „Kulturze” książce Krzysztofa Kopczyńskiego „Przed przystankiem Niepodległość”, czytamy następujące słowa:
„Terror rzeczywistości jest zjawiskiem często w działaniu politycznym zapoznawanym, ale im mniej o nim słychać, tym gościnniej rozpiera się w parlamentarnych ławach, tym chętniej uczestniczy w podejmowaniu gabinetowych decyzji. Drąży i ogarnia politykę pozbawioną dystansu, bezrefleksyjną, nastawioną tylko na osiąganie korzyści w doraźnej grze, wyzbytą nie tylko trzech cech wymienionych przez Marcina Króla (roztropności, otwartości i odwagi – przyp. autora), ale w ogóle wszelkich pierwiastków duchowych. Polityk, który legł terrorowi rzeczywistości, skazuje siebie i innych na bezmyślność. (…) Wartością samą w sobie stają się metody działania, czy też cele doraźne, cel dalekosiężny gdzieś ginie. Codzienna bieganina zastępuje wszystko. Wiemy dziś dobrze, że nie tylko totalitaryzm, ale także antytotalitaryzm potrafi znakomicie ograniczać życie intelektualne, doprowadzić do jego politycznej redukcji”.
Czytając powyższe, napisane przeszło dwadzieścia lat temu zdania, trudno odmówić im szokującej wręcz aktualności. A przecież przytoczony fragment pochodził z książki wydanej w zupełnie innych warunkach i okolicznościach, właśnie „przed przystankiem Niepodległość”, u progu nowej Polski, oswobodzonej po 45 latach komunistycznej niewoli, Polski, która miała być demokratyczna, wolna i szczęśliwa. Jak to się stało, że po dwudziestu latach, wciąż przytakujemy ze zrozumieniem, czytając słowa o „polityce pozbawionej dystansu”, o „bezmyślności polityków”, o „zastępującej wszystko codziennej bieganinie”? Dlaczego przez ponad dwadzieścia lat, niemal 40-milionowemu narodowi wciąż nie udaje się wyłonić ze swojego grona reprezentantów zdolnych do refleksji, do wyznaczania dalekosiężnych celów oraz określania i wcielania w czyn realnych, praktycznych sposobów ich realizacji? Mówiąc dosadniej – dlaczego ciągle rządzą nami miernoty?
Istnieje zapewne kilka sposobów na wytłumaczenie tego irytującego zjawiska. Można oczywiście, jak często to ma miejsce, z zadowoleniem obarczyć winą społeczeństwo, które rzekomo, ogłupione propagandową papką wyborczych reklamówek, zawsze daje się omamić pustymi obietnicami i wciąż wybiera nie tych, których powinno było wybrać. Odpowiadając jednak na taki argument, można jedynie przypomnieć, że społeczeństwo wybiera spośród tych, których dostajemy do wyboru. Nie byłoby łatwo uwierzyć, że od dwudziestu lat rządzą nami miernoty tylko dlatego, że jako wyborcy nie potrafiliśmy dostrzec tych prawdziwych gigantów polityki, tytanów intelektu, pereł roztropności ukrytych zapewne przed nami na dalszych miejscach listach wyborczych. A zatem – społeczeństwo wybiera miernoty nie dlatego, że nie potrafi wybrać nie-miernot, ale dlatego, że tylko miernoty dostaje do wyboru.
Dlaczego do polityki trafiają miernoty? Na to pytanie również można odpowiedzieć dwojako. Pierwsza, nie tak wcale niepopularna teza, głosi, że polityczne miernoty są obrazem i podobieństwem społeczeństwa miernot. Druga, że nie-miernoty trafiają gdzie indziej.
Przeciwko pierwszej tezie świadczy chociażby fakt, że w niemal powszechnym odbiorze, ocena współczesnej polskiej klasy politycznej przez współczesne polskie społeczeństwo jest jednoznacznie negatywna, co zdaje się potwierdzać pocieszający, ale smutny jednocześnie fakt, że ogół społeczeństwa jest mądrzejszy od swoich reprezentantów. Jak złośliwie, ale trafnie zauważył na Twitterze Łukasz Mężyk z internetowego serwisu 300polityka.pl przy okazji omawiania przez posłów afery Amber Gold, „dzięki tym dziesiątkom głupawych pytań debata w sejmie przypomina starcie - Tusk kontra ogród zoologiczny”. W jakim innym, cywilizowanym kraju, podstawowym skojarzeniem z obradami parlamentu narodowego jest zoo lub cyrk? A – nie oszukujmy się – w powszechnym odbiorze jest to skojarzenie powszechne.
A zatem, być może nie jest jeszcze z naszym społeczeństwem tak źle, jeżeli potrafimy trzeźwo ocenić rzeczywistą klasę naszej „klasy” politycznej. Ale jeżeli to jednocześnie potwierdza tezę, że do polityki wcale nie trafiają najlepsi reprezentanci społeczeństwa, to gdzie trafiają ci najlepsi, i w jaki sposób skłonić przynajmniej część z nich, aby zdecydowali się poświęcić swoje talenty i umiejętności dla służby krajowi?
Specyfika polskiej sceny politycznej polega między innymi na tym, że bardzo wielu, obecnych od lat na tej scenie kluczowych graczy stało się politykami niejako z przypadku, a nie wyniku świadomego, przemyślanego wyboru. Fakt, że dwie największe partie w Polsce wywodzą się z dziedzictwa opozycyjnego ruchu „Solidarności”, jest jednocześnie chlubnym przypomnieniem chwalebnej przeszłości lat 70-tych i 80-tych, ale i ciągłym piętnem dla politycznej teraźniejszości oraz ograniczeniem dla przyszłości. Dziedzictwo „Solidarności” oznacza bowiem, że dla polityka obciążonego tym dziedzictwem istotą polityki jest walka, a nie służba. „Solidarność” nie była nigdy ruchem zorientowanym na wyznaczaniem dla kraju długoterminowych strategii i celów, ale – na początku – na realizację bardzo konkretnych, bieżących postulatów ekonomicznych, a później, na równie mocno osadzone w bieżącej rzeczywistości, obalenie rządzącej władzy i zmianę ustroju. Dokonane w wyniku porozumienia z komunistami zdobycie władzy mogło wydawać się zatem dzisiejszym politykom, z jednej strony – swoistą nagrodą za uwolnienie kraju od znienawidzonego przez Polaków ustroju, z drugiej zaś – otwarciem nowego frontu walki, tym razem o utrzymanie władzy za wszelką cenę. Polityczna historia ostatniego XX-lecia w Polski nie jest opowieścią o wielkich wizjach i dalekosiężnych planach, ale o nieustającym obalaniu jednych przed drugich. „Solidarność” obaliła komunę, post-komuniści obalili „Solidarność”, AWS obaliło post-komunistów, SLD obaliło AWS, PiS obaliło SLD, PO obaliło PiS. Niezbyt to budujący przyczynek do politycznej historii dużego, europejskiego kraju.
I być może na tym między innymi polega słabość polskiej polityki, że rządzą nami byli opozycjoniści, zaprawieni w boju, ale chronicznie pozbawieni umiejętności strategicznego myślenia, a nie zawodowi politycy, profesjonalnie przygotowani do sprawowania publicznej służby. Tyle, że jedynym sposobem, aby ten stan rzeczy zmienić, jest doprowadzenie do politycznej wymiany pokoleniowej, trwałe odsunięcie od władzy warstwy skażonej PRL-em i dopuszczenie do rządów pokolenia tych, dla których ważniejsze jest, jak Polska będzie wyglądała za 30 lat, niż to, kto jak się zachowywał 30 lat temu. Pytanie jedynie, do jakiego stopnia liderzy największych partii są tej konieczności świadomi, a na ile – w swoim osobistym interesie, ale ze szkodą dla kraju – wolą utrzymywać partyjne status quo oparte na starych, wiernych towarzyszach broni.
Warunkiem wymiany pokoleniowej w polskiej polityce jest jednak nie tylko przyzwolenie partyjnych bonzów, ale i stworzenie systemu zapewniającego stałego dopływu młodej, świeżej krwi do politycznego krwioobiegu. Polska i polskie społeczeństwo ulega przecież nieustającym przemianom. Każdego roku, tysiące młodych ludzi kończy wyższe studia. Dla ilu spośród tych szczęśliwców, którzy po opuszczeniu uniwersyteckich murów znajdują pracę, ścieżka politycznej kariery stanowi chociażby jeden z rozważanych wyborów? Dlaczego pierwszym i naturalnym (a często jedynym) wyborem absolwenta wyższej uczelni w Polsce staje się korporacja, a nie polityka?
Jeżeli nie chcemy za dwadzieścia lat oglądać w polityce tych samych twarzy, jeżeli nie chcemy, aby do polityki wciąż trafiał drugi i trzeci garnitur karierowiczów wybierających politykę tylko dlatego, że nie nadają się do niczego innego, jeżeli mamy dość polityki wyjałowionej z elit zdolnych do poprowadzenia Polski na nowe tory rozwoju, potrzebne są konkretne działania. Po pierwsze, polityka musi wykształcić mechanizmy podobne do tych, które znamy z nowoczesnego biznesu, mechanizmy wyławiania i promowania najlepszych w oparciu o zasadę merytokracji. Po drugie – i to już bardziej zadanie dla środowisk intelektualnych niż dla samych polityków – należy dotrzeć do gotowych służyć Polsce, potencjalnych liderów w środowiskach pozapolitycznych (młoda kadra kierownicza w korporacjach i instytucjach) i zaciekawić, zainteresować ich polityką na tyle, aby za kilkanaście lat, po osiągnięciu stabilności życiowej i materialnej, mogli wziąć pod uwagę opcję przejścia z biznesu do polityki. W uproszczeniu – aby to osiągnąć, niezbędne jest uświadomienie przyszłym elitom, że polityka to nie tylko Tusk i Kaczyński, ale również Piłsudski i Dmowski, Waszyngton i Napoleon, Arystoteles i Platon. Po trzecie – niezbędne jest samokształcenie przyszłych elit politycznych, szczególnie w zakresie teorii i filozofii polityki, historii, ekonomii, zarządzania, strategii i kultury. Jeżeli państwo nie chce, lub nie jest w stanie stworzyć polskiego odpowiednika Ecole nationale d'administration, najsłynniejszej francuskiej uczelni wyższej od lat kształcącej elity polityczne kraju, niezbędne jest tworzenie oddolnych, środowiskowych inicjatyw i instytucji edukacyjnych i formacyjnych. Politykę kształtują ludzie. Takich, jakich wykształcimy i wychowamy teraz polityków, takich za lat kilkanaście będziemy mieli.
Przytoczony na początku fragment tekstu z 1990 roku, Krzysztof Kopczyński kończył żalem, że „dany nam w latach siedemdziesiątych spokojny czas wykorzystywaliśmy często nie na naukę, lecz na doskonalenie się w dętej frazeologii”. Wbrew niektórym publicystom, często mylącym egzaltację z polityką, obecny czas – przynajmniej na razie – jest dla Polski czasem obiektywnie spokojnego dryfu – niestety dryfu, ale na szczęście spokojnego, nawet pomimo tak tragicznych wydarzeń jak katastrofa smoleńska. Spokojny czas może jednak nie trwać wieczne, dlatego tak ważne, aby go wykorzystać w pełni. A zatem, nie dać się zniewolić terrorowi rzeczywistości i jałowej partyjnej bieżączce, ale spokojnie i systematycznie wyłuskiwać, kształcić i formować przyszłe polityczne elity. Teraz jest czas na naukę. Na władzę, przyjdzie jeszcze czas.
Przemysław Piętak
http://www.teologiapolityczna.pl Polecam :wink:

Awatar użytkownika
Bassu
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 7183
Rejestracja: 20 lis 2005, 9:04
Reputacja: 685
Kibicuję: Manchester United
Lokalizacja: Mexico

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Bassu » 15 paź 2012, 20:05

Jeżeli nie chcemy za dwadzieścia lat oglądać w polityce tych samych twarzy, potrzebne są konkretne działania

W jednym z esejów składających się na wydaną w 1990 roku, w Bibliotece „Więzi”, poświęconą paryskiej „Kulturze” książce Krzysztofa Kopczyńskiego „Przed przystankiem Niepodległość”, czytamy następujące słowa:
„Terror rzeczywistości jest zjawiskiem często w działaniu politycznym zapoznawanym, ale im mniej o nim słychać, tym gościnniej rozpiera się w parlamentarnych ławach, tym chętniej uczestniczy w podejmowaniu gabinetowych decyzji. Drąży i ogarnia politykę pozbawioną dystansu, bezrefleksyjną, nastawioną tylko na osiąganie korzyści w doraźnej grze, wyzbytą nie tylko trzech cech wymienionych przez Marcina Króla (roztropności, otwartości i odwagi – przyp. autora), ale w ogóle wszelkich pierwiastków duchowych. Polityk, który legł terrorowi rzeczywistości, skazuje siebie i innych na bezmyślność. (…) Wartością samą w sobie stają się metody działania, czy też cele doraźne, cel dalekosiężny gdzieś ginie. Codzienna bieganina zastępuje wszystko. Wiemy dziś dobrze, że nie tylko totalitaryzm, ale także antytotalitaryzm potrafi znakomicie ograniczać życie intelektualne, doprowadzić do jego politycznej redukcji”.
Czytając powyższe, napisane przeszło dwadzieścia lat temu zdania, trudno odmówić im szokującej wręcz aktualności. A przecież przytoczony fragment pochodził z książki wydanej w zupełnie innych warunkach i okolicznościach, właśnie „przed przystankiem Niepodległość”, u progu nowej Polski, oswobodzonej po 45 latach komunistycznej niewoli, Polski, która miała być demokratyczna, wolna i szczęśliwa. Jak to się stało, że po dwudziestu latach, wciąż przytakujemy ze zrozumieniem, czytając słowa o „polityce pozbawionej dystansu”, o „bezmyślności polityków”, o „zastępującej wszystko codziennej bieganinie”? Dlaczego przez ponad dwadzieścia lat, niemal 40-milionowemu narodowi wciąż nie udaje się wyłonić ze swojego grona reprezentantów zdolnych do refleksji, do wyznaczania dalekosiężnych celów oraz określania i wcielania w czyn realnych, praktycznych sposobów ich realizacji? Mówiąc dosadniej – dlaczego ciągle rządzą nami miernoty?
Istnieje zapewne kilka sposobów na wytłumaczenie tego irytującego zjawiska. Można oczywiście, jak często to ma miejsce, z zadowoleniem obarczyć winą społeczeństwo, które rzekomo, ogłupione propagandową papką wyborczych reklamówek, zawsze daje się omamić pustymi obietnicami i wciąż wybiera nie tych, których powinno było wybrać. Odpowiadając jednak na taki argument, można jedynie przypomnieć, że społeczeństwo wybiera spośród tych, których dostajemy do wyboru. Nie byłoby łatwo uwierzyć, że od dwudziestu lat rządzą nami miernoty tylko dlatego, że jako wyborcy nie potrafiliśmy dostrzec tych prawdziwych gigantów polityki, tytanów intelektu, pereł roztropności ukrytych zapewne przed nami na dalszych miejscach listach wyborczych. A zatem – społeczeństwo wybiera miernoty nie dlatego, że nie potrafi wybrać nie-miernot, ale dlatego, że tylko miernoty dostaje do wyboru.
Dlaczego do polityki trafiają miernoty? Na to pytanie również można odpowiedzieć dwojako. Pierwsza, nie tak wcale niepopularna teza, głosi, że polityczne miernoty są obrazem i podobieństwem społeczeństwa miernot. Druga, że nie-miernoty trafiają gdzie indziej.
Przeciwko pierwszej tezie świadczy chociażby fakt, że w niemal powszechnym odbiorze, ocena współczesnej polskiej klasy politycznej przez współczesne polskie społeczeństwo jest jednoznacznie negatywna, co zdaje się potwierdzać pocieszający, ale smutny jednocześnie fakt, że ogół społeczeństwa jest mądrzejszy od swoich reprezentantów. Jak złośliwie, ale trafnie zauważył na Twitterze Łukasz Mężyk z internetowego serwisu 300polityka.pl przy okazji omawiania przez posłów afery Amber Gold, „dzięki tym dziesiątkom głupawych pytań debata w sejmie przypomina starcie - Tusk kontra ogród zoologiczny”. W jakim innym, cywilizowanym kraju, podstawowym skojarzeniem z obradami parlamentu narodowego jest zoo lub cyrk? A – nie oszukujmy się – w powszechnym odbiorze jest to skojarzenie powszechne.
A zatem, być może nie jest jeszcze z naszym społeczeństwem tak źle, jeżeli potrafimy trzeźwo ocenić rzeczywistą klasę naszej „klasy” politycznej. Ale jeżeli to jednocześnie potwierdza tezę, że do polityki wcale nie trafiają najlepsi reprezentanci społeczeństwa, to gdzie trafiają ci najlepsi, i w jaki sposób skłonić przynajmniej część z nich, aby zdecydowali się poświęcić swoje talenty i umiejętności dla służby krajowi?
Specyfika polskiej sceny politycznej polega między innymi na tym, że bardzo wielu, obecnych od lat na tej scenie kluczowych graczy stało się politykami niejako z przypadku, a nie wyniku świadomego, przemyślanego wyboru. Fakt, że dwie największe partie w Polsce wywodzą się z dziedzictwa opozycyjnego ruchu „Solidarności”, jest jednocześnie chlubnym przypomnieniem chwalebnej przeszłości lat 70-tych i 80-tych, ale i ciągłym piętnem dla politycznej teraźniejszości oraz ograniczeniem dla przyszłości. Dziedzictwo „Solidarności” oznacza bowiem, że dla polityka obciążonego tym dziedzictwem istotą polityki jest walka, a nie służba. „Solidarność” nie była nigdy ruchem zorientowanym na wyznaczaniem dla kraju długoterminowych strategii i celów, ale – na początku – na realizację bardzo konkretnych, bieżących postulatów ekonomicznych, a później, na równie mocno osadzone w bieżącej rzeczywistości, obalenie rządzącej władzy i zmianę ustroju. Dokonane w wyniku porozumienia z komunistami zdobycie władzy mogło wydawać się zatem dzisiejszym politykom, z jednej strony – swoistą nagrodą za uwolnienie kraju od znienawidzonego przez Polaków ustroju, z drugiej zaś – otwarciem nowego frontu walki, tym razem o utrzymanie władzy za wszelką cenę. Polityczna historia ostatniego XX-lecia w Polski nie jest opowieścią o wielkich wizjach i dalekosiężnych planach, ale o nieustającym obalaniu jednych przed drugich. „Solidarność” obaliła komunę, post-komuniści obalili „Solidarność”, AWS obaliło post-komunistów, SLD obaliło AWS, PiS obaliło SLD, PO obaliło PiS. Niezbyt to budujący przyczynek do politycznej historii dużego, europejskiego kraju.
I być może na tym między innymi polega słabość polskiej polityki, że rządzą nami byli opozycjoniści, zaprawieni w boju, ale chronicznie pozbawieni umiejętności strategicznego myślenia, a nie zawodowi politycy, profesjonalnie przygotowani do sprawowania publicznej służby. Tyle, że jedynym sposobem, aby ten stan rzeczy zmienić, jest doprowadzenie do politycznej wymiany pokoleniowej, trwałe odsunięcie od władzy warstwy skażonej PRL-em i dopuszczenie do rządów pokolenia tych, dla których ważniejsze jest, jak Polska będzie wyglądała za 30 lat, niż to, kto jak się zachowywał 30 lat temu. Pytanie jedynie, do jakiego stopnia liderzy największych partii są tej konieczności świadomi, a na ile – w swoim osobistym interesie, ale ze szkodą dla kraju – wolą utrzymywać partyjne status quo oparte na starych, wiernych towarzyszach broni.
Warunkiem wymiany pokoleniowej w polskiej polityce jest jednak nie tylko przyzwolenie partyjnych bonzów, ale i stworzenie systemu zapewniającego stałego dopływu młodej, świeżej krwi do politycznego krwioobiegu. Polska i polskie społeczeństwo ulega przecież nieustającym przemianom. Każdego roku, tysiące młodych ludzi kończy wyższe studia. Dla ilu spośród tych szczęśliwców, którzy po opuszczeniu uniwersyteckich murów znajdują pracę, ścieżka politycznej kariery stanowi chociażby jeden z rozważanych wyborów? Dlaczego pierwszym i naturalnym (a często jedynym) wyborem absolwenta wyższej uczelni w Polsce staje się korporacja, a nie polityka?
Jeżeli nie chcemy za dwadzieścia lat oglądać w polityce tych samych twarzy, jeżeli nie chcemy, aby do polityki wciąż trafiał drugi i trzeci garnitur karierowiczów wybierających politykę tylko dlatego, że nie nadają się do niczego innego, jeżeli mamy dość polityki wyjałowionej z elit zdolnych do poprowadzenia Polski na nowe tory rozwoju, potrzebne są konkretne działania. Po pierwsze, polityka musi wykształcić mechanizmy podobne do tych, które znamy z nowoczesnego biznesu, mechanizmy wyławiania i promowania najlepszych w oparciu o zasadę merytokracji. Po drugie – i to już bardziej zadanie dla środowisk intelektualnych niż dla samych polityków – należy dotrzeć do gotowych służyć Polsce, potencjalnych liderów w środowiskach pozapolitycznych (młoda kadra kierownicza w korporacjach i instytucjach) i zaciekawić, zainteresować ich polityką na tyle, aby za kilkanaście lat, po osiągnięciu stabilności życiowej i materialnej, mogli wziąć pod uwagę opcję przejścia z biznesu do polityki. W uproszczeniu – aby to osiągnąć, niezbędne jest uświadomienie przyszłym elitom, że polityka to nie tylko Tusk i Kaczyński, ale również Piłsudski i Dmowski, Waszyngton i Napoleon, Arystoteles i Platon. Po trzecie – niezbędne jest samokształcenie przyszłych elit politycznych, szczególnie w zakresie teorii i filozofii polityki, historii, ekonomii, zarządzania, strategii i kultury. Jeżeli państwo nie chce, lub nie jest w stanie stworzyć polskiego odpowiednika Ecole nationale d'administration, najsłynniejszej francuskiej uczelni wyższej od lat kształcącej elity polityczne kraju, niezbędne jest tworzenie oddolnych, środowiskowych inicjatyw i instytucji edukacyjnych i formacyjnych. Politykę kształtują ludzie. Takich, jakich wykształcimy i wychowamy teraz polityków, takich za lat kilkanaście będziemy mieli.
Przytoczony na początku fragment tekstu z 1990 roku, Krzysztof Kopczyński kończył żalem, że „dany nam w latach siedemdziesiątych spokojny czas wykorzystywaliśmy często nie na naukę, lecz na doskonalenie się w dętej frazeologii”. Wbrew niektórym publicystom, często mylącym egzaltację z polityką, obecny czas – przynajmniej na razie – jest dla Polski czasem obiektywnie spokojnego dryfu – niestety dryfu, ale na szczęście spokojnego, nawet pomimo tak tragicznych wydarzeń jak katastrofa smoleńska. Spokojny czas może jednak nie trwać wieczne, dlatego tak ważne, aby go wykorzystać w pełni. A zatem, nie dać się zniewolić terrorowi rzeczywistości i jałowej partyjnej bieżączce, ale spokojnie i systematycznie wyłuskiwać, kształcić i formować przyszłe polityczne elity. Teraz jest czas na naukę. Na władzę, przyjdzie jeszcze czas.
Przemysław Piętak
http://www.teologiapolityczna.pl Polecam :wink:

Awatar użytkownika
Bassu
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 7183
Rejestracja: 20 lis 2005, 9:04
Reputacja: 685
Kibicuję: Manchester United
Lokalizacja: Mexico

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Bassu » 15 paź 2012, 20:05

Jeżeli nie chcemy za dwadzieścia lat oglądać w polityce tych samych twarzy, potrzebne są konkretne działania

W jednym z esejów składających się na wydaną w 1990 roku, w Bibliotece „Więzi”, poświęconą paryskiej „Kulturze” książce Krzysztofa Kopczyńskiego „Przed przystankiem Niepodległość”, czytamy następujące słowa:
„Terror rzeczywistości jest zjawiskiem często w działaniu politycznym zapoznawanym, ale im mniej o nim słychać, tym gościnniej rozpiera się w parlamentarnych ławach, tym chętniej uczestniczy w podejmowaniu gabinetowych decyzji. Drąży i ogarnia politykę pozbawioną dystansu, bezrefleksyjną, nastawioną tylko na osiąganie korzyści w doraźnej grze, wyzbytą nie tylko trzech cech wymienionych przez Marcina Króla (roztropności, otwartości i odwagi – przyp. autora), ale w ogóle wszelkich pierwiastków duchowych. Polityk, który legł terrorowi rzeczywistości, skazuje siebie i innych na bezmyślność. (…) Wartością samą w sobie stają się metody działania, czy też cele doraźne, cel dalekosiężny gdzieś ginie. Codzienna bieganina zastępuje wszystko. Wiemy dziś dobrze, że nie tylko totalitaryzm, ale także antytotalitaryzm potrafi znakomicie ograniczać życie intelektualne, doprowadzić do jego politycznej redukcji”.
Czytając powyższe, napisane przeszło dwadzieścia lat temu zdania, trudno odmówić im szokującej wręcz aktualności. A przecież przytoczony fragment pochodził z książki wydanej w zupełnie innych warunkach i okolicznościach, właśnie „przed przystankiem Niepodległość”, u progu nowej Polski, oswobodzonej po 45 latach komunistycznej niewoli, Polski, która miała być demokratyczna, wolna i szczęśliwa. Jak to się stało, że po dwudziestu latach, wciąż przytakujemy ze zrozumieniem, czytając słowa o „polityce pozbawionej dystansu”, o „bezmyślności polityków”, o „zastępującej wszystko codziennej bieganinie”? Dlaczego przez ponad dwadzieścia lat, niemal 40-milionowemu narodowi wciąż nie udaje się wyłonić ze swojego grona reprezentantów zdolnych do refleksji, do wyznaczania dalekosiężnych celów oraz określania i wcielania w czyn realnych, praktycznych sposobów ich realizacji? Mówiąc dosadniej – dlaczego ciągle rządzą nami miernoty?
Istnieje zapewne kilka sposobów na wytłumaczenie tego irytującego zjawiska. Można oczywiście, jak często to ma miejsce, z zadowoleniem obarczyć winą społeczeństwo, które rzekomo, ogłupione propagandową papką wyborczych reklamówek, zawsze daje się omamić pustymi obietnicami i wciąż wybiera nie tych, których powinno było wybrać. Odpowiadając jednak na taki argument, można jedynie przypomnieć, że społeczeństwo wybiera spośród tych, których dostajemy do wyboru. Nie byłoby łatwo uwierzyć, że od dwudziestu lat rządzą nami miernoty tylko dlatego, że jako wyborcy nie potrafiliśmy dostrzec tych prawdziwych gigantów polityki, tytanów intelektu, pereł roztropności ukrytych zapewne przed nami na dalszych miejscach listach wyborczych. A zatem – społeczeństwo wybiera miernoty nie dlatego, że nie potrafi wybrać nie-miernot, ale dlatego, że tylko miernoty dostaje do wyboru.
Dlaczego do polityki trafiają miernoty? Na to pytanie również można odpowiedzieć dwojako. Pierwsza, nie tak wcale niepopularna teza, głosi, że polityczne miernoty są obrazem i podobieństwem społeczeństwa miernot. Druga, że nie-miernoty trafiają gdzie indziej.
Przeciwko pierwszej tezie świadczy chociażby fakt, że w niemal powszechnym odbiorze, ocena współczesnej polskiej klasy politycznej przez współczesne polskie społeczeństwo jest jednoznacznie negatywna, co zdaje się potwierdzać pocieszający, ale smutny jednocześnie fakt, że ogół społeczeństwa jest mądrzejszy od swoich reprezentantów. Jak złośliwie, ale trafnie zauważył na Twitterze Łukasz Mężyk z internetowego serwisu 300polityka.pl przy okazji omawiania przez posłów afery Amber Gold, „dzięki tym dziesiątkom głupawych pytań debata w sejmie przypomina starcie - Tusk kontra ogród zoologiczny”. W jakim innym, cywilizowanym kraju, podstawowym skojarzeniem z obradami parlamentu narodowego jest zoo lub cyrk? A – nie oszukujmy się – w powszechnym odbiorze jest to skojarzenie powszechne.
A zatem, być może nie jest jeszcze z naszym społeczeństwem tak źle, jeżeli potrafimy trzeźwo ocenić rzeczywistą klasę naszej „klasy” politycznej. Ale jeżeli to jednocześnie potwierdza tezę, że do polityki wcale nie trafiają najlepsi reprezentanci społeczeństwa, to gdzie trafiają ci najlepsi, i w jaki sposób skłonić przynajmniej część z nich, aby zdecydowali się poświęcić swoje talenty i umiejętności dla służby krajowi?
Specyfika polskiej sceny politycznej polega między innymi na tym, że bardzo wielu, obecnych od lat na tej scenie kluczowych graczy stało się politykami niejako z przypadku, a nie wyniku świadomego, przemyślanego wyboru. Fakt, że dwie największe partie w Polsce wywodzą się z dziedzictwa opozycyjnego ruchu „Solidarności”, jest jednocześnie chlubnym przypomnieniem chwalebnej przeszłości lat 70-tych i 80-tych, ale i ciągłym piętnem dla politycznej teraźniejszości oraz ograniczeniem dla przyszłości. Dziedzictwo „Solidarności” oznacza bowiem, że dla polityka obciążonego tym dziedzictwem istotą polityki jest walka, a nie służba. „Solidarność” nie była nigdy ruchem zorientowanym na wyznaczaniem dla kraju długoterminowych strategii i celów, ale – na początku – na realizację bardzo konkretnych, bieżących postulatów ekonomicznych, a później, na równie mocno osadzone w bieżącej rzeczywistości, obalenie rządzącej władzy i zmianę ustroju. Dokonane w wyniku porozumienia z komunistami zdobycie władzy mogło wydawać się zatem dzisiejszym politykom, z jednej strony – swoistą nagrodą za uwolnienie kraju od znienawidzonego przez Polaków ustroju, z drugiej zaś – otwarciem nowego frontu walki, tym razem o utrzymanie władzy za wszelką cenę. Polityczna historia ostatniego XX-lecia w Polski nie jest opowieścią o wielkich wizjach i dalekosiężnych planach, ale o nieustającym obalaniu jednych przed drugich. „Solidarność” obaliła komunę, post-komuniści obalili „Solidarność”, AWS obaliło post-komunistów, SLD obaliło AWS, PiS obaliło SLD, PO obaliło PiS. Niezbyt to budujący przyczynek do politycznej historii dużego, europejskiego kraju.
I być może na tym między innymi polega słabość polskiej polityki, że rządzą nami byli opozycjoniści, zaprawieni w boju, ale chronicznie pozbawieni umiejętności strategicznego myślenia, a nie zawodowi politycy, profesjonalnie przygotowani do sprawowania publicznej służby. Tyle, że jedynym sposobem, aby ten stan rzeczy zmienić, jest doprowadzenie do politycznej wymiany pokoleniowej, trwałe odsunięcie od władzy warstwy skażonej PRL-em i dopuszczenie do rządów pokolenia tych, dla których ważniejsze jest, jak Polska będzie wyglądała za 30 lat, niż to, kto jak się zachowywał 30 lat temu. Pytanie jedynie, do jakiego stopnia liderzy największych partii są tej konieczności świadomi, a na ile – w swoim osobistym interesie, ale ze szkodą dla kraju – wolą utrzymywać partyjne status quo oparte na starych, wiernych towarzyszach broni.
Warunkiem wymiany pokoleniowej w polskiej polityce jest jednak nie tylko przyzwolenie partyjnych bonzów, ale i stworzenie systemu zapewniającego stałego dopływu młodej, świeżej krwi do politycznego krwioobiegu. Polska i polskie społeczeństwo ulega przecież nieustającym przemianom. Każdego roku, tysiące młodych ludzi kończy wyższe studia. Dla ilu spośród tych szczęśliwców, którzy po opuszczeniu uniwersyteckich murów znajdują pracę, ścieżka politycznej kariery stanowi chociażby jeden z rozważanych wyborów? Dlaczego pierwszym i naturalnym (a często jedynym) wyborem absolwenta wyższej uczelni w Polsce staje się korporacja, a nie polityka?
Jeżeli nie chcemy za dwadzieścia lat oglądać w polityce tych samych twarzy, jeżeli nie chcemy, aby do polityki wciąż trafiał drugi i trzeci garnitur karierowiczów wybierających politykę tylko dlatego, że nie nadają się do niczego innego, jeżeli mamy dość polityki wyjałowionej z elit zdolnych do poprowadzenia Polski na nowe tory rozwoju, potrzebne są konkretne działania. Po pierwsze, polityka musi wykształcić mechanizmy podobne do tych, które znamy z nowoczesnego biznesu, mechanizmy wyławiania i promowania najlepszych w oparciu o zasadę merytokracji. Po drugie – i to już bardziej zadanie dla środowisk intelektualnych niż dla samych polityków – należy dotrzeć do gotowych służyć Polsce, potencjalnych liderów w środowiskach pozapolitycznych (młoda kadra kierownicza w korporacjach i instytucjach) i zaciekawić, zainteresować ich polityką na tyle, aby za kilkanaście lat, po osiągnięciu stabilności życiowej i materialnej, mogli wziąć pod uwagę opcję przejścia z biznesu do polityki. W uproszczeniu – aby to osiągnąć, niezbędne jest uświadomienie przyszłym elitom, że polityka to nie tylko Tusk i Kaczyński, ale również Piłsudski i Dmowski, Waszyngton i Napoleon, Arystoteles i Platon. Po trzecie – niezbędne jest samokształcenie przyszłych elit politycznych, szczególnie w zakresie teorii i filozofii polityki, historii, ekonomii, zarządzania, strategii i kultury. Jeżeli państwo nie chce, lub nie jest w stanie stworzyć polskiego odpowiednika Ecole nationale d'administration, najsłynniejszej francuskiej uczelni wyższej od lat kształcącej elity polityczne kraju, niezbędne jest tworzenie oddolnych, środowiskowych inicjatyw i instytucji edukacyjnych i formacyjnych. Politykę kształtują ludzie. Takich, jakich wykształcimy i wychowamy teraz polityków, takich za lat kilkanaście będziemy mieli.
Przytoczony na początku fragment tekstu z 1990 roku, Krzysztof Kopczyński kończył żalem, że „dany nam w latach siedemdziesiątych spokojny czas wykorzystywaliśmy często nie na naukę, lecz na doskonalenie się w dętej frazeologii”. Wbrew niektórym publicystom, często mylącym egzaltację z polityką, obecny czas – przynajmniej na razie – jest dla Polski czasem obiektywnie spokojnego dryfu – niestety dryfu, ale na szczęście spokojnego, nawet pomimo tak tragicznych wydarzeń jak katastrofa smoleńska. Spokojny czas może jednak nie trwać wieczne, dlatego tak ważne, aby go wykorzystać w pełni. A zatem, nie dać się zniewolić terrorowi rzeczywistości i jałowej partyjnej bieżączce, ale spokojnie i systematycznie wyłuskiwać, kształcić i formować przyszłe polityczne elity. Teraz jest czas na naukę. Na władzę, przyjdzie jeszcze czas.
Przemysław Piętak
http://www.teologiapolityczna.pl Polecam :wink:

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 16 paź 2012, 18:26

Krótka ballada o Pepe

Wychowałem się na małym osiedlu, na terenie szpitala psychiatrycznego. Ot, kilka domów, rzeka, park, vis a vis zamek krzyżacki, w którym jednak od jakiegoś czasu Krzyżaków nie było.

Tuż obok byli za to chorzy, stały element mojego dziecięcego krajobrazu. Ojciec ciągle jest tam kierownikiem odwykówki (tak, tato, wiem, że nie odwykówka, ale leczenie wszelkich uzależnień, nie dzwoń oburzony), mama była psychologiem na oddziałach dziecięcych. To przez nią na święta przyszedł do nas chłopak, całkiem już zdrowy, którego rodzina nie chciała zabrać. Wkurzał mnie, mówiąc szczerze, bo był mały i nie dało się z nim bawić.

Za to z jego starszymi kolegami my, „doktorskie dzieciaki”, grywaliśmy w piłkę na boisku szpitalnej szkoły specjalnej. Najlepszy był Pepe, nasz prawdziwy dziecięcy przyjaciel. Pepe był, tak na oko, zupełnie zdrowy i inteligentny. Owszem, miał garba. Niewielkiego, ale wystarczało, by dzieci w jego wiejskiej, „zdrowej”, podstawówce się z niego śmiali. Pepe uciekał z domu. Im częściej uciekał, tym bardziej się z niego śmiali. W końcu jako wariat, który ciągle ucieka, trafił do szpitala. A ponieważ nikt się nie palił, by nim się zająć, siedział tam przez lata.

Pepe szalał w ataku, a na obronie stawialiśmy Irka Paliwodę. Irek był upośledzony, w piłkę trafiał z rzadka, częściej w nogi rywali i dlatego lepiej było mieć go, mimo wszystko, we własnej drużynie. Irek wzbudzał nasze ataki śmiechu, choć Pepego doprowadzał do furii. Był jeszcze taki mały, chyba Kuba, który biegał po skrzydle, naprawdę niezły.

Miastowe chłopaki często przychodzili do nas na mecze i jakoś nikogo nie dziwiło, że gramy wszyscy razem, choć o szkołach integracyjnych nikt wtedy nie słyszał. No, ale wtedy wszystko było prostsze. A Pepe i spółka mieli i tak sporo szczęścia. Gdyby urodzili się w latach 30., to z tego samego szpitala trafiliby w październiku 1939 r. do dołów bielonych wapnem, razem z ponad tysiącem chorych i doktorem Bednarzem, bo tak hitlerowcy uprawiali eugenikę

Nie wiem, co u Irka Paliwody czy Kuby. Nie wiem, co dzieje się z Pepe. Nie wiem, czy mnie jeszcze pamiętacie. Cieszę się, że wasze matki was urodziły, cieszę się, że was poznałem.

Nie napisałbym tego felietonu, gdyby nie „Gazeta Wyborcza”, która Dzień Zdrowia Psychicznego postanowiła uczcić tytułem „Dzień Świra” na pierwszej stronie. Tak, Pepe, to o Tobie.

A kolegów z „Wyborczej” chciałbym tylko spytać, czy Dzień Walki z Homofobią uczczą nagłówkiem „Dzień Pedała”? I co wymyślą na Dzień Ofiar Holokaustu?
http://www.rp.pl/artykul/628874,942677- ... -Pepe.html

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 15 lis 2012, 11:42

Stuhr pod Cedynią

Wdeptanie w ziemię Macieja Stuhra jest dziś zadaniem tyleż przyjemnym, ile beznadziejnie łatwym. Z dokonanego przez tego aktora historycznego odkrycia („My, Polacy, nie mówimy o sobie źle... Przywiązywaliśmy dzieci pod Cedynią jako tarcze i to jest super”) śmieje się pół Internetu.

Ale przecież najzupełniej niesłusznie. Bo nawet jeśli Stuhr pozornie się myli, nawet jeśli nie pod Cedynią, tylko w Głogowie, i nie my przywiązywaliśmy dzieci „jako tarcze”, tylko Niemcy przywiązywali do machin oblężniczych dzieci polskich obrońców, to po pierwsze zastanówmy się, skąd niby to wiemy.

No przecież wiemy to od znanego ideologa polskiego szowinizmu, którego można porównać chyba tylko z Pospieszalskim, od skina znanego na dzielnicy pod ksywą Anonim. Skoro ktoś taki pisze, że Niemcy (przecież wtedy nie źli, hitlerowscy, tylko bezsprzecznie niosący na wschód europejską cywilizację) przywiązali polskie dzieci do machin oblężniczych, to samo w sobie świadczy, że było odwrotnie!

A po drugie – spójrzmy na rzecz nie prostacko, faktograficznie, tylko postmodernistycznie i dialektycznie, a wtedy dostrzeżemy, że Stuhr ma przecież rację. Jest przecież, towarzysze, coś takiego jak prawda czasu, ale jest też prawda ekranu, a także prawda etapu. A na obecnym etapie walka klasowa przejawia się przecież przede wszystkim w zwalczaniu polskiego nacjonalizmu, który z kolei przejawia się w polskim poczuciu historycznej niewinności. Więc nawet jeśli nie przywiązywaliśmy, to jest to prymitywne czepialstwo, bo w głębszym sensie przywiązywaliśmy. Potraktujmy to symbolicznie. Przecież przywiązywaliśmy dzieci do tradycyjnego wzorca maczystowskiej polskości, prawda? A to oznaczało przecież przeznaczanie ich na ofiarę. Kiedyś krwawą, a potem polegającą na tym, że trudno im bezkonfliktowo wznieść się na wyższy etap świadomości i roztopić w europejskiej nirwanie. Czyż nie?

„Poruszyła mnie nie tyle prawda historyczna, którą znałem z „GW”, ale to, jak ta historia wpływa na ludzi” – powiedział Stuhr w innym wywiadzie. „Wyborcza” jest oczywiście nie tylko źródłem prawdy historycznej, ale też w tych sprawach instancją ostateczną, rozstrzygającą. Ale czasem trzeba reagować szybciej niż „GW”. A do intelektualnych możliwości Stuhra mam zaufanie rzecz jasna wielkie, ale nie aż takie, bym sądził, że potrafi tak samodzielnie zinterpretować swoje słowa. Podpowiadam mu więc zupełnie za darmo. Niech szybko udzieli takiej mniej więcej wypowiedzi, a wtedy może liczyć na awans do roli moralnego autorytetu.

Awatar użytkownika
Boromir
Shadow stalker
Posty: 26745
Rejestracja: 30 gru 2006, 14:31
Reputacja: 6663

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Boromir » 15 lis 2012, 14:16

Oczywiście beka z Maćka. Jak można obrony Głogowa nie znać.

Obrazek

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 29 lis 2012, 15:41

Pożegnalny tekst Łysiaka:

http://czytelnia.salon24.pl/468080,feli ... ast-w-urze
nihil Novi sub sole

Połknięcie „Uważam Rze” przez tamtych to nic nowego, zważywszy, że III Rzecząpospolitą już ćwierć wieku rządzą z „tylnego siedzenia” — o czym nieraz pisałem — ci sami „chłopcy” z tych samych „służb”. Co mnie nastraja do głębszej refleksji historiograficznej à propos powtarzalności zjawisk.

