Artykuły prasowe warte przeczytania - Strona 30

Muzyka. Literatura. Prasa. Film. TV. Krótko mówiąc - Kultura. Wszystko co się dzieje w Polsce i na Świecie jest warte skomentowania. Polityka i wydarzenia. Dyskusje tylko na wysokim poziomie.
Awatar użytkownika
masacra
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 7925
Rejestracja: 16 lip 2007, 15:20
Reputacja: 1683
Lokalizacja: Central Perk

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: masacra » 18 gru 2013, 12:06

Jakis czas temu umarł terror-komunista, który jest wybitnie czczony przez współczesne zakłamane lewackie media i małorozumnych politykierów i biurokratów na szczęscie pojawiaja się tez na niszowych portalach artykuły trochę bardziej oddające rzeczywistość.
Odszedł z tego świata człowiek o bardzo zmanipulowanym wizerunku, po Arafacie, jeden z najbardziej uznanych krwawych bojowników o wolność i zarazem uśmiechnięty pogodą ducha laureat tak Leninowskiej jak i Pokojowej Nagrody Nobla. Przekonany komunista, autor pozycji: „Jak być dobrym komunistą”.

Wierny przyjaciel Arafata, Kadafiego, Castro, oddany i wdzięczny miłośnik towarzyszy radzieckich i chińskich, otwarty krytyk zachodnich demokracji i USA. Człowiek, który nigdy nie wyrzekł się terroryzmu, zarazem okrzyknięty przez mass media polityczną Matką Teresą. Krwawy gołąbek pokoju…



Kim naprawdę był Nelson Mandela opłakiwana i wprost uwielbiana ikona bojowników o wolność? Ofiarą apartheidu, pomyłkowo oskarżonym, skazanym i przetrzymywanym w ciężkim więzieniu przez 27 lat więźniem politycznym za szlachetny protest przeciwko brutalnemu nieludzkiemu rasizmowi?



A może jednak Mandela był liderem komunistycznej bojówki (aresztowanym na gorącym uczynku), której celem było obalenie rządu przy pomocy brutalnych terrorystycznych ataków, które wtedy kosztowały życie niewinnych ludzi. Spróbujmy przybliżyć fakty tak, aby pełniej zrozumieć zjawisko tej podziwianej na całym świecie i kultowej ikony Afryki.


Jeśli trzeźwiej spojrzymy na uwarunkowania konfliktu jak i jego rozwiązanie w RPA nieuchronnie dla Polaka nasuwa się pokrewny przykład polskiej transformacji. W obydwu przypadkach mamy dominującą siłę starego porządku opresyjną wobec narastających dążeń wolnościowych wcześniej skutecznie wyciszonych ambicji dotąd milczącej większości, tak w Polsce jak i w Afryce Południowej.


Co robi system trzymający władzę? Otóż w sytuacji kryzysu i zagrożenia swoich interesów (ekonomiczny bojkot, międzynarodowa presja), dokooptowuje część buntowników do „okrągłego stołu” transformacji rezerwując dla siebie prawa i mechanizmy, które zapewnią mu przetrwanie w nowych warunkach, formalnie oddając im władzę. W obydwu przypadkach zastosowano, jedynie bardziej symetrycznie w RPA, praktykę „grubej kreski”. Z przykrością trzeba jednak przyznać, że w porównaniu z Wałęsą, Mandela pozostał wierny swoim ideałom idąc tylko na konieczne ustępstwa…


Rolihlahla Mandela (imię w języku Xhosa znaczyło „łamiący gałąź drzewa” popularnie „kłopotliwy”) urodził się 18 lipca 1918 roku w królewskiej rodzinie plemienia Thembu w wiosce Mvezo w Transkei, Afryka Południowa. Po tym jak jego ojciec popadł w niełaskę, a następnie zmarł, Rolihlahla został adoptowany przez króla. Uczył się dobrze, jeden z nauczycieli nadał mu imię Nelson, już w szkole przejawiał zdolności przywódcze, przez co popadał w kłopoty. Pierwszy raz zobaczył białego człowieka, kiedy miał 16 lat. Studiował prawo, w 1944 roku 26-letni Mandela wstąpił do Afrykańskiego Kongresu Narodowego (komunizująca organizacja wyzwoleńcza zrzeszona w międzynarodówce socjalistycznej), który od 1912 roku prowadził walkę z apartheidem.


W latach 50. na ścianach jego domu w Johannesburgu (dzielnica Orlando) dumnie wisiały portrety jego duchowych przywódców Lenina i Stalina. Z drugiej strony dbał o swój wygląd, nosił modne garnitury. Kiedy miał 33 lata oznajmił towarzyszom z ANC, że to on zostanie pierwszym czarnym prezydentem RPA…


W 1960 roku miała miejsce masakra protestujących czarnych Afrykanów przez oddziały rządowe w Sharpeville, wtedy też zdelegalizowano ANC, który następnie zszedł do podziemia. Mandela przyjął, że tylko zdecydowana walka zbrojna może przynieść równe prawa czarnym Afrykanom w ich kraju. W związku z tym obok ANC utworzył bojówkę militarną Umkhonto we Sizwe, czyli Spear of the Nation (Włócznia Narodu-w skrócie MK), która podjęła działania terrorystyczne przeciwko rządom białym i ich czarnym i kolorowym sprzymierzeńcom.


Mandela i jego bojówkarze odbyli militarne przeszkolenia w taktyce walki partyzanckiej w Etiopii i Algierii, aby zdobyte zdolności zastosować w Afryce Południowej. Według brytyjskich źródeł aktywiści Mandeli przeprowadzili tajne rozmowy w Moskwie i Pekinie, gdzie zabiegali o finansową i materiałową pomoc dla swojej organizacji. Trudno ukryć, że w walce systemów stali się sowieckim narzędziem dywersyjnym walczącym przeciwko ideom zachodnich demokracji. W zmagania systemów włączył się też arcybiskup Desmond Tutu wraz ze swoją socjalistyczną teologią wyzwolenia. Przez 30 lat oddziały „Włóczni Narodu” zabiły kilkuset cywilów, chociaż nie stanowiły większego zagrożenia dla służb RPA.


W 1961 roku Mandela zorganizował 3-dniowy ogólnonarodowy strajk robotników, za co został aresztowany i skazany. Ponownie aresztowany i w 1963 roku skazany wraz z 10- cioma liderami ANC na dożywocie. Zarzuty obejmowały próbę obalenia rządu przy pomocy terroryzmu i akcji sabotażu, które przyniosły śmierć i okaleczenia mieszkańcom RPA. W 1976 roku rząd RPA chciał go uwolnić pod warunkiem, że wróci do Transkei, ale Mandela odmówił. Kilkakrotnie władze zaproponowały uwolnienie Mandeli pod warunkiem wyrzeczenia się przez niego przemocy. Odmówił. W 1985 roku prezydent P.W. Botha pod naciskiem presji międzynarodowej złożył ponownie Mandeli propozycję uwolnienia, jeśli on wyrzeknie się walki zbrojnej. Dopiero w lutym 1990 roku prezydent RPA Frederik de Klerk zalegalizował ANC, zlikwidował restrykcje wobec partii politycznych, wstrzymał egzekucje i ogłosił uwolnienie już 71-letniego Mandeli.


Mandela przebywał w więzieniu przez 27 lat, w tym na wyspie Robben Island 17 lat i w więzieniu Victor Versten. Warunki więzienia (według opisu Mandeli) przypominały lepsze czasy w więziennych ośrodkach odosobnienia w okresie stanu wojennego w Polsce. Więźniowie mieli możliwość kształcenia się w wielu kierunkach, a nawet zdobywania tam stopni naukowych. Międzynarodowy Czerwony Krzyż wystarał się o urządzenia i sprzęt sportowy tak, aby więźniowie mogli dbać również o swoją kulturę fizyczną. Ponieważ Mandela głosił i praktykował walkę zbrojną, Amnesty International nie mogła zaliczyć go do więźniów sumienia, ale i tak znalazła sposób, aby mu pomagać.


W 1985 roku wystąpił o rozmowy z ministrem sprawiedliwości RPA poza plecami nieustępliwych towarzyszy współwięźniów z ANC. Dało to początek dialogowi i długim i trudnym negocjacjom. Dzięki międzynarodowemu poparciu mógł narzucać swoją wolę tak innym przywódcom ANC jak i wpływać na opinię czarnej ulicy.


W 1991 roku Mandela został wybrany przewodniczącym ANC i poprowadził z rządem białych negocjacje przerywane głośnymi aktami terroru. 10 kwietnia 1993 roku polski emigrant Janusz Waluś zamordował lidera partii komunistycznej i ANC Chrisa Haniego, pożyczonym pistoletem od Cliva Derby-Lewis, znanego działacza Partii Konserwatywnej. Obaj otrzymali karę śmierci, a po zniesieniu tej kary dożywocie (ostatni raz ubiegali się bezskutecznie o zwolnienie w 2009 roku).


Mandela do końca nie wyrzekł się konieczności walki zbrojnej mimo to negocjacje z de Klerkiem doprowadziły do pierwszych “wolnych” wyborów, multietnicznej i multirasowej demokracji. Ukoronowaniem tego procesu było przyznanie obydwu liderom Pokojowej Nagrody Nobla w 1993 roku.


Można przypuszczać, że Mandela uelastycznił swoje stanowisko w negocjacjach z rządem białych dopiero po upadku swojego głównego komunistycznego protektora, jakim był ZSRR.


W maju 1994 roku w wyniku wyborów Nelson Mandela objął urząd prezydenta RPA. Dla rozgrzeszenia win obydwu stron konfliktu powołano Komisję Prawdy i Pojednania.


Nie przeczę, że ANC mogła zaczynać, jako autentyczna domorosła organizacja oporu przeciwko białemu rządowi uprawiającemu ohydny, nieludzki apartheid, ale w sytuacji zimnej wojny między czerwonym wschodem i kapitalistycznym zachodem, ruch antyapartheidowy, tego bogatego surowcowo (diamenty, złoto, uran etc.) i szybko rozwijającego się kraju, znalazł się pod sowiecką kontrolą. O czołowym aktywiście ANC i jego rzeczniku prasowym Joe Slovo mówiło się, że jest pułkownikiem KGB.


Na oficjalnaej stronie fundacji Mandeli czytamy:


„Związek Radziecki solidnie wspierał walkę wyzwoleńczą w RPA, zaczynając od późnych lat 50-tych bojkotując jego produkty. Kontakty między ZSRR a Komunistyczną Partią RPA (CPSA) i ANC zaczęły się podczas II wojny światowej. (…) Była to pomoc finansowa, humanitarna i militarna.”


Można powiedzieć, że bojówki ANC wyszkolone i uzbrojone przez agentów ZSSR i jego agendy jak NRD-wską STASI, czy dalej przez Irlandzką IRA brały udział w zimnej wojnie między komunizmem a kapitalizmem w szeregach tego pierwszego.


Jak wielu ludzi jego formatu Mandela nie był człowiekiem idealnym. Miał wielki wpływ i popularność na całym świecie, jednak nierozerwalnie związany był z ZSRR, Castro, Kadafim i Arafatem. Jego słowo, poparcie znaczyło wiele, ale w swoich sympatiach był bardzo selektywny. Z wielkim zaangażowaniem włączył się w kampanię na rzecz uwolnienia Abdelbaseta Megrahi, libijskiego terrorysty skazanego za zabicie 270 pasażerów (Lockerbie bombing) nad Wielką Brytanią. W 2002 roku odwiedził go nawet w więzieniu w Glasgow, ale wcale nie interesowali go więźniowie polityczni uwielbianego przez niego Fidela Castro ani pięć bułgarskich pielęgniarek uwięzionych pod spreparowanymi zarzutami w Libii płk. Kadafiego. Notabene jeden z wnuczków Mandeli nosi imię Kadafiego.


Kiedy w 1991 roku do Mandeli zaapelował chiński aktywista praw człowieka, aby Mandela użył swoich wpływów w Pekinie i pomógł chińskiemu dysydentowi Mandela odmówił interwencji dodając, że kiedy był prześladowany zawsze mógł liczyć na pomoc finansową i moralną chińskich towarzyszy i nie zamierza się wtrącać w ich sprawy.


Mandela walczył z apartheidem, ale to nie może wybielić jego i jego zwolenników z okrutnych i bestialskich czynów wobec przeciwników tak czarnych jak i białych.


"Necklacing" to była barbarzyńska kombinacja paczki zapałek, benzyny i opony założonej na szyję przeciwnika wojowniczego ANC. Jeszcze, kiedy Mandela siedział w więzieniu, w tego typu morderstwach specjalizowała się Włócznia Narodu z inspiracji jego ówczesnej żony słynnej z bezwzględności i mściwej Winnie, która w końcu została skazana za swoje krwawe postępki jak i później za finansowe malwersacje…


Podczas pobytu w więzieniu Mandela kierował wieloma akcjami terrorystycznymi, w których ginęli cywile, o czym przechwalał się w swojej książce. Z krwawą Winnie rozwiódł się dopiero 4 lata po wyjściu z więzienia i zamieszkał w luksusowej willi w bogatej dzielnicy Johannesburga, przyjmując jednak gości i dziennikarzy w swoim małym domku w biednym Soweto, tak dla dobrego PR-u. Jednak najchętniej spędzał święta w wiosce dzieciństwa w Qunu, gdzie zbudował kopię domu z ostatnich lat więzienia Victor Versten, tam czuł się wolny…


W życiu osobistym nie wiodło mu się najlepiej. W wieku 22 lat uciekł z Transkei do Johannesburga przed zaaranżowanym małżeństwem. Jego pierwszą żoną była bardzo religijna pielęgniarka Evelyn (ślub w 1944 roku), która urodziła mu czworo dzieci (rozwiedli się w 1958 roku). Pierwszy syn Thembi, z którym Mandela miał złe stosunki, zginął w wypadku w 1969 roku. Drugi syn Makgatho, nie miał wiele kontaktów z ojcem i zmarł w 2005 roku na AIDS. To jego choroba i wczesna śmierć spowodowała, że Mandela (dopiero!) w 2002 roku zabrał głos na temat AIDS, poza plecami ówczesnego prezydenta Thabo Mbeki. Z dwóch córek, jedna zmarła w 1948 roku w wieku 9 miesięcy. Z tego małżeństwa żyje tylko druga córka Maki. W 1958 roku poślubił piękną i bliską mu politycznie Winnie, o której pisałem wyżej. Dopiero w wieku 80 lat znalazł prawdziwą wybrankę swojego serca, Gracę Machel, wdowę po pierwszym prezydencie Mozambiku.


Krytykując Mandelę zdajemy sobie sprawę, że mogło być gorzej. Zamiast wolności wypowiedzi, jako prezydent RPA mógł chcieć wprowadzić stalinowskie czystki, a nawet kolektywizację i nacjonalizację. Zamiast Komisji Prawdy i Pojednania brutalną rzeź białych i kolorowych przeciwników (na znacznie większą skalę) i pokazowe procesy. Zamiast wolnej prasy, cenzura, otwarty państwowy bandytyzm i skryte mordy ala Jaruzelski, czy gorzej jak w Zimbabwe (Rodezja) watażki i komucha Roberta Mugabe.


Mandela mimo swoich lewicowych poglądów dał się przekonać, aby nie ruszać zastanej struktury własności. Mówiąc ogólnie dogadał się z białym establishmentem i jako słabsza strona zgodził się, aby biali mogli zachować swoją strukturę własności. Gdyby postąpił inaczej RPA zostałoby drugim Zimbabwe, ale prawdę mówiąc tak jak przy okrągłym stole w Polsce to była polityczna umowa odzwierciedlająca realny układ sił w państwie…


Po krachu gospodarczym w 2009 roku ekonomia RPA pod prezydentem Mbeki i teraz Zumą wyraźnie się chwieje. Rządzi kolesiostwo jednej partii, co widać jeszcze brutalniej po odejściu Mandeli, który potrafił zachowywać jakieś pozory. Mimo, że był marksistą, był człowiekiem praktycznym, dogadał się z wielkim biznesem, w tym diamentowym jak firma DeBeers.


Mandela zakończył biały apartheid. Trzeba też pamiętać, że wysoki poziom życia w RPA był magnesem dla migrujących czarnych społeczności Zulu, które chciały też korzystać z dobrobytu i poziomu życia w RPA. Nawet dziś RPA generuje ok. 25% dochodu narodowego Afryki.


Codziennie dochodzi do mordów głównie na tle rasowym, 3 miliony białych Afrykanerów żyje w niepewności. Kiedy widzimy ekonomiczne kłopoty RPA musimy pamiętać, że ANC przez 25 lat bojkotowało państwową edukację, zwalczając ludzi, którzy chcieli awansować, prześladując czarnych profesjonalistów. Teraz mają tylko do czynienia z owocami swojej niemądrej polityki.


Światowe media uczyniły Mandelę moralnym autorytetem, 18 lipca, dzień jego urodzin ONZ ustanowił Dniem Nelsona Mandeli. W 2002 roku prezydent USA George W. Bush przyznał mu Presidential Medal of Freedom, chociaż Włócznia Narodu organizacja, której kiedyś przewodził została skreślona z listy organizacji terrorystycznych dopiero w 2008 roku…


Oficjalnie prezydent Mandela uchodził za gołąbka pokoju, jednak na filmach możemy obejrzeć go śpiewającego pieśni zagrzewające swoich towarzyszy do zabijania białych ludzi…


Z drugiej strony można powiedzieć, że Piłsudski był terrorystą (Bezdany), Gandhi został okrzyknięty terrorystą przez brytyjski Parlament w 1932 roku, również Washington i Ojcowie Założyciele USA byli terrorystami w oczach Brytyjczyków…


Niewielu ludzi dziś myśli o RPA, jako miejscu gdzie mogłoby spędzić swoje wakacje, mimo, że tamtejsza przyroda słynie z piękna. Czy RPA podąży za przykładem Rodezji, tak niedawno kraju o jednym z najwyższych dochodów na świecie, a obecnie kompletnego bankruta? Rozwój wypadków w dzisiejszej RPA nie napawa nadzieją. W latach 1948-89 w RPA dochodziło do 170 morderstw rocznie. Po objęciu urzędu przez Mandelę, po 1994 roku dochodzi do 24,206 morderstw rocznie…


Trzeba pamiętać, że, mimo, że przez większość swojego dorosłego życia Mandela był marksistowskim rewolucjonistą, Che Guevarą Afryki, (którego życie było dla Mandeli inspiracją) to jednak oficjalnie wybrał pojednanie ponad zemstę. Co również ważne, po jednej kadencji dobrowolnie usunął się ze sceny w przeciwieństwie do Mugabe, czy innych afrykańskich „rewolucjonistów”. Po prostu w sprawowaniu kwestii władzy wybrał rządy prawa nad rządami ludzi.


W okresie swojej prezydentury Mandela przeprowadził wiele zmian w ustawodawstwie dając RPA bardzo liberalną ustawę aborcyjną, pierwszą ustawę o małżeństwach homoseksualnych (pierwszą w Afryce) i wiele innych o progresywnym zacięciu. Oblicza się, że jego ustawa aborcyjna z 1996 roku pomniejszyła ludność RPA, o co najmniej milion obywateli…


W tym samym czasie, kiedy dostojni żałobnicy z całego świata śpiewają hymny pochwalne nad zbawczą rolą Mandeli, który uratował RPA właśnie tam statystycznie, co 3 minuty gwałcone jest dziecko, a troje dzieci jest mordowane każdego dnia. Również kobieta z RPA ma większe szanse być zgwałconą, niż nauczyć się czytać. Co gorsze sporo mężczyzn z AIDS w RPA wierzy, że może się wyleczyć przez gwałt na młodym dziecku…


Jaka naprawdę jest RPA? Chociaż media są głównie w rękach białych to prezenterzy i pracownicy oddają proporcjonalnie strukturę rasową. Wielki biznes jest w rękach białych.


Według sondaży rasę, jako największy problem powoli zastępuje klasa. W 2012 roku aż 25% mieszkańców RPA za największy problem uznało linię dzielącą biednych i bogatych, a tylko 13% wskazało na rasę. Pojawiła się grupa czarnych milionerów, szybko rośnie klasa średnia zatrudniona głównie w sektorze publicznym.


Największym błędem Mandeli była jego niechęć do sformułowania stanowiska wobec szalejącej epidemii AIDS. W 2010 roku 5,24% populacji tego 48 milionowego kraju było chorych na AIDS, w tym w przedziale od 15 do 49 lat aż, 17,3%! RPA posiada również jeden z najwyższych na świecie poziom morderstw i przestępstw. Powyższe ma duży wpływ na średnią długość życia mieszkańców RPA. Dla czarnych ten wskaźnik wynosi 50 lat, dla białych 70 lat. Przeciętna długość życia dla mieszkańca RPA w 2007 roku była 50 lat, co oznaczało spadek z 62 lat w 1990 roku (dla porównania Szwedzi i Australijczycy – 81 lat, Amerykanie – 78 lat).


Powoli następują zmiany w nazwach miast Durban stał się teraz eThekwini, a Pretoria Tshwane, to rezultat inicjatyw lokalnych rządów ANC.


Tak wiec po Mandeli prezydentem został szkolony w ZSRR jego adiutant Mbeki. Po nim przyszedł Jacob Zuma, podobnie jak Mandela członek partii komunistycznej. Ich rządy cechują się nie tylko korupcją i przemocą, ale i oficjalnym wypieraniem się, że korupcja i przemoc wobec przeciwników reżimu ma miejsce. Ci, którzy uważają inaczej są po prostu rasistami…


Jacek K. Matysiak
Do tych, na które patrzę z bezsilnym współczuciem, należą Afrykanerzy. Potomkowie pracowitych, pobożnych Burów, uciekinierów z Niderlandów, którzy przed wiekami zasiedlili południowy skrawek Czarnego Lądu i zbudowali tam bardzo wolne państwo. Niestety, na fantastycznych złożach bogactw naturalnych, na czele z diamentami, które okazały się potem ich przekleństwem. Dzisiaj Afrykanerzy stali się w swej ojczyźnie mniejszością, a ona sama popada w ruinę i przekształca się w jeden z najbardziej trapionych przemocą i zbrodnią obszarów globu.