Jedna z ksiąg „Starego Tes­ta­men­tu”, zwana „Kohelet”, prze­ko­nu­je, iż wszystko, co wydaje się nam no­we, kiedyś już było. Ta prawda ty­czy również czasów dzisiej­szych. Wszystko już było zagrane dawno temu — każdy „numer”, każdy gest, każ­da inicjatywa i każda wred­ność. O tysią­cach rzeczy lub spraw mo­żemy powie­dzieć słowami Eklezjastesa: „Nihil no­vi sub so­le” („Nic nowego pod słoń­cem”).

Sprawiedliwości unikają dzisiaj wielcy złodzieje (elita szemranych biznesme­nów), generałowie, którzy mają ręce uma­zane po łokcie krwią robotników, dygni­tarze kom­binatorzy, jak baronowie PO, co motali sej­mowy/hazardowy przekręt — lecz tak by­ło nad Wisłą zawsze, o czym mówi starosar­mac­kie porzekadło: „Pra­wo w Rzeczy­pos­politej jest jak pajęczyna, bąk się prze­bije, ugrzęźnie muszyna”. Pros­tacz­ków bul­wersują doniesienia, że hierar­chowie „So­lidarności” (Wałęsa, Jur­czyk e tutti quan­ti) pracowali dla SB, ale to też przerabiamy od wieków — nie­jeden francuski szef bez­pieki mawiał: „ — Gdy zbiera się czte­rech spiskowców, dwaj z nich to moi lu­dzie” (sło­wa te przypisywane są Fouchému , Le­pi­no­wi, de Sar­tinesowi i innym). Prawie wszyscy szefowie antycarskich or­ga­niza­cji terrorystycznych (sławny Azef, Malinow­ski i in.) byli konfidentami Ochra­ny cars­kiej. Pozwalano im nawet wysadzać w powietrze nie­któ­rych mi­nis­trów, dla uwiary­godnienia. Ze „służ­bami” zawsze jest we­soło, Bolki można zry­wać. Lub ten szok salonowców, gdy oka­­za­ło się, że „kultowy” król reporterów, Ry­sio Kapuściński, to Ka­puś–ciń­ski (TW „Poe­­ta”). Ludzie, prze­sta­ńcie się dziwować — to samo było już grane na ojczystej scenie sto kilkadziesiąt lat temu: konfidentem oka­zał się „kultowy” pisarz Zygmunt Kacz­kow­ski (podczas publicznych fet na jego cześć, jak w warszawskim Hotelu Euro­pejs­kim roku 1860, kobiety dostawały zbio­rowej hi­sterii, zasypując „mistrza” stosami wień­ców i bukietów). Obu panów Ka zde­maskowano gdy umarli, dzięki od­taj­nio­nym dokumentom. Wszystko już było, na­wet tak znienawidzone przez Sa­lon ciało de­agenturyzacyjne (IPN) — w 1830–1831, gdy Warszawa została chwi­lo­­wo wyzwo­lo­na (Powstanie Listo­pa­do­we), ówczesny IPN nosił nazwę Komitetu Roz­poz­naw­cze­go (później stał się Komisją do Roz­trzą­sa­nia Akt Policji Tajnej) i demaskował kon­fi­dentów (wtedy: „szpiegów”).

Ludzie tzw. „starszego pokolenia” są zniesmaczeni wychynięciem roz­wiąz­łości spod kołdry i jej wsko­czeniem na estradę medialną. Światlejsi wśród nich (oczy­ta­ni) dobrze wiedzą, że rozwiązłość była kró­lo­wą balu podczas całego karnawału ludz­koś­ci, we wszystkich stuleciach (gra­witację można oszukać, balonem lub samolotem, ale biologii nie da się wykiwać lan­so­wa­niem cnoty, moralności, skromności), jed­nak za coś szokująco nowego uważają jej reklamowanie przez media, choćby eu­fo­rycznymi opisami tak regularnej, że wręcz rytmicznej zmiany seksualnych partnerów przez wszelakie celebrytki (aktorki, pio­sen­­karki, prezenterki itp.). Tymczasem to żad­na nowość. Owszem, jeszcze w XVIII wie­ku tego nie było, bo prasa dopiero racz­ko­wała, ale już w XIX wieku poooszło! Przy­kła­dem celebrytka nr 1 ery Ro­mantyzmu, ko­­chan­ka Chopina, pi­sarka George Sand. Plotki o jej ciągłych romansach upublicz­nia­li dzien­­ni­ka­rze, zwłaszcza głośny kry­tyk Sain­te–Beuve (bra­cia Goncourtowie pars­kali: „Ten pod­słuchiwacz bidetów zawsze ocierał się o ko­biece sekrety”), chętnie też cytowano wymierzane w Sand flesze in­nych cele­brytów, choćby poety Baude­lai­re’a: „Jest głupia, ma niezgrabny i prze­ga­dany styl. Jej moralne idee odznaczają się tą samą głębią osądu i delikatnością uczucia co wyznania dozorczyń i sprze­daj­nych kobiet. Najlepszym dowodem upadku naszego stulecia jest fakt, że kilku męż­czyzn zadurzyło się w tej latrynie”. Czy winniśmy mówić, że najlepszym dowo­dem upad­ku naszego stulecia są kolorowe pisemka sprzedające „tajemnice alkowy” Dodek, Edy­tek i sitcomowych komediantek?

Z kolei chrześcijan do rozpaczy dopro­wa­dza deprecjonowanie katolicyzmu przez międzynarodowy Salon, który dysponuje większością wpływowych mediów, a te sze­rzą laicyzację. Dokładnie to samo działo się za Oświecenia (druga połowa w. XVIII), gdy wolnomularze i „filozo­fo­wie” (Wol­ter, Diderot e tutti quanti) de­chrys­tiani­zo­wa­li kontynent nie bez suk­ce­sów. Nie zwal­czano wtedy tradycji Bożonaro­dze­nio­wej, ale tylko dlatego, że choinka (Polacy do­stali ją od Prusaków w początkach stulecia XIX, choć dzisiaj więk­szość sądzi, iż to tradycja piastowska) tu­dzież symbolika Bo­żego Narodzenia rozkwitły później. Obec­nie Za­chód usuwa nawet Bo­żo­­na­ro­dzenio­wą terminologię („Merry Christmas” sta­ło się: „Hap­py Holiday”, „Christmas tree” to „Ho­­liday tree”, etc.); londyńska amba­sa­da III RP, rozsyłająca „świeckie” świą­tecz­ne kartki, jest dla Polaków sym­pto­ma­tycznym dowodem ulegania owemu ter­ro­rowi laicyzacyjnemu. A przecież i to już by­ło, za sprawą Hitlera, który nie­na­widził chrześcijaństwa jako konkurenta do rządu dusz. Dla zatarcia symboliki chrześci­jańs­kiej, Boże Narodzenie połączono w kalen­da­rzu z obchodami święta Julfest (prze­si­le­nie zimowe), gwoli po­gań­s­kiej tradycji pra­daw­nych Germanów. NSDAP lan­so­wa­ła de­chrystianizację kolęd, nazistowskie oz­do­by choin­ko­we (bombki w kształcie swas­tyk i gra­na­tów), zaś choinkę świą­teczną nale­ża­ło zwać nie Christbaum, lecz Jultree.

Wszelki gestykulacyjny bunt czy wy­zwi­sko to też nie novum. Wśród wy­zwisk choć­by „blachary” — tak zwie się dziś pa­nien­ki lekkich obyczajów lecące na drogie sa­mochody, a w końcu XVIII wieku zwa­no tak łatwe damy wizytujące warszawski Pa­łac „Pod Blachą”. Wśród gestów choćby zgięty łokieć. Albo modniejsza dzisiaj wul­garność: sterczący palec środkowy. Ów sterczący z kułaka paluch, który jest synonimem prze­zwiska–przekleństwa, wy­na­le­ziono w XVI stuleciu! Pe­wien włoski rzeź­biarz umieścił figurę Neptuna na bolońs­kim Piaz­za Nettuno. Przy placu był żeński klasztor i mniszki zażądały od władz, aby Nep­tu­no­wi zmniejszono nieprzyz­woi­cie dłu­­gi pe­nis. Twórca musiał wykonać po­lecenie ma­gi­stra­tu, zmniejszył, lecz by się zemścić, po­większył i rozprostował środ­ko­wy palec wy­suniętej ręki Neptuna, dając te­mu pa­lu­chowi kształt sterczącego penisa, oczy­wis­ty dla przechodniów. Tym właś­nie ges­tem żegnam nowych właś­ci­cieli „Uwa­­żam Rze” (Hajdarowicz & Co.), ich po­­życz­­ko­dawców (Czarnecki & Co.), ich mo­codawców (tych wiejskich, ze WSI Ko­mo­rówka) oraz ich jamników żurna­lis­tycznych (tych spod zna­ku „wra­ca no­we”, a ściś­lej: „nowo­ekrano­we”).

Waldemar Łysiak
Brawo Panie Waldemarze. Szacunek :)

Awatar użytkownika
Duch
Entuzjasta Kraftu
Entuzjasta Kraftu
Posty: 9212
Rejestracja: 12 sie 2005, 10:26
Reputacja: 196
Lokalizacja: z Tych najlepszych

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Duch » 23 gru 2012, 10:55

Jak przetrwać Święta i nie ocipieć

Matka w kuchni

Spróbujmy chronologicznie. Niestety żeby na tym świecie coś było, to trzeba to najpierw przygotować. I tak oto w dobrym tonie jest ruszyć swoją odchudzoną dupę sprzed arcyważnej konferencji na fejsbuku, pójść do kuchni, powiedzieć cześć, mamo i moczyć śledzie w mleku. Wszak wszyscy teraz są dizajnerami, więc pole do popisu można znaleźć w dekorowaniu pierniczków. Możliwości jest wiele. Zaprojektuj swoje własne ciastko, narysuj trójkąt, krzyż albo nośne hasło Doing Real Stuff Sucks i znajdź poklask u dziadka, którego częstujesz chrupiącym ciastkiem między szóstym a siódmym kieliszkiem nalewki wiśniowej. Potem można to super sfotografować i wrzucić na Behance. Wiecie, podobno jedzenie jest sztuką, więc taki food typography xmas project. No i nie syczcie jak wampir, kiedy po chęci umilenia czasu, puścicie swoje Beach House, a matka powie Wam: co to za grobowa muzyka? Przełączcie na Trójkę, zanućcie Wind of Change i pomyślcie, że występujecie w katalogu IKEA na dziale kuchnia. Śledzie muszą się długo moczyć.