To jedna z historii z cyklu „Wszystko, co na ten temat myślicie, jest nieprawdą”. Wbrew powszechnemu przekonaniu w RPA to biali są ludnością rdzenną, a czarni − napływową. Pierwsi Burowie budowali swoje farmy w dziewiczym krajobrazie, nietkniętym jeszcze przez człowieka.

Zulusi zaczęli przybywać na tereny Transwalu i Oranii (jak nazwali Burowie swe państwa) jakieś 60 lat później. I też są dziś w RPA mniejszością prześladowaną przez wprawdzie również czarną, ale wrogą im większość tworzoną przez jeszcze późniejszych przybyszów z plemienia Hosa oraz tłumy uciekinierów przed „dobrodziejstwem” dekolonizacji, które napłynęły z Afryki Środkowej w drugiej połowie XX w. Apartheid nie był systemem rasowej opresji, tylko oddzielenia różnych kultur, rozpaczliwą obroną przed tym demograficznym podbojem – nieudaną, bo najeźdźców poparł cały świat ze Związkiem Sowieckim na czele.

Dzieje RPA podobne są więc do serbskiego Kosowa, podbitego najpierw przez Turków, a potem przez imigrantów. Tyle że tu pierwszego napadu, zupełnie bandyckiego, dokonali zwabieni diamentami Brytyjczycy, którzy właśnie na Burach pierwsi testowali masową eksterminację za pomocą koncłagrów.

O świeżo zmarłych pono dobrze lub nic, ale kreowanie Nelsona Mandeli na drugiego Gandhiego to krzyczący fałsz, lipa i pic. Był to raczej drugi Arafat, patron wspieranego przez Sowietów krwawego terroru. Przyłączając się do światowej celebry, przeciętny Polak okazuje się dla Afrykanerów podobnym głupcem, jakim wobec nas jest przeciętny Amerykanin wiedzący o nas tyle, że to polscy naziści wywołali wojnę, żeby zabrać Rosji Gdańsk.

Rafał A. Ziemkiewicz
Swoja drogą, jak dla świata mozliwe jest takie przekłamanie tego co działo sie jeszcze kilkanascie lat temu, to kto te lewcakie kurwy powstrzym a od dojścia do wniosków, że to rzewczywiście Polacy rozpętali i przeprowadzili holocaust przy nieznacznym wsparciu Nazistów, którzy okupowali bezbronne Niemcy? Kiedyś pisało się, że na wojnie pierwsza ginie prawda, jak widać współczesnemu establishmentowi medialno-politycznemu żadna wojna potrzebna nie jest. Smutne to troche.


wp // fieldy

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 23 gru 2013, 9:40

Przed winter holidays mały poradnik: "jak się zachowywać w niewielkim ośrodku podczas winter holidays, tak żeby nie było wątpliwości, że jesteśmy młodzi, wykształceni i z wielkich ośrodków"
Kochani, często ostatnio zaczepiacie nas na mieście z pytaniami: "Redakcjo, xD, jak się zachowywać w niewielkim ośrodku podczas winter holidays, tak żeby nie było wątpliwości, że jesteśmy młodzi, wykształceni i z wielkich ośrodków, lol?". Dobrze rozumiemy Wasze obawy, w święta nie będzie Wyborczej, nie wiadomo, co tu myśleć, jak pokazać swoją nowoczesność, postępowość i neutralność. Dlatego mamy dla Was kilka porad, jak na tęczowo przetrwać katolski festiwal churchingu.

- podczas dzielenia się opłatkiem ostentacyjnie pomnażaj swój opłatek, zabierając innym i nie dając swojego - wskaż, że pełnisz rolę Państwa. Zapytaj, czy mógłbyś otrzymać opłatek bezglutenowy, oburz się, że tradycyjny opłatek dyskryminuje chorych na celiakię, zauważ, że na Zachodzie to nie do pomyślenia

- kiedy na stole pojawi się barszcz, zauważ głośno, że wszędzie pełno jest buraków. Stanowczo domagaj się sushi i kiełków. Odmów jedzenia pierogów, jeśli nie są z soczewicą. Ostentacyjnie zasłaniaj się archiwalnym numerem Wyborczej, jeśli rozmowa przy stole zejdzie na tematy polityczne.

- cały czas miej pod ręką kubek ze Starbunia. Uważaj, żeby nie nalali ci tam barszczu. Opowiadaj głośno, że prawdziwa kawa to frappelatte a nie te podkarpackie fusy. Westchnij, wyszepcz, że oni tu na pewno nie piją fair trade'owej kawy od kooperatywy kenijskich lesbijek.

- wstydź się za Jedwabne, nie płacz po papieżu
- zaciągnięty na Pasterkę przestój całą mszę za kolumną, stój, kiedy wszyscy klęczą, pokaż, że nawet w kościele można być neutralnym światopoglądowo
- chodź po mieszkaniu w cienkim szaliczku, podkreślaj, że w wielkim ośrodku wszyscy tak chodzą, uważaj, żeby frędzelki nie wpadły ci do barszczu

- nie rozmawiaj o polityce, pytany o cokolwiek odpowiadaj: "wszyscy wiedzą, że Kaczyński to wariat i chce podpalić Polskę"

- kiedy inni śpiewają kolędy, włącz sobie na iPhonie swój ulubiony zespół indie, powiedz wszystkim, że na pewno go nie znają, bo zespół ma tylko pięciu fanów na fejsbuku i jest taki hipsterski, że nie polubił go nawet jego własny wokalista

- pakując słoiki do neutralnej płciowo torby patrz uparcie w drugą stronę, zachowaj kamienną twarz i udawaj, że robisz to tylko dlatego, że zostałeś zmuszony i wcale się nie cieszysz, że dzięki domowemu żarciu zaoszczędzisz trochę pieniędzy na modne miejskie eventy i przynajmniej przez kilka dni nie będziesz musiał chodzić po mieście z pustym kubkiem ze Starbunia
:)

https://www.facebook.com/MWizWO

Awatar użytkownika
Duch
Entuzjasta Kraftu
Entuzjasta Kraftu
Posty: 9212
Rejestracja: 12 sie 2005, 10:26
Reputacja: 196
Lokalizacja: z Tych najlepszych

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Duch » 23 gru 2013, 16:29

Dobry tekst Krzyśka Stanowskiego o tej wariatce, która chciała w wigilię przeprowadzić sobie aborcję. Już pomijając to czy blefowała czy nie, jeśli reszta jej koleżanek cieszy się podobną kondycją intelektualną, to sukcesów temu całemu ruchowi feministycznemu nie wróżę.
Pewna pani, z zawodu feministka, ogłosiła, że w Wigilię usunie ciążę. Czyli już jutro. Nie powie, dlaczego ją usunie, bo jest to przede wszystkim manifest polityczny. W imię manifestu zabije człowieka, zanim jeszcze ktokolwiek będzie mógł stanąć w jego obronie (i zanim ten człowiek będzie mógł obronić się sam). Jak mówi: kobieta ma prawo decydować o swoim ciele.

Tak, kobieta ma prawo decydować o swoim ciele. Miała więc prawo decydować, z kim się bzykać i kiedy, czy na pieska, czy na jeźdźca i przy zastosowaniu jakich zabezpieczeń. Jeśli jednak na własne życzenie bzykała się z niewłaściwą osobą i jeśli na własne życzenie nie stosowała zabezpieczeń (bo od pigułek się tyje, a w gumie to nie to samo, albo – o rany – zapomniała), to niestety na tym się jej prawa do decydowania o własnym ciele kończą, od tego momentu zaczyna się decydowanie o ciele i życiu innej osoby. Co innego, gdyby była ofiarą gwałtu albo gdyby poród miał zagrażać zdrowiu potencjalnej matki. Jak rozumiemy, żadna z tych okoliczności w przypadku pani Katarzyny Bratkowskiej nie zaistniała. Wyciągniemy wniosek być może dla niej krzywdzący, ale jedyny, który przychodzi nam do głowy: najpierw nadstawiła krocze, a teraz uznała, że dzieciak koliduje jej z planami osobistymi. Kiedyś podobne motywacje miała pani Czubaszek, gwiazda TVN24, o czym bez skrępowania opowiada.

Aborcja to bardzo trudny temat, ale można go w dość rozsądny sposób skwitować: jeśli jej przeprowadzenie nie jest osobistym dramatem kobiety, to znaczy, że ta kobieta powinna odpowiadać za morderstwo. Jeśli ktoś przeprowadza aborcję dla zachowania swobody, dla dobrego samopoczucia, albo dlatego, że czuje, iż „to jeszcze nie ten moment”, jeśli idzie usunąć dziecko tak jak się usuwa pryszcza – jest zwykłym mordercą. Tyle że łatwo morduje się kogoś, kto jeszcze nie wykształcił rączek, którymi mógłby się obronić.

Bratkowska powiedziała w rozmowie z natemat.pl: – Kobieta powinna mieć prawo do aborcji na żądanie, bez podawania powodów. Dlatego że te powody mogą być tak różne, tak płynne, że nie powinny być poddawane jakiejkolwiek ocenie. Jeśli zakładamy, że kobieta ma prawo decydować o swoim ciele, to nie musimy za każdym razem pytać jej, dlaczego tym razem nie chce pani skorzystać ze swojego prawa.

Pójdźmy dalej – dlaczego kobieta nie powinna mieć prawa do mordowania na żądanie dziecka do lat pięciu, bez podawania powodów? Przecież “powody mogą być tak różne, tak płynne, że nie powinny być poddawane jakiejkolwiek ocenie”. Załóżmy, że jednym z powodów usunięcia ciąży miałaby być zła sytuacja finansowa matki (argument podnoszony przez feministki). A co jeśli dziecko się urodzi, przeżyje dwa lata, a matka dopiero wpadnie w tarapaty finansowe? Logika nakazywałaby stworzenie mechanizmów prawnych, pozwalających na zabicie dziecka także wtedy. O to jednak nikt nie apeluje…

Dlaczego zdaniem pani Bratkowskiej dziecko przed wyjęciem z brzucha jest mniej warte niż po wyjęciu? Ona mówi – to nie dziecko, to zarodek. W porządku. Ale przecież niemowlaki już po urodzeniu też różnią się od dorosłych ludzi, to też nie jest końcowy etap rozwoju. Czemu więc uznać, że etap np. od 50 tygodnia od poczęcia jest ważniejszy niż etap między 10 a 20 tygodniem?

W zasadzie, dlaczego sądzimy Katarzynę Waśniewską? Gdyby zabiła dziecko dwa lata wcześniej, byłaby przyzwoitą osobą, tak? A zabiła o dwa lata za późno? Czyż to nie zabawne, że np. w TVN24 pokazują przebitki z procesu Waśniewskiej, a w tym samym studiu siedzi Czubaszek, która w kolorowych magazynach opowiada, że zabiła swoje dzieci, zanim się jeszcze urodziły. Lubiła się dymać na lewo i prawo, ale nie lubiła „bachorów”. Czy naprawdę to tak skrajnie inna postawa od tej, którą zaprezentowała Waśniewska? Jedna zabiła małe dzieci, druga trochę większe dziecko. Jedna występuje w telewizji w roli ekspertki i fajnej babki, druga jest potępionym przez cały naród potworem. A przecież Waśniewska dała swojej córce chociaż pożyć dwa lata. Była więc znacznie bardziej miłosierna niż Czubaszek dla swoich dzieci.

Aborcja jest czasami konieczna, a czasami bardzo wskazana. Zawsze jednak powinna wiązać się z dramatem. Z gwałtem, z chorobą matki bądź płodu. Ale jeśli ktoś najpierw pieprzy się w parku, w toalecie i na tylnym siedzeniu samochodu, łazi po klubach i wskakuje na co chętniejsze kutasy, a później rozkosznie idzie na zabieg usunięcia ciąży, po drodze jeszcze zawadzając o kosmetyczkę – to dla takich osób wybudowano więzienia.

- W ludziach jest morze pogardy dla kobiet, ja jestem jego katalizatorem. Gdybym przerwała ciążę i wtedy o tym poinformowała, przeżywała dramat, byłoby OK. Ale kiedy mówię, że to zrobię i nie jest mi z tym źle, nie objawiam skruchy – zaczyna się bagno. Taka kobieta jest zła, niemoralna, jest suką, puściła się… To sposób na kanalizowanie niechęci, stałam się wiadrem na ścieki jeśli chodzi o publiczne komentarze – powiedziała Bratkowska „Gazecie Wyborczej”.

Tak, kiedy ktoś mówi, że usunie ciążę i nie jest mu z tym źle, to jest zwyrodnialcem. Te epitety, na które tak oburza się Bratkowska, są całkiem trafne: że zła, niemoralna, że suka i że się puściła. Różnica między usunięciem ciąży w stylu „nie jest mi z tym źle”, a uzasadnioną aborcją, jest taka jak między powieszeniem psa na gałęzi dla frajdy i popatrzenia jak się miota a uśpieniem go, gdy jest ciężko chory. Za pierwsze przewidują odsiadkę, za drugie już nie. Może i w ludziach – jak mówi Bratkowska – jest „morze pogardy dla kobiet”, ale w stosunku do niej – jeśli faktycznie usunie ciążę bez wyraźnego powodu – pogardę powinni wyrażać współwięźniowie w zakładzie karnym.

Prawo aborcyjne nie jest doskonałe. Ale jego największą wadą jest to, że można zamordować dziecko i być gwiazdą mediów, zamiast gwiazdą więziennej świetlicy.
http://wyszlo.com/najpierw-nadstawila-k ... z-planami/

Awatar użytkownika
masacra
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 7925
Rejestracja: 16 lip 2007, 15:20
Reputacja: 1683
Lokalizacja: Central Perk

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: masacra » 23 gru 2013, 16:42

Kobietka chciała narobić wokół siebie trochę szumu i jej sie to jak widze udało az miło patrzeć. Teraz stanie sie autorytetem moralnym co bardziej radykalnych lewaków i może zabezpieczy sobie byt socjalny jakąś lukratywna synekurą w jednej z organizacji proaborcyjnych. Tak sie robi pieniądze aby sie nie narobić.

Mi się zabawnie czyta pieniące się resortowe dzieci w ichnich mediach w reakcji na książkę o nich samych. Swoją droga czytał już to ktoś? Bo nosze sie z zamiarem zakupu.

Awatar użytkownika
NoName1989
Laureat Złotej Piłki
Laureat Złotej Piłki
Posty: 8568
Rejestracja: 28 lis 2006, 18:54
Reputacja: 1555
Kibicuję: WIDZEW
Lokalizacja: Łódź

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: NoName1989 » 23 gru 2013, 16:47

Po nowym roku planuje zakup!

Awatar użytkownika
masacra
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 7925
Rejestracja: 16 lip 2007, 15:20
Reputacja: 1683
Lokalizacja: Central Perk

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: masacra » 23 gru 2013, 17:06

Swoją drogą trafne okreslenie na tych funkcjonariuszy. Myslę, ze się przyjmie
Gdybym Was nie znał, to bym Wam współczuł…

„Resortowe dzieci” to tytuł, który ledwie kilkanaście godzin temu miał premierę a już wywołał gigantyczną burzę i spolaryzował – co akurat żadną nowością nie jest – polskie społeczeństwo.

Książka Doroty Kani, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza przybliża czytelnikom sylwetki dziennikarzy głównego obecnie nurtu. Sieci powiązań, wybory w młodości i środowiska w których się wychowywali w połączeniu z tym jak szybko i gwałtownie zrobili karierę, jak zachowują się dziś, co mówią i komu służą tworzą ponury obraz naszej medialnej rzeczywistości.

Autorzy biorą pod lupę choćby Monikę Olejnik, Tomasza Lisa, Jacka Żakowskiego czy Janinę Paradowską. Nie będę tutaj streszczał książki, recenzja bowiem wkrótce pojawi się na naszym portalu. Ja chciałem się skupić na reakcjach „bohaterów” książki na jej ukazanie się. Oczywiście „autorytety medialne” rozpoczęły lament, nad perfidią „prawej strony”, nad tym jak są linczowani… W codziennym seansie nienawiści w Radiu TOK FM – Wiesław Władyka mówił dając lekcję kultury: „Przekraczane są kolejne granice chamówy przez prasę, która uważa się za odważną, niepokorną, szlachetną -tą, która nadaje ton, broni dekalogu i etyki mediów. Brak słów”. Wielki przyjaciel Kościoła i kapłanów, strażnik dobrego smaku i etycznego dziennikarstwa skamlał: „Czy obrzygiwanie dziennikarzy jest czymś, co zasługuje na jakąkolwiek reakcję jakiegokolwiek kapłana w tym kraju?”. Konrad Piasecki z TVN24 i RMF FM napisał na Twitterze o książce: “Objaw głupoty i braku uczciwości. Wygląda na nagromadzenie naciąganych tez, bzdur i śmiesznych oskarżeń”. Wtórowała mu redakcyjna koleżanka, zawsze prawdomówna i kryształowa Katarzyna Kolenda – Zaleska: “Podłe świństwo.” Wielki etyk, brzydzący się szukaniem naciąganych haków i zadający się z płk. Lesiakiem Tomasz Sekielski: „Bolszewicki sposób zbierania pseudohaków”.

To taka mała próbka. Gdybym nie wiedział o czym jest ta książka i jako pierwsze dane na jej temat uzyskał te wypowiedzi, to pognałbym natychmiast do księgarni by wydrzeć ostatni egzemplarz. Pieniactwo medialnych klakierów władzy, na każdym kroku zaprzeczających etyce i zasadom rzetelnego dziennikarstwa jest najlepszą reklamą i zachętą.

Do tego chóru, przyłączyła się o dziwo dziennikarka Polskiego Radia – Janina Jankowska, która gościła w Telewizji Republika. Dotychczas wydawała się umiarkowaną, spokojną, wyważoną osobą. Wczoraj jakby wstąpił w nią demon. Krzyczała, przerywała, gestykulowała, robiła miny, załamując ręce nad nierzetelnością książki i broniąc Jacka Żakowskiego. Muszę przyznać, że podejrzane było to podenerwowanie pani redaktor.

Dziwi mnie również coś innego. Już nawet nie hipokryzja do której się przyzwyczaiłem i typowa moralność Kalego prezentowana przez to środowisko. Przejawia się ona w myśleniu: Jak my sponiewieramy opozycję, polskie wartości, wiarę chrześcijańską, wyprodukujemy jakieś bzdury na profesora Cieszewskiego, zaangażowanego w wyjaśnianie tragedii Smoleńskiej to jest w porządku. Ale jak druga strona pokaże niewygodne dokumenty to jest płacz nad terrorem, brunatną falą i polowaniem na czarownice. Do tego zdążyłem się przyzwyczaić. Dziwi mnie poziom decybeli w tych protestach, ta panika wszelkiej maści dziennikarskich kukiełek. Czyżby aż tak wstydzili się swoich rodziców? Czyżby aż tak zabolało ich wyciąganie smrodów z przeszłości? Dlaczego, skoro podobno to nie ma żadnego znaczenia?

Koronnym argumentem wrogów książki miało być to, że „rodziców się nie wybiera”. To prawda. Rodzice nie zawsze kształtują postawy dzieci. Zdarza się, że z dobrych domów wyrastają kanalie a z domów patologicznych wychodzą wartościowi ludzie. Prawdą jest również to, że dzieci w pewnym wieku buntują się i robią rodzicom na przekór. Ale faktem nie podlegającym dyskusji jest również to, że żyjąc tyle lat z osobami o konkretnej ideologii, ocierając się o to środowisko, znajomych, konkretne książki czy gazety, słuchając określonych ideologicznych bredni, musi to zastawić jakiś ślad. Często również wysoko sytuowani rodzice, wykorzystując znajomości starają się załatwić dobrą posadkę swoim dzieciom i ułatwić im karierę. A dziwnym trafem większość tych dzisiejszych „gwiazd” medialnych, o wiodącej pozycji wychowała się w środowisku mętnym, powiązanym z komunistycznymi władzami i aparatem represji.

Michał Górski

Awatar użytkownika
NoName1989
Laureat Złotej Piłki
Laureat Złotej Piłki
Posty: 8568
Rejestracja: 28 lis 2006, 18:54
Reputacja: 1555
Kibicuję: WIDZEW
Lokalizacja: Łódź

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: NoName1989 » 05 sty 2014, 13:23

http://www.kresy.pl/publicystyka,report ... -od-swiata
Ciekawy artykul o rodzinie, ktora zyla odcieta od swiata w syberyjskiej tajdze.

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 10 sty 2014, 16:29

W sprawie: "grzebania w życiorysach"...
Na resortowo

Nie przeczytałem jeszcze "Resortowych dzieci", mimo że otrzymałem je od autorki z dedykacją dla moich córek (bez żadnych aluzji − na wszystkich książkach biorę dedykację dla córek właśnie, ja już swoją bibliotekę zgromadziłem). Nie przeczytałem, bo mi żona zabrała i nie chce oddać, tak ją wciągnęło − zaproponowała, że może mi w zamian dać swojego Greya, ale z tego to ja z kolei zrezygnowałem.

Żona generalnie jest apolityczna, na tyle, na ile to możliwe, jeżeli jest się żoną kogoś takiego jak ja, ale otarła się w życiu o jedną i drugą telewizję, większość bohaterów książki zna i widziała, jaką drogą dochodzili oni do znaczenia i pieniędzy, którymi się cieszą dzisiaj.

Więc nie będę się wypowiadać o samej książce, ale o zjawisku pn. "resortowe dzieci w mediach III RP". Bo takie zjawisko jest. Co więcej, jest to zjawisko znaczące i publikacja wspomnianej książki sprowokowała falę propagandowego szumu, który ma w oczach naiwnego Polaka kompletnie zafałszować sprawę.