Rozmowy

Nie da się ukryć, święta to czas rozmów. Czy tego chcecie, czy nie, mordę trzeba uaktywnić. No chyba, że macie piętnaście lat, na wigilię wkładacie czarną koszulę i szybko spierdalacie do swojej nory grać z kumplami w Diablo do rana. Rozmowy należy potraktować poważnie, ale na luzie. Pamiętajcie, że wujek, którego widzicie raz na rok, to nie potencjalny pracodawca na rozmowie kwalifikacyjnej ani też dresiarz, który wyrywa ci smartfon i grozi gwałtem analnym w ciemnym zaułku o trzeciej nad ranem. Pożyczcie od mamy jedno z pism kobiecych i poduczcie się z działu savoir-vivre prowadzonego przez Grażynę Torbicką, co zrobić na przykład w sytuacji przypadkowego beknięcia podczas wieczerzy. Lifelong Learning.

Co robisz? Co po studiach?

Żarty żartami, ale to pytanie, które zawsze pada podczas któregoś ze spotkań z rodziną. Nic tak nie boli jak prawda. Święta powinny być chwilami radości i przyjemności, więc nie zaczynaj swojej smutnej opowieści o ósmym miesiącu darmowego stażu czy trzecim miesiącu niechcianej ciąży, tylko wal śmiało w koloryzację i puść wodze fantazji o zajebistym starcie kariery zawodowej, spełnionej miłości i wyprowadzce z domu. Kłamstwo? Kłamstwo! Ktoś to łyknie, ty to łykniesz. Przecież matka cię nie sprzeda. A te rumieńce wstydu zrzucić można na wysokie ciśnienie czy nadkwasotę od krokieta z kapustą.

Przy stole

Tak, to obszerny dział w każdym poradniku o dobrym wychowaniu. Jeśli nie wynieśliście z domu kultury, chamy, to pamiętajcie o kilku podstawowych zasadach. Dajcie sobie spokój z wysyłaniem sms-ów do swoich wyluzowanych znajomych w trakcie przyjęcia. Ci wszyscy zdystansowani mistrzowie z internetów, co wrzucają zdjęcia z Cannibal Holocaust w ramach świątecznych pocztówek na fejsie, to potulne baranki, kochające tradycję. Stukają się teraz kieliszkiem czy opłatkiem z ciotkami ze wsi i na wasze sms-y odpiszą najwcześniej jutro, kiedy przypomną sobie, że tak naprawdę nienawidzą Świąt. Natomiast wy je zaakceptujcie i nie zakładajcie zbyt ciasnych spodni, bo sobie zaparzycie majteczki po kilkugodzinnym maratonie siedzenia.

Kaloryfery

Nie wiem, czy wiecie, ale Święta Bożego Narodzenia odbywają się w zimie. Do ogrzania waszej rodzinnej stajenki nie wystarczy mocny alkohol. Dlatego wasi dziadkowie odkręcają kaloryfery na maksa, a powietrze staję się takie suche, jak wtedy, gdy budzicie się najebani po dwóch godzinach snu, nie wiecie, gdzie jesteście, szukacie butelki swojej Kryniczanki i zastanawiacie się, czy nie dusił was podczas snu John Wayne Gacy albo inny Marchwicki Zdzisławko. Dlatego nawadniajcie organizm herbatą z cytryną, nie zakładajcie kalesonów i nie palcie papierosów w babcinym kiblu. Przecież tak ładnie posprzątała i napachniła lawendą w kostce za złotówkę od Ukraińca na placu.

Życzenia

Niestety. Jest to nieuniknione. Uwierzcie na słowo, że próby ewakuacji w postaci zamykania się w kiblu czy szukania nie wiadomo czego w kurtce na przedpokoju, nie pomogą wam wymigać się od tego suchego procederu. Kochana rodzina zawsze poczeka, miętoląc pięknie zapakowane opłatki od zakonnic. Są dwie drogi, ale wy zawsze proszę pana, ja jestem na zakręcie. Czy zabawicie się w minimalistę ze standardowym wszystkiego dobrego, czy w życzeniowego florystę, to i tak nie unikniecie wschodnioeuropejskich pocałunków z ostrym zarostem wujka czy aromaterapii ze stanu zapalnego chorych jelit ciotki. Przykro mi.

Alkohol

Wiadomo, to jedna z najważniejszych ingrediencji Świąt. Filar, kolumna, która przy rozsądnym użyciu tworzy sympatyczną maskę, nacierając cię barwami ochronnymi. Święta bez alkoholu? Tak, słyszałem o nowych trendach (sic!) weselnych, gdzie zamiast alkoholu pali się marihuanę. Palcie sobie, co chcecie. Mosty, włosy, dławcie się kometami z lufek, ja z największą radością i mistycznym spokojem napiję się nalewki wiśniowej (a czy samemu, czy przy stole, to już nieważne).

Pasterka

Czy w kościele, czy w krzakach z butelką Żołądkowej miętowej, czy wreszcie w swoim ulubionym klubie – warto ją aktywnie spędzić. Pod jednym albo dwoma warunkami. Umie się pić/jest się królem kaca. Nic tak nie boli i nic tak nie rujnuje psychy, jak twoje dziecko, które pierwszy dzień świąt spędza w łóżku, rzygając do miednicy. Bądźcie grzeczni i odłóżcie swoje epickie melanże na czas sylwestrowy, kiedy poszpanujecie swoimi setkami złotych od babci w sklepie monopolowym. A jeśli macie aż tak duży preszer na świąteczne psoty, to podłożenie poduszki pierdzioszki ulubionemu członkowi rodziny naprawdę wystarczy.

Karp

Jedni karpie darzą tak wielkim uczuciem, że masują je tasakami na blacie kuchennym, łuski suszą i wkładają do portfela, a potem jedzą rybę ze zwierzęcym apetytem, połykając nawet ości, bo co nas nie zabije, to nas wzmocni. Drudzy przeciw zabijaniu karpi protestują, filmując telefonami mikropołów z basenu w hipermarkecie, proponując polski fusion sushi z tuńczyka, choć nie, przeciw tuńczykom też protestują, więc na Święta jedzmy paluszki krabowe albo czipsy krewetkowe. Adam Hofman jest koneserem , patrzcie. Pozdro, Adaś! Ze swojej strony polecam filet z mintaja.

Pijana sąsiadka

Taka reminiscencja z lat dziewięćdziesiątych. Po skończonej kolacji, kiedy waszej babci leci siódmy pot z czoła od zmywania garów, w miłe odwiedziny wpada równie miła, bo dziabnięta, sąsiadka. Zawsze skora uraczyć cię ciepłym słowem, komplementem, ale urosłeś, zmężniałeś, to może poproś gwiazdkę o rodzeństwo, przy akompaniamencie nerwowo pulsującej żyły na skroni twojej matki. Kończąc tę żałosną prywatę, dodam, że pijana sąsiadka to generator platynowych maksym na lata, jak ta, zasłyszana dwa lata temu. Uwaga: bo nasz papież Jan Paweł II wielkim człowiekiem był.

Prezenty

Ekstremalne emocje towarzyszące odpakowywaniu kolejnych prezentów niestety/na szczęście zarezerwowane są wyłącznie dla dzieci. Co prawda ekstremalnie [ch**] może wam się zrobić, kiedy na przykład dostaliście parę skarpet i książkę Mario Vargasa Llosy czy innego Cortazara, ale bądźmy poważni i poczęstujmy swoim Ferrero Rocher nawet te bachory, które nie są zadowolone z koloru konsoli czy innego ze stu prezentów, które dostały od pedagogiczno-autystycznej gwiazdki.

Postanowienia

Z kategorii największych bzdur tego świata. Słyszałem kiedyś, że jaki jesteś w dzień wigilii, takim się stajesz przez cały następny rok. I co? I nic. Testowałem to już na wszelkie możliwe sposoby. Podczas tego magicznego dnia bywałem wkurwiony, smutny, wesoły, kochający i czuły, a i tak zawsze kończyło się to tak samo. Dołem.

Dół

No i tak, bez braw na finał. Czarny śnieg i my, łatwopalni. Co tu dużo pisać. Wszystko ma swój gorzki koniec, ale poczekajmy z dołami na trzeźwienie po Sylwestrze. Proszę, nie ewokujcie sobie świątecznego doła. Zgaga po trzecim obiedzie nie musi od razu stać się preledium do załamki.

Miłego!
http://pianamagazine.com/jak-przetrwac- ... e-ocipiec/

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 18 sty 2013, 13:20

Mężczyzna wychowany przez lesbijki: to gwałt przeciw mojej naturze

Francuski dziennik „Le Figaro” opublikował wyznania mężczyzny wychowanego przez dwie lesbijki. Ukazują one osobisty i intymny dramat człowieka liczącego dzisiaj 66 lat.

Jean-Dominique Bunel poświęcił życie akcji humanitarnej w krajach będących w stanie wojny: Bośni, Iraku, Burundii, Rwandzie. Wspomnienia z tamtych lat spisał w książce „Notatnik Wojenny Humanitarysty”, wydanej w 2010 r.

Niedawno Jean-Dominique Bunel, doktor prawa, specjalista od prawa humanitarnego i ludobójstwa, wyraził swój sprzeciw wobec lewackiego projektu przyznania prawa adopcji związkom jednopłciowym. Kto, jak kto, ale on wie o czym mówi, bo sam był wychowany przez dwie kobiety. Mimo, że – jak deklaruje - wciąż je szanuje, to uważa, że stał się straszną ofiarą niesprawiedliwości, która zburzyła całe jego życie..


Tragedia Dominiqua zaczęła się kiedy ojciec opuścił dom. Postąpił tak, gdyż matka nawiązała romans z jedną z jego koleżanek. Obie kobiety zaczęły wychowywały troje dzieci. –To nie tabu homoseksualności sprawiało mi cierpienie, ale homorodzicielstwo – twierdzi Bunel.


Jako dziecko Bunel nie rozumiał jeszcze relacji między kobietami, ale z upływem czasu okrywał prawdę, co doprowadziło go do wewnętrznego załamania. Cierpiał też z powodu obojętności dorosłych na ten jego ból. Bunelowi brakowało również ojca: - Rozwód niekoniecznie pozbawia dziecka dwojga rodziców, którzy zazwyczaj na przemian się nim opiekują. Przede wszystkim nie zastąpi się ojca drugą kobietą. Doprowadza to nieubłaganie do zachwiania równowagi uczuciowej i emocjonalnej dziecka. Wszyscy psychiatrzy powinni potwierdzić, że zarówno ojciec jak i matka w sposób komplementarny powinni kształtować osobowość dziecka – wyznał i zaznaczył, że nigdy nie czuł „obecności ojca” a nierzadko bardzo jej potrzebował.

Będąc dzieckiem i nastolatkiem Bunel starał się „jak najsilniej opierać się na mężczyznach z jego otoczenia, którzy zajmowali w jego codzienności przesadne miejsce, czasami nawet niezdrowe”. Mimo, że Jean-Dominique Bunel nie chciał ujawniać konsekwencji wychowania go przez lesbijki, to wyznał, że „całe jego dorosłe życie było naznaczone tym doświadczeniem”. Jego zdaniem, „nie było nigdy poważnych badań nad tym problemem, które przeprowadzono by w niepodważalnych naukowo warunkach i które objęłyby odpowiednią ilość osób”. Obawia się „że wielu mężczyzn i wiele kobiet wychowanych przez homoseksualistów nie otworzy się łatwo i uczciwie przed dziennikarzami na ten tak delikatny temat, bo bolesne jest opowiadania o cierpieniu, które chciano stłumić”.

- Gdyby dwie kobiety, które mnie wychowały, były zaślubione po przyjęciu proponowanego prawa przez rząd, to zaangażowałbym się w walkę i wniósł sprawę do Trybunału Europejskiego Praw Człowieka o pogwałcenie mojego prawa do posiadania ojca i matki – konkluduje stanowczo Bunel.

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 04 lut 2013, 16:37

Tak jak pisałem w temacie o polityce:
franz pisze:S: Wydaje mi się, że ostatnie posty nie pasują do tego tematu. Sam moderator zaczynał tu dyskusje, więc trochę automatycznie zgodziłem się na takie "dictum". Chyba warto na przyszłość o dziennikarzach, gazetach, ich poziomie, autorach itd. itp. wypowiadać się w temacie "Przegląd prasy", który powinien służyć nie tylko jako miejsce do wklejania linków z prasy właśnie, ale też dyskusje o tych artykułach/prasie/dziennikarzach. Politykę zostawmy dla polityków
Tak więc przechodzę do bardziej odpowiedniego tematu, a jakiegoś uprzejmego moda proszę o zmianę tematu na np "Artykuły prasowe warte przeczytania/Dziennikarze/Prasa" czy coś w tym stylu. Przeniesienia postów o dziennikarzach z tematu o polityce nie wymagam - wiem jaką ta operacja sprawia Wam trudność szanowni panowie moderatorzy :wink:
Cris7 pisze:Zapewne masz rację. To jednak trochę zabawne biorąc pod uwagę jeden z tekstów Ziemkiewicza po odejściu z URz, w którym pisał, że ma to szczęście, w odróżnieniu od kilku młodszych kolegów, że ze względów finansowych nie musi naginać swoich norm moralnych. Nie cytuję dosłownie, ale o to mniej więcej chodziło. Młodsi mają kredyty na głowie, jest kryzys, a on ma trochę więcej szczęścia.

Co do nowego tygodnika Lisickiego, to trochę mnie rozczarował pierwszy papierowy numer. W jakimś stopniu rozumiem, że pierwszy numer poświęcili wyjaśnieniu sytuacji i rozliczeniu z "czystkami Hajdara", ale przez to mało było ciekawych tekstów.

Zgoda co do pana Waldemara, choć jeszcze od czasu do czasu zdarzy mu się napisać coś w starym stylu
Ziemkiewicz jest człowiekiem, który dzisiejszą pozycje finansową zawdzięcza tylko sobie/swojej ciężkiej pracy - co oczywiście nie usprawiedliwiało by go w przypadku powrotu do Rz. Powiedzmy sobie szczerze była by to pełna kompromitacja. Z uwagi na to, że "Młodsi mają kredyty na głowie, jest kryzys, a on ma trochę więcej szczęścia." powrót do Rz = całkowita utrata twarzy.

Na razie wiemy tylko, że był to jednorazowy tekst umieszczony w Plus Minus, którego tematem był ruch narodowy/tradycja endecji w współczesnym życiu publicznym w Polsce. Temat dla RAZa istotny, więc chciał zaprezentować swoje zdanie/bronić swoich poglądów. Umieścił tam swoją polemikę z Dawidem Wildsteinem i był podpisany jako publicysta tygodnika Do Rzeczy. Nie jest to stała współpraca, na wierszówkę od Hajdarowicza skazany nie jest. Mnie to nie przeszkadza, jako "gość na łamach", który reprezentuje swój światopogląd może i w Wyborczej występować (no może bez przesady :wink: ). W każdym razie nie może się odizolować od świata/zjeść do podziemia tylko i wyłącznie z powodu nieprzyjemnej zagrywki właścicieli Rz przy rozstaniu. Choć oczywiście wyrok już został wydany i bez względu na fakty, RAZ już jest opluwany jako sprzedawczyk, zdrajca itd.

Warzecha kompromituje się na pejsie: pisząc, że "honorarium płacą mu czytelnicy" (w upadającej Rz :lol: ). Nie wiem czy ktoś tego pana bierze na poważnie, jeśli tak to jest to duży błąd :)

Semka, Baranowska i Zychowicz byli związani z Rz do końca stycznia (info telefoniczne). Z uwagi na te zobowiązania nie mogli, tak po prostu "trzasnąć drzwiami".

Mazurek to... no Mazurek. Kolorowy ptak. I to jest jego duża zaleta.

Pan Waldemar - z całym szacunkiem dla jego twórczości czysto literackiej (nawet jego radykalni adwersarze przyznają, że momentami jest świetna) na gruncie felietonu radzi sobie gorzej. Zgrane tematy o których pisał, nadużywanie swojej "maniery literackiej" + trochę bufonady i megalomanii. Chyba to ostatnie zdecydował o rozpoczęciu wojenki podjazdowej z Ziemkiewiczem (tym bardziej śmieszne, że sąsiadują ze sobą na łamach jednej gazety). Zaś podjazdu pod Karnowskich nie skomentuje, tego rodzaju insynuacje... no cóż szkoda słów :? Zresztą już w poprzednich tytułach w których pisywał, pan Waldemar pokazywał pazur i to nie tylko w swoich felietonach - kłótliwa z niego bestia :wink:

Pierwszy numer mi się podobał. Dziś straszne rozczarowanie zarówno wSieci jak i Dorzeczy. Po pierwsze okładki. Po drugie tematy numeru/istotne treści. Wiele dużo istotniejszych rzeczy dzieje się w Polsce (i UE) niż ostatnia "afera" o związki partnerskie. Liczyłem, że akurat te tytuły prasowe zajmą się poważniejszymi zagadnieniami. Cóż - marzenia nic nie kosztują :)

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 04 lut 2013, 23:49

franz pisze:Mnie to nie przeszkadza, jako "gość na łamach", który reprezentuje swój światopogląd może i w Wyborczej występować (no może bez przesady ). W każdym razie nie może się odizolować od świata/zjeść do podziemia tylko i wyłącznie z powodu nieprzyjemnej zagrywki właścicieli Rz przy rozstaniu.
RAZ:
Z satysfakcją odnotowuję kolejne dowody swej popularności. Nie tak dawno lewica skrzykiwała się na manifestację przeciwko świętowaniu Niepodległości hasłem „nie chcemy Polski Ziemkiewicza”. Dosłownie na dniach Jakub Wojewódzki skasował swój „fanpejdż” argumentując, że zbyt wielu się tam nazłaziło „miłośników Ziemkiewicza”. A nawet gdy na parę dni udało mi się wyrwać z dziećmi na ferie, dopada mnie na stoku wiadomość, że awansowałem do grona celebrytów, o których struga się newsy z banana aby tylko mieć na stronie zapewniające większą klikalność i czytalność nazwisko.

Wiecie państwo jak to jest − ktoś przyuważył, że Dodę odwiedził w domu facet w mundurze inkasenta z elektrowni, i przez kilka dni sypią się sensacje o jej nowym związku, wydziwiania, dlaczego trzyma ten nowy związek w tajemnicy, i szyderstwa, jak nisko upadła, żeby się wiązać z inkasentem.

Na podobnej zasadzie jakiś tropiciel z „Wyborczej”, odkrywszy w Plusie-Minusie mój tekst o endecji, ogłosił, że publicyści „Do Rzeczy” wracają do „Rzeczpospolitej”. Jak przystało na ten rodzaj „dziennikarzy”, których wychowała michnikowszczyzna, sensacyjna wieść nie została potwierdzona w jakimkolwiek źródle. A po co niby? Przecież nie chodzi o to, żeby coś ustalić, tylko żeby sobie stworzyć pretekst do plucia na wrogów i rechotu.

Nie takich odkryć owi „dziennikarze” nie zwykli potwierdzać, by przypomnieć tylko rewelacje o taśmach z nagraniem kłótni generała Błasika z pilotem tupolewa, jego obecności w kokpicie czy słowach „jak tu nie wyląduję, to on się będzie czepiał”. Skoro można było łgać w takich sprawach, to czymże jest wysysania z palca tam branżowe plotki.

Ale poza chęcią poplotkowania o Ziemkiewiczu i jego przyjaciołach najwyraźniej wyziera z plotkowania chłopców z „Wyborczej” wściekłość. Wydawało im się, że po sławnej rozmowie pod śmietnikiem kłujący ich w oczy dziennikarze niepokorni zostali raz na zawsze załatwieni. Że będą sobie mogli pisać już tylko po ścianie własnego mieszkania, łamy pozostawiając presstytutkom władzy. I zapanuje wreszcie w głównym nurcie mediów tak bardzo postulowana jedność ideowo-polityczna.

A tu się okazuje, że nawet po pacyfikacji nie udało się znaleźć dla „Rzeczpospolitej” innego naczelnego i innego zespołu, niż taki, który jeśli chce napisać na przykład o ruchu narodowym, to zamówią tekst nie u nich, a u kogoś, kto ma nazwisko i własny pogląd na sprawę. Okazuje się, że bez Semki, Mazurka, Warzechy czy Ziemkiewicza wciąż ani rusz.

„Szczujnym”, jak to mawiał Jerzy Dobrowolski, redaktorom z Czerskiej Nie pozostało więc nic innego, niż żałosne podpuszczanie: nie dawajcie Chrabocie szansy, nie publikujcie, obraźcie się, „pokażcie jaja” i zostawcie „odzyskane” łamy na wyłączność jedynie słusznym autorytetom!

Mam inną propozycję, misie. Jeśli tak pragniecie mojego upadku, to mi w nim pomóżcie − i wy również zamówcie u mnie tekst. Na przykład, o tym, jak wasz naczelny przeszedł drogę od bohatera do zera. Albo o „ostatnim uwłaszczeniu nomenklatury” na przykładzie spółki „Agora”. Temat zresztą do ustalenia, jest wiele możliwości − ja, jak zawsze powtarzałem, na wszelkie próby skorumpowania mnie jestem otwarty i oczekuję propozycji (no, dziś, jako człowiek, który pogonił kota Wojewódzkiemu, dodam do tych słów formułę: tylko poważne oferty). Jedyny warunek: zobowiązanie „Wyborczej”, że tekst pójdzie co do przecinka tak, jak go napiszę. W waszym wypadku − na piśmie, z notarialnie potwierdzonym podpisem. Sorry, ale na słowo to ja mogę wierzyć redaktorowi Zdortowi.