Propaganda generalnie operuje oskarżeniem, jakoby chodziło tu o "rozliczanie dzieci z win rodziców", a ulubionym jej argumentem stało się wyszukiwanie partyjnych wśród przodków dziennikarzy opozycyjnych. Między innymi ktoś na tej fali zajrzał do mojej książki i dowiedział się, że mój Ojciec też przez pewien okres swego życia należał do PZPR. No, należał - nigdy z tym nie miałem problemu.
Reklama

Przeżył ruskie "wyzwolenie", przeżył stalinowską czystkę w Szkole Lotniczej w Dęblinie, która dla niego się szczęśliwie skończyła tylko na przeniesieniu do służby zasadniczej w piechocie, miał dzieci − uznał, że nie będzie kozakował i ryzykował utraty pracy. Więc przyjął tę legitymację i ją miał, dopóki musiał, a jak już mógł, to ją im oddał. W życiu nie powiedział o sowieckiej okupacji i socjalizmie słowa, którego by się potem musiał wstydzić on albo jego synowie, z myślą o których taką a nie inną decyzję podjął. Jeśli ktoś chce nim sobie gębę wycierać, to niech spróbuje mi udowodnić, że jego kapitulacji przed komuną w jakikolwiek sposób zawdzięczam swoją karierę (jeśli ktoś oczywiście uważa, że zrobiłem karierę).

Bo tu nie chodzi o tych, których rodzice "należeli", tylko o to, że kiedy w stanie wojennym komisje weryfikacyjne oczyściły media z elementów solidarnościowych (często zresztą z ludzi, którzy też "należeli", bynajmniej nie z miłości do Sojuza, ale "zdradzili" Partię włączając się w ruch "Solidarności"), to na ich miejsce świadomie preferowano dzieci esbeków, milicjantów, prokuratorów i nomenklatury.

Podobnie zresztą jak przy poluzowywaniu rygorów gospodarczych celowo dawano pierwsze zezwolenia na prowadzenie "firm polonijnych" i "ajencji" przede wszystkim mundurowym i ich rodzinom. I tu, i tam ci spokrewnieni z władzą mieli zapewnione kariery ze wspomaganiem. I tu, i tam została według tego mechanizmu stworzona elita III RP. I o to chodzi. Nie o to, że ktoś miał ojca w KC, tylko o to, co mu towarzysz tatuś załatwił. Nie czytałem książki, może ma jakieś wady, może autorzy jedną czy drugą osobę dodali tam niepotrzebnie - nie wiem, nie wypowiadam się, ale zjawisko i jego skala jest faktem.

Moja żona pracowała przed laty przy jednym z najbardziej oglądanych programów telewizyjnych. Widziała z bliska, jak próbowało wejść do mediów pokolenie ludzi nowych, którzy w takiej np. TVP znaleźli się po 1989 roku. Było tam mnóstwo ludzi utalentowanych, pełnych zapału, pracowitych, fachowych. Ale karier nie porobili, poza nielicznymi, którzy się ewidentnie zaprzedali postkomuszej sitwie. Nagle nabijali się na szklany sufit − pięknie-ładnie, ale do riserczu, do archiwum, do drugorzędnych projektów. A nagle pojawiał się jakiś leszczyk prosto ze studiów, nie dość, że zero, wręcz minus, bo i się jąkał, i seplenił, i jakieś tiki nerwowe, no, zupełnie nie na wizję − nie, właśnie on będzie prowadził, właśnie on dostaje to wszystko, czego zdolniejszym odmówiono.

Pojawia się jakaś paniusia, ani ładna, ani inteligentna, ani zdolna, ale nagle wszyscy szefowie pieją zachwyty i dają jej program-samograj, o którym niespokrewnieni nie mieliby co marzyć. I dopiero jak się człowiek dowie, z kim jedno czy drugie było spokrewnione, i dopiero jak dostrzeże korelację między stopniem spokrewnienia, a stopniem obecnego włazituskizmu i zachwytu nad cywilizacyjnym sukcesem III RP... I żeby to był jeden, dwa, dziesięć przypadków, ale w tym właśnie sedno sprawy, że zjawisko ma charakter masowy. Dopiero jak sobie człowiek uświadomi, że trudno splunąć na salon, żeby nie trafić kogoś z tego rozdania, to nachodzą go tzw. głębsze refleksje.

Gdyby ktoś policzył, że dajmy na to w Chile czy Argentynie 80 proc. pracowników mediów to dzieci generalicji i służb z czasów dyktatury, i wszystkie one zajadle bronią jej reliktów, to sama "Wyborcza" by taką książkę chwaliła pod niebiosa. Ale taka książka, przypuszczam, nie powstanie, bo nawet kraje latynoskie nie są aż tak feudalne, jak III RP. Bo warto dodać, że media czy biznes nie są tu wyjątkiem, że mechanizm działa nawet tam, gdzie nie ma ani śladu polityki.

Ot, patrzy człowiek na sławną aktorkę i nijak nie rozumie tej sławy, bo gra jak drewno, brzydka i nawet wdzięku, jaki czasami brzydkie kobiety mają, za grosz − a rola za rolą, okładka za okładką, sława, sława! A tu po prostu tatuś jest sławnym aktorem, więc córeczka też. Patrzy człowiek i wie doskonale, że jakby tatuś był sławnym adwokatem, to ona by była panią mecenas, jakby tatuś był profesorem ordynatorem, ona sławną specjalistką od tej samej choroby, a jak prezesem górniczo-hutniczym... Bo to właśnie istota III RP.

Mam przyjaciela, którego ojciec był wysokim rangą oficerem "ludowego wojska", przy samym Jaruzelu. Ale on sam nigdy z tego tytułu nie wyciągnął żadnej korzyści, jest uczciwym człowiekiem i antykomunistą, do wszystkiego doszedł sam. Pracuję z ludźmi, którzy z różnych przyczyn należeli, ale nie mieli z tego nic, co najwyżej kłopoty. I zresztą nigdy z tego nie robili tajemnicy. No i co?

Towarzystwo, gdy mu już całkiem się skończą argumenty, zawsze ma w zanadrzu jeden, żelazny: kto kwestionuje mechanizmy awansu i kariery w III RP, ten, ha, ha, jest "sfrustrowany". Ja i tego nie ukrywam - tak, jestem sfrustrowany, bardzo. Ale nie tym, czego się sam w wieku 50 lat dorobiłem, bo tu do narzekania nie widzę powodu.

Jestem bardzo sfrustrowany tym, że mój kraj, o niepodległości którego Tata nawet nie śmiał śnić, jest wciąż typowym krajem neokolonialnym, feudalnym, wysysanym i niszczonym przez nomenklaturowe sitwy. I jedyna pociecha, że jest nas takich sfrustrowanych, wydaje mi się, coraz więcej, i jak się pewnego dnia zbierzemy razem, to niejednego kopniemy w de tak, że się zatrzyma dopiero w tym mieście na wschodzie, gdzie jego towarzysz tatuś kończył przed laty akademię...
http://fakty.interia.pl/felietony/ziemk ... Id,1087133

Awatar użytkownika
Bassu
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 7190
Rejestracja: 20 lis 2005, 9:04
Reputacja: 691
Kibicuję: Manchester United
Lokalizacja: Mexico

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Bassu » 26 sty 2014, 11:49

Fajny artykuł z samczeruno.pl
W młodości marzyłem o pełnych zainteresowania spojrzeniach kobiet; nigdy jednak nie wbudzałem sobą podziwu, co w oczywisty sposób mnie kłuło i bolało. Bóg raczy wiedzieć jak to się stało, ale w wieku trzydziestu lat pięciu kobiety mi się przyglądają; może rajcuje ich taki brzydal, a może patrzą czy nie dam po mordzie i zaciągnę w krzaki; trudno powiedzieć.

Uśmiechaj się

Uśmiech potrafi wiele zmienić; dawniej się nie uśmiechałem z dwóch powodów - ponieważ paliłem, miałem brązowo - żółte zęby a scalling i piaskowanie u dentysty wystarczał na tydzień. Brak pewnego składnika w ślinie jest przyczyną tego przykrego stanu rzeczy, i nie pomoże nawet wielokrotne mycie zębów. Brzydziłem się i wstydziłem swoich zębów, a przestałem po rzuceniu palenia, gdy kły samoistnie odzyskały naturalny koloryt. Ludzie wstydzący się swoich zębów, uśmiechają się tak że ich nie widać - to trzeba trenować przed lustrem (naciąganie górnej wargi na zęby), gorzej gdy się o tym zapomni i rozrechoce "na całego". To naprawdę okropne przeżycie, gdy czujesz że wszyscy patrzą się na Twoje zęby. Umysł człowieka owładniętego fobią wszystko co zrobią inni, interpretuje na swój sposób. Zaśmiał się? pewnie z moich zębów. Coś szepcze? na pewno o moich zębach. Patrzy nie na mnie tylko w ścianę? nie chce patrzeć na moje zęby. Patrzy na mnie? chce nasycić się widokiem mej zębowej klęski. Co by ktoś nie zrobił, umysł wszystko sprowadza do fobii, w tym wypadku zębów.

Fobicy - egoiści

W rzeczywistości ludzie mieli gdzieś moje zęby, bo każdy żyje swoimi sprawami; żeby to poczuć, zrozumieć, musiałem trochę podrosnąć emocjonalnie. Ale dzięki temu wiem, jak działa ten mechanizm. Ludzie z takimi fobiami to niezwykli egoiści - wszystko kręci się wokół nich. Cały świat sprowadza się do ich zębów, tłuszczu na brzuchu i pupie, wielkim nosie, ustach czy uszach, i tysiącu innych pierdół na które nikt nigdy nie zwróci uwagi. Albo na małym penisie... cały świat żyje ich urojonymi wadami, ale cóż to jest wada? to niezgodność z promowanym ideałem. Ideałowi nikt nie dorówna, by kręciła się konsumpcja - ludzie mają wydawać kasę na reklamowane pieprzoty, by być jak ideał. I tu powstaje pytanie - dlaczego to ja nie mogę być wzorem, ideałem dla mas? a co ma takiego ten model, czego nie mam ja, prosty chłopak z ludu?

Z paniki w ketozę

Spójrz na facetów, mających niezwykły urok i talent do podrywania Pań; często są pełni wad, które mają w thupie. Koncentrują się na fajnych stronach swego image. Człowiek sukcesu to ten, który zajmuje się swymi zaletami, nieudacznik to ten, który spogląda w stronę urojonych wad. Możesz patrzeć w gwiazdy, rozkoszować się przestrzenią i zachwycać surfowaniem w mrokach kosmosu na kuli ziemskiej; możesz też patrzeć w błoto i dołować się tym. Twój wybór, a także Twoje konsekwencje. Gdzie zwrócisz swą uwagę, tam wszystko rośnie podlewane Twą świadomością. Jeśli na przykre rzeczy, one urosną. Jeśli na dobre - także urosną. Mamy większy wpływ na życie niż nam się wydaje. Są goście, którzy mając wielkie brzuchy wspaniale prosperują, doskonale podrywają, fajnie być w ich towarzystwie. Są też kolesie którzy panikują widząc trochę tłuszczu na brzuchu - wtedy wchodzą w ketozę i śmigają na siłownię. Do podrywu fajnej babki nie zabrakło Ci kilku centymetrów w bicku przyjacielu, ale Twojej koncentracji na swoich pozytywach. Znam temat dość dobrze, bo robię coachingi z ludźmi głęboko tkwiącymi w sporcie i gdy sobie rozmawiamy, często pod powłoką mięśni widzę naprawdę wrażliwych, spragnionych miłości i szczęścia facetów. Nikt ich nie nauczył, nie powiedział że aby mieć miłość, najpierw muszą zaakceptować siebie bezgranicznie - z tłuszczem, oklapłymi mięśniami. I gdy pokochają siebie bez względu na ciało i cechy umysłu, wtedy wszystko co zrobią będzie opromienione tą miłością, szacunkiem i spełnieniem.