Rafał A. Ziemkiewicz
8)

Awatar użytkownika
masacra
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 7925
Rejestracja: 16 lip 2007, 15:20
Reputacja: 1683
Lokalizacja: Central Perk

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: masacra » 07 lut 2013, 19:37

Czy jest jakaś granica wygłupienia się, której redaktorzy z Czerskiej jeszcze by nie przekroczyli?
Jestem "młodym, wykształconym, z dużego miasta", popieram PiS. I zakochałem się... pomocy!
  • Na imię mi Piotr, mam 30 lat, ukończyłem WPiA w Łodzi, można więc mnie uznać za stereotypowego "młodego, wykształconego, z dużego miasta". Jednak swoistym curiozum jest fakt, iż popieram PiS. Ale spokojnie, nie zamierzam nikogo w redakcji "Gazety" ani obrażać, ani o nic oskarżać.
    Nie padnie ani słowo o Smoleńsku, ani o modnych ostatnio związkach partnerskich.

    Postanowiłem do was napisać z tego względu, iż w środowisku, którego jestem zwolennikiem, niestety nie znajdę odpowiedzi na dręczące mnie pytania, a u was, paradoksalnie, mogę takowe znaleźć.
    Pięć miesięcy temu poznałem młodą, uroczą Rosjankę. Można powiedzieć, że zauroczyła mnie (z wzajemnością) na tyle, iż świata poza sobą nie widzimy. Odwiedziłem jej rodziców w Pskowie, spędziłem u nich cudowny tydzień, polubiłem ich, i myślę, że oni mnie też zaakceptowali. Swoistym szokiem było dla mnie wyznanie jej ojca, który przyznał, iż w młodości podkochiwał się w Barbarze Brylskiej (u nas jest aktorką troszkę zapomnianą, choć znaną, ale tam była gwiazdą pierwszej wielkości), słuchał Maryli Rodowicz, a jego żonie podobał się Daniel Olbrychski.

    W tym momencie zacząłem się zastanawiać, czy ci sympatyczni, tak ciepło wypowiadający się o mojej kochanej Polsce ludzie są tymi barbarzyńcami, odwiecznymi wrogami naszego narodu, naszymi dziejowymi nemezis? Podobnie jak my borykają się z codziennymi problemami życia, kochają, nienawidzą, są zwykłymi ludźmi takim jak my a nie jakimiś mitycznymi "kacapami".

    Dla mnie wychowanego już w kapitalistycznej Polsce Rosja kojarzyła się tylko z 123 latami zaborów, Katyniem, sowiecką niewolą w PRL-u, i tyrańskim imperializmem od wieków dybiącym na nasz kraj.

    Może i tak po części jest, jednak Rosja to nie tylko mocarstwo, ale również ludzie i tych chciałbym poznać. I tutaj proszę was o pomoc. Czy moglibyście mi polecić jakieś opracowania, syntezy szeroko pojętej kultury rosyjskiej: kinematografii, sztuki, muzyki, całego tego dobra, które ten nasz bratni, słowiański naród dał światu?

    Chciałbym wyleczyć się z tej zakorzenionej głęboko w mojej świadomości rusofobii, nie tylko dla mojej Lubej, ale i dla siebie samego, zrozumieć tą osławioną "duszę rosyjską" i wiem, że istnieje literatura, która mi na to pozwoli, jednak moje środowisko nie zapewni mi takich źródeł. Tam można mówić o Rosji tylko źle, wy jednak macie szersze spektrum, dlatego zwracam się do was z tą nietypową prośbą. Z góry dziękuję za uwagę i pozdrawiam.

    Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,76842,13352419,Jes ... z2KEvnp1Ww

Awatar użytkownika
petru
Administrator
Administrator
Posty: 11826
Rejestracja: 05 lis 2004, 22:37
Reputacja: 680
Kibicuję: Konstytucja
Lokalizacja: 4 lipca 1921, hotel Overlook/ ultima Thule

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: petru » 14 lut 2013, 16:33

http://www.sport.pl/celebrities/1,83535 ... 9#opinions kij z artykułem, ten faszyzm i antysemityzm w komentarzach, żadnej wyważonej opinii w stylu Fibaka :lol2:. Jihad Agnieszka!

Awatar użytkownika
masacra
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 7925
Rejestracja: 16 lip 2007, 15:20
Reputacja: 1683
Lokalizacja: Central Perk

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: masacra » 14 lut 2013, 20:42

By kultura utrzymała się przez więcej niż 25 lat wskaźnik narodzin musi wynosić 2.11 dziecka na rodzinę. W Unii Europejskiej wskaźnik ten wynosi 1.38. Nie oznacza to jednak, że Europa wyludnia się. Jak to możliwe? W Europie przybywa imigrantów. A ściślej mówiąc imigrantów islamskich.

Badania dowodzą, że jeśli wskaźnik narodzin będzie niższy niż 2.11 dziecka na rodzinę w ciągu 25 lat kultura upadnie. Z historii świata wiemy, że żadna kultura nie zdołała podwyższyć wskaźnika narodzin jeśli był on na poziomie 1.9.

Jeśli wskaźnik narodzin spadnie do poziomu 1.3 odwrócenie tej tendencji nie jest możliwe. Wiąże się to z tym, iż taki proces zająłby od 80 do 100 lat, a nie istnieje żaden model ekonomiczny, który by to utrzymał. Doskonale pokazuje to taki oto przykład: gdy dwie pary rodziców mają po jednym dziecku to jest o połowę mniej dzieci niż rodziców, co za tym idzie jest cztery razy mniej wnucząt niż dziadków.

Z raport o zmianie sytuacji demograficznej świata dowiadujemy się, że w 2006 roku urodziło się tylko milion dzieci. W takiej sytuacji trudno jest mieć dwa miliony dorosłych wchodzących w wiek produkcyjny w 2026 roku. A jeśli kurczy się populacja upada również kultura.

W 2007 roku wskaźnik narodzin roku we Francji wynosił 1.8, w Anglii 1.6, w Grecji 1.3, w Niemczech 1.3, we Włoszech 1.2, w Hiszpanii 1.1. W całej Unii Europejskiej, w 31 krajach, wskaźnik narodzin wynosi 1.38. Naukowcy ostrzegają, że badania historyczne mówią nam, iż tych liczb nie da się odwrócić. Jest kwestią czasu kiedy Europa, jaką znamy przestanie istnieć.

Kwestią jeszcze bardziej niepokojącą i zaskakująca jest fakt, że populacja Europy nie zmniejsza się. Dlaczego? Wzrasta liczba imigrantów i to islamskich. Z całego wzrostu populacji w Europie od 1990 roku aż 90 proc. była spowodowana imigracją islamską.

W samej Francji na rodzinę przypada 1.8 dziecka, a w muzułmańskich rodzinach w tym kraju przypada 8.1 dziecka na rodzinę. 30 proc. dzieci we Francji do 20 lat to muzułmanie. W dużych miastach takich jak Nicea, Marsylia, Paryż wskaźnik ten wzrósł do 45 proc. Przewiduje się, że do 2027 roku jeden na pięciu Francuzów będzie muzułmaninem. W ciągu zaledwie 37 lat Francja będzie republiką islamską. A już dziś na południu Francji - tradycyjnie najbardziej zaludnionego na świecie regionu Kościoła - jest teraz więcej meczetów niż kościołów.

Podobna sytuacja jest w Wielkiej Brytanii. W ciągu ostatnich 30 lat populacja muzułmanów na wyspach wzrosła z 82 tys. do 2,5 mln: wzrost 30 krotny. Równocześnie jest tam więcej niż 1 tys. meczetów, z których wiele kiedyś było kościołami.

Z kolei w Holandii 50 proc. wszystkich noworodków to dzieci muzułmanów. W ciągu 15 lat połowa populacji tego kraju będzie muzułmańska.

Następnie w Belgii 25 proc. populacji i 50 proc. wszystkich noworodków to muzułmanie. W zaistniałej sytuacji rząd Belgii oświadczył, że do końca 2025 roku 1/3 wszystkich dzieci europejskich będzie rodziła się w rodzinach muzułmańskich.

Jako pierwszy na zaistniałą sytuację zareagował rząd niemiecki. W wydanym oświadczeniu czytamy: „Spadek [niemieckiej] populacji nie może być już zatrzymany. Jego spiralny upadek nie może być już odwrócony. Będzie to muzułmański kraj do 2050 roku.”

Muzułmanie upodobali sobie nie tylko zachodnie kraje Europy. W Rosji jest ponad 23 mln muzułmanów: to 1/5 Rosjan. Przewiduje się, że 40 proc. całej rosyjskiej armii w ciągu kilku lat będzie muzułmańska.

W internecie można odnaleźć archiwalne przemówienie Muamara Kadaffiego, byłego nieżyjącego już przywódcy Libii: „Są znaki, że Allach da zwycięstwo islamowi w Europie bez użycia mieczy, bez broni, bez podboju. Nie potrzebujemy terrorystów, samobójców z materiałami wybuchowymi. Ponad 50 mln muzułmanów w Europie zmieni ją w kontynent muzułmański w ciągu kilku dekad”.

Obecnie w Europie jest 52 mln muzułmanów. Rząd niemiecki stwierdził, że należy się spodziewać podwojenia tej liczby ciągu następnych 20 lat, tak że osiągnie ona 104 mln.

Raport o zmianie sytuacji demograficznej świata nie uwzględnia Polski. Nie oznacza to, że sytuacja w naszym kraju jest kolorowa. W Polsce na rodzinę przypada 1.26 dziecka. Czym różni się sytuacja Polski od innych krajów Europy? Może tym, że w naszym kraju nie ma jeszcze tylu muzułmanów co w innych krajach. Jednak czy tak możemy mieć pewność, że tak będzie wiecznie?

Jaki kontynent odziedziczą kolejne pokolenia po swoich przodkach – katolikach? Czy będą mogły swobodnie wyznawać swoją wiarę, czy też kościół zostanie zamknięty w katakumbach? By poznać odpowiedzi na te pytanie nie trzeba będzie czekać setek lat wystarczą dziesiątki.
W ciekawych czasach przyszło nam życ. Ci co zdrowsi i młodsi z nas być może doczekają końca chrześcijańskiej Europy. I jeszcze do postepowców słówko, nie cieszcie się. Wy, albo wasze dzieci z rozrzewnieniem będziecie wspominać ten chrześcijański ciemnogród.
Ale nie przejmujcie sie. Walczcie z religią dalej, możecie nam te atrakcje przyspieszyć. Natura bardzo nie lubi próżni.

Awatar użytkownika
Keres
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 6568
Rejestracja: 03 maja 2008, 19:32
Reputacja: 1533
Kibicuję: FC Barcelona
Lokalizacja: Niezlokalizowany

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Keres » 14 lut 2013, 21:07

Oglądałem już dawno film na yt o tym: chyba wszystko jest to samo, co w tym artykule + jeszcze informacje o Kanadzie i USA.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Kultura, polityka, wydarzenia”