Ku pamięci

Wtedy zniknie presja i wszechobecne "muszę", a pojawi się "chcę". Myślę że jestem w tym temacie szanowany, ponieważ sam ćwiczę wiele lat. Tak bardzo bałem się porażki, tak strasznie wspominałem chwile gdy silniejsi (grupą, nie własnymi umiejętnościami) mnie upokarzali, że dla mnie walka jest nie bójką, a kwestią życia i śmierci. Dlatego na głębszym poziomie rozumiem tych często ostrych chłopaków, ponieważ podstawą naszych działań jest strach; olbrzymi, wszechogarniający. Niektórzy naprawdę groźni ludzie są właśnie tacy - w środku to naprawdę wartościowi, wspaniali ludzie. Oczywiście, większość to psychopaci, ale wrażliwy, inteligentny człowiek może stworzyć pancerz niemal doskonały, tak że wydaje się być absolutnie bez uczuć i empatii. Sam znałem kiedyś takiego faceta, który bardzo mi w życiu pomógł. Teraz, dopiero po latach widzę jak funkcjonowała jego społeczna maska, i co pod nią skrywał. Oczywiście, czasem kogoś wywieźli do lasu w bagażniku, połamali nogi - ale to wszystko było w środowisku przestępczym. Był liderem, więc posłuch mógł wymusić tylko w ten sposób. I gdy już nie żyje, często wspominam go z miłością; bo pomógł mi w bardzo złym czasie mego życia, i nigdy tej przewagi nie wykorzystał. A gdy sam wpadł w niszczący wir zależności, odsunął się by mnie w niego nie wciągnąć. I tak zły człowiek pomaga, a dobrzy koledzy dużo paplający o przyjaźni się odsuwają. Często o nim wspominam w swoich tekstach, jest to moja świeczka na cześć jego pamięci, chyba całkiem zapomnianej. Będę o nim wspominał zawsze, do końca mego życia. To był prawdziwy kolega.

Dostałem w ryj

Strach potrafi tak pobudzić układ nerwowy, że kiedyś bijąc się z naprawdę dobrym gościem - dostałem kilkanaście razy "z główki" w twarz, i nie straciłem przytomności. Mało tego, jeszcze go później zlałem. To są ciekawe doświadczenia - unosiłem się nad swoim ciałem, nie czułem żadnych doznań ze strony ciała, wszystko widziałem jakby z góry. Myślę że to kwestia motywacji. Agresora rozsadza energia, on chce się rozładować - ja walczę o życie. Raz dostałem gdzieś w tył głowy pięścią, a później waliłem serią w twarz blokersa, dziwiąc się że on nic nie robi - tylko to czułem, potężne zdziwienie. Gdy on na ławce trenował chlanie, ja latami czytałem biblię i waliłem w worek bokserski. Najstraszniejsze, demoniczne wręcz w tym wszystkim jest to, że takie leżenie na kimś kto Cię zaatakował, walenie z całej siły w twarz jest w pewnym sensie przyjemne, satysfakcjonujące, daje nieokiełznaną rozkosz. Zasłania się rękami? wbijasz się w luki. Trenuje sporty walki i instynktownie podnosi głowę by zmniejszyć moc obrażeń? przyciskasz ją łokciem do ziemi i walisz drugą pięścią. Wszystko automatycznie. Obrzydliwy temat, opuścimy go bo zbiera mi się na wymioty.

Marek Lew, miło mi

Pamiętajmy wszelako jedną rzecz - prostactwo bije się na ulicach, a mądrzy są tych ulic właścicielami. Unikanie bójki to najmądrzejsza, najwspanialsza rzecz jaką można zrobić. Szukajacy wyładowania zawsze trafia na silniejszego - to tylko kwestia czasu. Prawdziwa siła to pieniądze (poziom wyżej), grupa (znowu wyżej), władza (następny poziom) i rozwój osobisty gdzie nie prowokujesz nieświadomie i nie masz potrzeby walczyć o honor, który jest tylko abstrakcyjną ideą (poziom bardzo wysoki ale nie najwyższy). Jeśli ćwiczysz mięśnie, aspirujesz do roli króla prostaków, jeśli zarabiasz kesz, do króla biznesu, jeśli zostajesz politykiem, do władcy... a jeśli czytasz mnie, znacznie wyżej (ironicznie się uśmiecham, na ile pozwala znieczulona ginem twarz). Musisz to zrozumieć; ucieczka nie jest hańbą. Ucieczka gdy nie masz szans, jest mądrością. Lew ucieka gdy może oberwać, to normalne, instynktowne zachowanie. Zawsze tego uczę mych studentów - uciekaj. Bądź jak lew. Miło mi, Marek Lew jestem... trenuje się po to, by walczyć w sytuacji totalnie bez wyjścia. To nie są umiejętności po to, byś pobił pierwszego lepszego chuligana. Musisz mieć do siebie szacunek - dla byle kogo ryzykować złamaniem palca, uszkodzeniem dłoni?

Jama ustna autora

Wróćmy do mojej jamy ustnej. Teraz wiem że mam ładne zęby, i nie mam problemów z ich szczerzeniem. Polecam terapię olejem słonecznikowym, która oprócz oczyszczania organizmu wspaniale wybiela zęby. Drugi powód był taki, że uśmiechając się kilka razy kobiety mnie odrzucały - odwracały spojrzenie albo się nie uśmiechały. Możliwe że w wyniku stresu nie był to uśmiech, a jakiś okropny grymas i żałosne spojrzenie bitego psiaka; może po prostu się mnie bały, kiedy ja chciałem wzbudzić zainteresowanie. Teraz by mnie to rozbawiło, wtedy bardzo to przeżywałem. Nie chcąc doświadczać takich nieprzyjemnych odczuć, nie uśmiechałem się wcale. To mnie uratowało przed zrobieniem dzieci i małżeństwem, do którego byłem bezustannie namawiany; niemowlętom narzuca się religię gdy są kompletnie niekumate, a facet w wieku do trzydziestki jest w sprawach męsko - damskich jeszcze bardziej nieprzytomny. Kierują nim hormony, a później zdziwienie na sali sądowej że do końca życia trzeba płacić, bo jak nie to więzienie i twarde członki członków gangu.

Uśmiech jest bardzo niedoceniony w naszym społeczeństwie. Warto często się uśmiechać, ponieważ to uprzyjemnia i ułatwia życie. Uśmiecham się więc promieniście, i także Państwu to polecam. Udowodniono (amerykańscy naukowcy, jakżeby inaczej) że dwie minuty uśmiechu pompuje w krew masę hormonów zadowolenia. Spróbujcie się uśmiechać gdy jesteście sami, a szybko zauważycie jak wraca dobry nastrój. Ja uśmiecham się najpiękniej wtedy, gdy widzę na koncie nową wpłatę od czytelników. No tak już mam...

Emocjonalny provident

Wtedy marzyłem o kobietach, nawet pasztecie - ale nic z tego. Moje zahamowania, wstyd i skrępowanie czyniły każdą relację niemożliwą. Nawet jako dwudziestokilkuletni mężczyzna czerwieniłem się jak burak; jednak to co najważniejsze, zależało mi, strasznie mi zależało. Teraz sytuacja trochę się zmieniła; moja świadomość uległa rozszerzeniu zdaniem fanów, a zwężeniu zdaniem antyfanów - i teraz już wiem że szczęście (czyli hormony) zależy ode mnie, a szukanie go przez użycie jak szmaty innego człowieka, jest egoizmem - surowo i bezwzględnie karanym. Statystyki rozwodów nie kłamią... och, ja przecież tak ją kochałem a ona odeszła, nienawidzę tej ku...! miłość? czy totalny, niewyobrażalny wręcz egoizm? jeśli naprawdę byś kochał, zaakceptowałbyś odejście kobiety. Chce spełniać się z kimś innym? ok, kocham ją i życzę jej dobra, więc niech go doświadcza gdzie i z kim chce. Logiczne, prawda? ale Ty nie chcesz by odeszła, ponieważ odchodząc zabiera Twoje dobre samopoczucie. To ma być ta opiewana miłość? nie, to użycie innego człowieka dla własnej przyjemności, nic więcej. Gdy kobieta odchodzi, czujesz że zabiera Ci Twoją przyjemność i zostawia z poczuciem klęski - więc ją nienawidzisz. To wstrętne, obrzydliwe uczucie nazywa się miłością... i zbiera mi się na wymioty bardziej niż po ginie z tonikiem, gdy jestem świadkiem takich deklaracji. Dlatego widząc zakochanie, patrz na to wszystko jak na ekstazę głupca, który bierze kredyt w providencie by sobie zaszaleć. Chwila podniecenia na zakupach, a później silny stres związany ze spłacaniem lichwy. Czy oni coś wiedzą o miłości, na której moc się powołują? nie. Znają hormonalny haj używany przez naturę po to, by skłonić ludzi do rozmnażania się.

Chcą się naćpać, więc szukają partnera tak samo jak narkomana ciągnie do igły dającej zapomnienie. Poeci szlochając w swych wierszach pragnieniem miłości, chcą się po prostu nawalić. Oto prawda - ludzie nie szanują się, nie kochają, więc traktują się jak ścierwa, jak szmaty - czują się sami ze sobą okropnie. A że druga osoba daje wyrzut hormonów (natura chce rozmnażania, wiec hajem do tego zachęca) więc w związku widzą koniec swych cierpień, samotności i bólu. Czy to jest normalne? nie, nie jest. A wszyscy mnie do tego zachęcają. Marek, ożeń się, zrób dzieci, będziesz szczęśliwy. Ani jedna radząca mi tak osoba nawet nie zna stanu szczęścia...

Żebranie emocjonalne

Ludzie to żebracy. Chcą wzbudzić w sobie poczucie przyjemności, ponieważ zostali tak wytresowani (uwarunkowani, delikatniej mówiąc) że związek im to da. Szukają więc kogoś, by jak to mawiają "być z kimś". Powiedzmy sobie szczerze - Ty nie chcesz być z kimś, chcesz przyjemności płynącej z akceptacji rodziny, która wcześniej drwiła i szydziła z Twojej samotności "ta Kaśka nie może sobie nawet chłopa znaleźć", "taka stara, ma dwadzieści sześć lat i nie ma dzieciaków".

I gdy piszę ważne rzeczy; coś co jest piękne jak samotny kwiat na zimnej skale... że możesz tę a nawet większą, znacznie większą rozkosz odczuć sam, bez potrzeby egoistycznego wykorzystywania innych ludzi - bluzgasz, obrażasz i grozisz myśląc że bronisz prawdy; tymczasem bronisz tylko głupot, bredni które nawsadzali Ci do głowy. Wywal je tak, jak wyrzuca się zużytą baterię do śmietnika. Zacznij sam badać świat, wyciągaj sam wnioski. Żyje w Tobie mama i tata, dziadkowie i ksiądz w postaci ich "mądrych" rad, które zrobią z Ciebie nieszczęśliwą, zapłakaną i zasmarkaną ruinę. Będziesz chlał i płakał, ciął się i wył... nie wyszło, znowu. Może kiedyś wyjdzie... niestety nie, nigdy Ci nie wyjdzie ponieważ podstawa na której budujesz szczęście, jest zmurszała, dziurawa i obrzydliwie chwiejna.

Tresura

Najpierw Cię tresują co ma dać Ci szczęście, a później Ty całe życie za tym biegasz. Mówią Ci co jest dobre a co złe (w każdej kulturze co innego) jak masz żyć, czuć się, do czego podążać... Twoi treserzy szczęścia nie zaznali, Ty nie zaznasz i barany które wzorują się na Tobie, także go nie zaznają. Jeśli słuchasz swych wychowawców (treserów, nazwijmy ich po imieniu), zrezygnuj z umysłu, po co Ci on? stado myśli za Ciebie, stado podejmuje za Ciebie decyzje... wypie... ten umysł daleko od siebie, tylko Ci będzie zawadzał! nie da się? to zacznij go używać. Po coś Ci go jednak dano. Gdyby był niepotrzebny, urodziłbyś się bez niego.

Jestem cudownie wolny. Świadomość tę wzmacnia także praca z ludźmi; gdy widzę w jakim strasznym śnie żyją ludzie powszechnie podziwiani, widzę co się ze mną stało. Misiunie, księżniczki i mądrale które na mnie bluzgają, zazdroszczą i podziwiają ludzi, których ja prowadzę (w sensie coachingów). One widzę marketingowy obrazek (oczywiście atrakcyjny) a ja to co jest poza nim. Wtedy widzę wyraźnie że szczekający półświatek nie ma racji, tylko uległ oszustwu, mirażom. Trzymają iluzję z całej siły, bojąc się tego co za nimi jest; radość jest, wolność, spełnienie bez domieszki cierpienia. I to ludzi przeraża - czy możliwe jest życie w pełnym szczęściu? a może to diabeł, coś złego? myśl! na pewno znasz ludzi, którzy całe życie są nieszczęśliwi, otepiali od swoich negatywnych myśli, wizji i myśli. Jeśli więc człowiek może całe życie cierpieć (nie mając chłodu, głodu i przemocy) to na pewno możesz być nonstop szczęśliwy. Problem tkwi w tym, że na szczęśliwym nie można zarabiać. Nie można wciskać mu szmat z metkami, chłamu, lekarstw które leczą ale nie wyleczą, patriotyzmu sprowadzającego się do tracenia życia w walce o interes jakiejś grubej świni na szczytach władzy, religijnych bajek które dają za realną kasę nadzieję na pośmiertne szczęście... Twoje szczeście solidnie wku... księdza, rabina, imama, korporacje, państwo i wszystkich Twych znajomych włącznie z rodziną. Oni cierpią - Ty też musisz. Masz się za lepszego od szwagra ty skur...?

Jestem bogiem

Jestem wolny i oszałamiająco potężny swą wiedzą, świadomością. Gdy widzę ładną kobietę np. w sklepie, czuję że więź z nią nie da mi spełnienia, satysfakcji... sens tkwi tylko we mnie, w moim postrzeganiu. To ja decyduję, co daje przyjemność a co nie. Zabrałem władzę stadu, a dałem ją sobie. Ta piękna kobieta nie może dać mi najgłębszej ekstazy. Może dać mi rozkosz, więc patrząc w oczy kobiety w wyobraźni kocham się z nią brutalnie, pętając jej wolę swą siłą, w więzieniu mięśniowego tonusu zamykając nadgarstki, chłoszczę ją swych emocji obojętnością i za włosy mocno trzymając, z rozkoszą obserwuję wznoszące się prądy błogości po moim kręgosłupie... tańczę z bogami i pieprzę gwiazdy, w świątyni ciała kobiecego czułą swej duszy jaźń zanurzając.

Gdy przebudzisz swą świadomość, okoliczności (kredyt, wstyd przed rodziną, znajomymi, strach przed barczystymi szwagrami - rzeźnikami) może Cię przyhamować, ale tylko na chwilę. Świadomość jest jak ogień, zniszczy i pogrąży w morzu płomieni wszystko co istnieje w Twoim świecie. Gdy rodzina, władza, sława i pieniądze przestaną Cię motywować, a ich miraż pobudzać, pozostanie Ci wśród wrzasków o opętanie i egoizm podążać wśród gwiazd, czarnych dziur otchłani ku satysfakcji najgłębszej, pełnym rozkoszy i błogości spełnieniu.


Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 26 sty 2014, 14:05

Takiego zbioru zwyklych sofizmatów i najbanalniejszych truizmów nie czytałem od dawna, czasem warto poprawić sobie humor i samoocenę bezdenną głupotą innych - dzięki :)

PS: Końcówka niszczy :lol:

Awatar użytkownika
Bassu
Gwiazda
Gwiazda
Posty: 7190
Rejestracja: 20 lis 2005, 9:04
Reputacja: 691
Kibicuję: Manchester United
Lokalizacja: Mexico

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Bassu » 26 sty 2014, 16:54

Ale co CI się nie podoba, rozwiń :P skąd wiesz, że to sofizmaty i truizmy? Przeglądam tą stronkę mi koleś ma dużo czytelników:)

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 27 sty 2014, 14:21

Bassu pisze: rozwiń
Chyba jestem już na to trochę za stary, a na pewno za bardzo zajęty :) Ty masz coś ciekawego/wartościowego, ja się pośmiałem - każdy wygrywa :)

Żeby nie robić OT. Ciekawy artykuł o Japonii z periodyku "hipsterskich prawaków" :wink:
Japończyk się wstydzi

Moje pierwsze zderzenie z japońską kulturą wstydu było absurdalne, bo zaczęło się od ciastka. Obrzydliwie słodkiego ciastka z różowym kremem. „Musiało” mi smakować. Inaczej dług nie zostałby spłacony i Akane nie odzyskałaby swojej twarzy. Tam, gdzie w moim zachodnim pojęciu nie było żadnej winy, w wypadku Akane zadziałał wstyd, który domagał się reakcji z jej strony.

Był rok 1999. Jako studentka japonistyki zawiązywałam liczne przyjaźnie z młodymi Japończykami, którzy uczynili graniczący z brawurą krok i postanowili przyjechać do Polski, żeby zmierzyć się z nauką naszych „sz”, „cz”, „ż” itd. Akane była najambitniejsza z tego grona. Całe dnie spędzała zanurzona w słowniku i tłumaczyła wszystko, co wpadło jej w ręce. Starała się śledzić wydarzenia w Polsce, na spotkania przynosiła wybrany artykuł z „Wyborczej” – najbardziej mainstreamowa gazeta była w jej rozumieniu najlepszą gazetą. Akane deklarowała, że jej marzeniem jest praca w ambasadzie polskiej w Tokio, więc czułam się w obowiązku prostować różne informacje i kreślić jej szersze tło historyczne. Polemiki z najpoczytniejszą wówczas gazetą w Polsce Akane traktowała jako moją fanaberię. Taktownie nie przyjmowała ich do wiadomości. Aby nie psuć dalej stosunków polsko-japońskich, postanowiłam przerzucić swoją energię na inne pole. Zabrałam Akane do Wrocławia, by poprzez sztukę wtajemniczać ją w polską historię.

Wybrałyśmy się zwiedzić Panoramę Racławicką. Spodziewałam się, że panorama zrobi na niej spore wrażenie, więc przyglądałam się z uwagą jej reakcjom. Już po chwili zobaczyłam, że Akane pobladła, nagle zzieleniała, w końcu zaczęła się lekko słaniać. W geście miłosierdzia nie czekałam, aż konie Kossaka powalą ją całkowicie, tylko posadziłam ją
na krześle i pobiegłam po pomoc. Dwóch strażników przeniosło oszołomioną polską sztuką batalistyczną Akane na zaplecze. Zaserwowaliśmy jej klasyczną pozycję horyzontalną z nogami do góry. Po czym wzięły ją w obroty panie salowe i zaparzyły jej mocną herbatę. Ku mojej ogromnej radości Akane mogła zobaczyć relikt PRL-u w postaci szklanek w drucianym koszyku. W końcu Akane przyszła do siebie. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Strażnicy i salowe byli dumni, że pomogli obcokrajowcowi. Czekali na „dziękuję”. Tymczasem Akane z każdą chwilą, gdy wyglądała lepiej, jednocześnie wyglądała coraz gorzej. Spuściła głowę w dół i pogrążała się w nieustającym przepraszaniu. Wyszłyśmy szybko. Naturalnie zaproponowałam, żebyśmy pojechały odpocząć do domu mojej cioci, u której się zatrzymałyśmy. Akane nie chciała o tym słyszeć. Zaprosiła mnie do kawiarni i bez pytania kupiła mi najokazalsze ciastko z kremem. Sama wzięła takie samo, choć nadal na twarzy była lekko zielona. Dopiero wtedy do mnie dotarło, w jak niezręcznej sytuacji ją postawiłam. Zamiast samej jej pomóc, usunąć ją z widoku publicznego w chwili jej słabości, urządziłam spektakl z nią w roli głównej. Akane, chcąc nie chcąc, zaciągnęła u mnie dług wdzięczności. Należało natychmiast go spłacić. Pojawił się wstyd, ponieważ nie przewidziała tego, że poczuje się źle. Swoją słabością sprowadziła w jej mniemaniu kłopot na innych ludzi, w tym – o zgrozo – na pracowników muzeum, którzy musieli się oderwać od swoich obowiązków. Na nic zdały się moje tłumaczenia. Akane tonęła w przeprosinach, a ja przełykałam w milczeniu różowe, słodkie coś.
Kultura wstydu versus kultura winy

Zderzenie Zachodu ze Wschodem. Zderzenie kultury winy z kulturą wstydu. Tam, gdzie u Europejczyka lub Amerykanina pojawiłoby się co najwyżej zażenowanie, u Japończyka pojawiło się dojmujące uczucie wstydu, uderzające w to, co dla nich święte – w poczucie godności. Morze atramentu wylało się na ten temat, odkąd Ruth Benedict w głośnej i kontrowersyjnej książce Chryzantema i miecz zaklasyfikowała Japonię jako społeczeństwo, w którym zwycięża kultura wstydu. Choć książka Benedict pisana była na zlecenie amerykańskiego rządu pod koniec II wojny światowej – a mariaż polityki z nauką zawsze jest dwuznaczny – to jednak do dziś stanowi pryzmat, przez który Zachód patrzy na Japonię.

Benedict była jednym z naukowców, którzy podjęli się stworzenia charakterystyki pokonanych narodów. Ze względu na prowadzone działania wojenne amerykańska uczona nie mogła pojechać do Kraju Kwitnącej Wiśni i na miejscu prowadzić badań antropologicznych. Oparła się zatem na ówczesnych opracowaniach, filmach, literaturze japońskiej oraz relacjach Japończyków emigrantów, a także jeńców wojennych. Pomimo tak skąpych narzędzi badawczych udało jej się stworzyć spójny i pod wieloma aspektami wciąż aktualny obraz społeczeństwa japońskiego. Jako pierwsza badaczka wykazała, że to wstyd jest w Japonii najwyższą sankcją moralną. W odróżnieniu od kultur Zachodu, które wpajając absolutne normy moralne i opierając się na rozwoju własnego sumienia, zaliczane są do kultur winy.

Wstyd wymaga zawsze jakiegoś obserwatora – to krytyka otoczenia (lub domniemana krytyka) sprawia, że pojawia się poczucie wstydu. Wina natomiast jest przeżywana we własnym sumieniu, niezależnie od opinii otoczenia, a czasem nawet wbrew czyjejś dobrej opinii. Człowiek honoru na Zachodzie sam przyzna się do winy trapiony wyrzutami sumienia. Tymczasem Japończyk nie widzi problemu, dopóki jego niewłaściwe zachowanie nie wyjdzie na jaw. Wina łączy się z pojęciem grzechu, z którego można się spowiadać oraz można go odpokutować. Natomiast w kulturze wstydu opowiadanie o „nieodpowiednim zachowaniu” tylko potęguje uczucie wstydu. Stąd w tradycyjnej religii japońskiej – shintoizmie – nie spotykamy spowiedzi. Istotne są natomiast rytuały, które mają pomóc w zdobyciu przychylności bogów. Taka przychylność wydaje się wręcz niezbędna, by móc funkcjonować w tak mocno zhierarchizowanym społeczeństwie jak społeczeństwo japońskie.
Japoński system zobowiązań

Zrozumienie zasad rządzących japońskim społeczeństwem jest kluczem do zrozumienia pojęcia wstydu w kulturze japońskiej. Warto na początku przypomnieć o innej fundamentalnej różnicy między Zachodem a Wschodem. Chodzi mianowicie o rolę jednostki. Zachód pielęgnuje jednostkę, stawia ją na piedestale i domaga się poszanowania jej praw (których lista w ostatnich latach stale się poszerza). Indywidualizm, niezależność, samodzielność – to cechy, które są podziwiane i gwarantują w zachodnich społeczeństwach sukces. Dokładnie na odwrót jest w Japonii. Najważniejsza jest grupa – naród, firma lub społeczność szkolna, bliższa i dalsza rodzina. Osobiste szczęście przedkłada się nad dobro ogółu. Japończyk myśląc o sobie, widzi się zazwyczaj jako część większej całości. Jego miejsce w społeczeństwie jest dokładnie określone poprzez liczne zobowiązania i powinności. Tylko należyte rozpoznanie ich i wypełnienie może prowadzić do godnego życia.

Taki model społeczeństwa jest spuścizną po czasach feudalnych w Japonii, kiedy to wykształcił się etos samuraja. Przełom związany z restauracją Meiji (1868–1912) zaowocował zjawiskiem nazywanym samuraizacją społeczeństwa. Społeczeństwo przejęło od podziwianych wojowników wzorce zachowań, etykę i sposób myślenia, w którym centralne miejsce zajmowały system zobowiązań (on) oraz reguły dotyczące ich odwzajemniania. Ruth Benedict podzieliła te zobowiązania na dwie główne kategorie: gimu i giri. Zrozumienie tych zasad jest kluczowe w interpretacji pojęcia wstydu w japońskiej kulturze. W przypadku gimu nie możliwe jest pełne odwzajemnienie i dług nigdy nie ulega przedawnieniu, ponieważ zaciąga się go wobec cesarza (chu), rodziców i przodków (ko) lub w pracy (nimmu). Natomiast giri dzieli się na dwie podkategorie: giri wobec świata i giri wobec własnego imienia. Giri należy do zobowiązań, które należy spłacić co do grosza w określonym czasie. Giri wobec świata zaciąga się, np. pożyczając coś od kogoś, otrzymując pracę lub przysługę. Natomiast giri wobec własnego imienia nakłada na Japończyków m.in. obowiązek oczyszczenia własnego imienia, obowiązek zawodowej kompetencji i bezbłędności, obowiązek okazywania szacunku osobom postawionym wyżej w hierarchii społecznej, wreszcie hamowanie wszelkich przejawów emocji w nieodpowiednich sytuacjach. Należy dodać, że zobowiązania opisane przez Benedict stanowią rozłączne kręgi, które w przypadku nachodzenia na siebie mogą doprowadzić do konfliktu.

Nic dziwnego zatem, że godność w ujęciu japońskim rozumiana jest jako czujność, ostrożność, umiejętność planowania. Każdy krok musi być dobrze przemyślany, aby nie doszło do ewentualnego konfliktu. Godne zachowanie oznacza dogłębną analizę wszystkich możliwych konsekwencji społecznych swojego zachowania, nienarażanie się na wstyd. Sformułowanie „człowiek, który wie, co to wstyd” tłumaczone jest czasem jako „człowiek prawy” lub „człowiek honoru”. Uczucie wstydu pojawia się wówczas, gdy ktoś nie przestrzega wielu zasad rządzących japońskim społeczeństwem. Na wstyd naraża się ten, kto nie potrafi wypełnić ciążących na nim obowiązków wynikających z on czy giri. Wreszcie zawstydzeniu ulega ten, kto nie mógł przewidzieć różnych ewentualności. Tak jak moja znajoma Akane, która swoją niedyspozycją zakłóciła obowiązki pracowników muzeum.

Jak silnie system zobowiązań opisany przez Benedict jest zakorzeniony w japońskim społeczeństwie, Zachód przekonał się podczas kapitulacji Japonii w czasie II wojny światowej. Sporo analityków spodziewało się, że Japończycy, którzy wielokrotnie wykazywali się wyjątkowym męstwem, poświęceniem, ale i okrucieństwem, będą walczyć do ostatka sił. Uważano, że wielu dowódców nie przyjmie rozkazu kapitulacji i rozpocznie wojnę partyzancką. Obawiano się zamieszek społecznych. Tym bardziej że japońska administracja przez cały okres wojenny prowadziła dość prymitywną propagandę, przedstawiając Amerykanów jako wielkoludów i potworów kanibalów. Tymczasem po odczytaniu przez cesarza Hirohito aktu kapitulacji Japonia zmieniła się jak za naciśnięciem jednego guzika. Wszyscy żołnierze złożyli broń, a ludność wręcz entuzjastycznie przyjęła armię okupanta. To, co dla Zachodu było niepojętym oportunizmem, dla Japończyków oznaczało coś dokładnie przeciwnego. Pozostali wierni chu – zobowiązaniu posłuszeństwa wobec cesarza. Nawet jeśli płacili za to słoną cenę w postaci bezwarunkowej kapitulacji, choć mieli jeszcze siły do walki.
Sararimen – samuraj z teczką

Żywotność systemu opisanego przez Benedict jeszcze mocniej uwidoczniła się w latach 60. i 70. ubiegłego wieku w epoce sararimenów nazywanych „samurajami z teczką”. Terminem „sararimen” (z ang. salary man) określano pracowników wielkich korporacji, których codzienna praca i wysiłek położyły podwaliny pod gospodarczy cud Japonii. Ich związek z firmą był pełen analogii do relacji samuraj – daimyo (pan feudalny w średniowiecznej Japonii). Sararimeni zazwyczaj trafiali do danej firmy zaraz po studiach i pracowali w niej już do końca życia. Lojalność wobec firmy wyrażała się w przedłożeniu jej interesu nad osobiste szczęście czy zdrowie. Dlatego „wojownicy korporacji” ze stoickim spokojem godzili się na dwugodzinny dojazd do pracy, z własnej inicjatywy oszczędzali światło kosztem własnych oczu i jako normę przyjęli codziennie pozostawanie w pracy po godzinach. Drastycznym symbolem przywiązania do firmy stało się zjawisko karoshi, czyli śmierci z przepracowania. Zobowiązania wobec firmy zwyciężały nawet z zobowiązaniami wobec własnej rodziny.

W 2008 roku pociągi w aglomeracji Tokio aż 35 300 razy spóźniły się z powodu prób samobójczych. Statystyki udostępnione przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) wskazują, że największy odsetek samobójców stanowią mężczyźni między 40. a 60. rokiem życia (rocznie w Japonii prawie 30 000 osób odbiera sobie życie). Niestety w wielu przypadkach jest to kolejna pozostałość po etyce samurajów. Prezesi, menedżerowie firm odbierają sobie życie w sytuacjach niepowodzenia ekonomicznego. Co istotne – tu wkraczamy ponownie w zagadnienia pojęcia wstydu – nie należy wiązać samobójstw z jakąś osobistą pomyłką tych menedżerów. Często nie chodzi tu o błędną decyzję czy nieskuteczny sposób zarządzania firmą. Kłopoty finansowe firmy mogą mieć swoje źródło w okolicznościach zewnętrznych, a jednak poczucie odpowiedzialności i giri wobec własnego imienia nakazuje wybrać śmierć jako sposób na odzyskanie twarzy, czyli honoru.
Czego Japończycy się nie wstydzą

Kto jechał rankiem tokijskim metrem, ten nie ma wątpliwości, jak poprzedni wieczór spędzili siedzący lub stojący w tłoku współcześni sararimeni. Odór sake uderza od samego wejścia. Picie alkoholu w Japonii jest traktowane jako sposób na odprężenie. Ani rodzina, ani nikt z otoczenia nie widzi nic niestosownego w tym, że ktoś jest pod wpływem alkoholu. To raczej abstynencja traktowana jest jako fanaberia Zachodu. Choć należy też dodać, że nałogowe pijaństwo nie stanowi w Japonii problemu społecznego. Japończycy, na co dzień żyjący w ogromnym stresie i napięciu, szukają okazji do czerpania przyjemności z tego, co cielesne. Uważają oni rozkosze ciała za dobro, z którego należy korzystać, jednak w takim zakresie, by nie kolidowały z obowiązkami. Benedict nazwała te przyjemności kręgiem ludzkich namiętności, które są wyłączone z kręgów zobowiązań i ich odwzajemniania. Oprócz przyjemności moralnie neutralnych, jak jedzenie czy tradycyjna gorąca kąpiel (o-furo), znalazły się tam przyjemności seksualne. Słynne japońskie hotele miłości czy rozmaite seksualne akcesoria zyskały swego czasu rozgłos w zachodniej prasie. Wizyty żonatych mężczyzn w domach publicznych, które od dawna w Japonii były rejestrowane, nie stanowią problemu moralnego jak w pojęciu zachodnim i nie są traktowane jako zdrada małżeńska. To, co dziwi często obcokrajowców, to również brak wstydu w odniesieniu do nagości. Powściągliwi i nieśmiali w kontaktach z innymi mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni bez żadnego skrępowania korzystają z łaźni publicznych, które nawet jeśli nie są koedukacyjne, to oddzielenie części męskiej od damskiej bywa w nich symboliczne. Nie widziałam też nigdy cienia zażenowania na twarzy poważnych biznesmenów lub nastolatków, którzy w metrze czytali mangi z lolitkami jako głównymi bohaterkami. Nazwanie tych komiksów pornografią będzie eufemizmem.
Wstyd – powierzchowne zachowanie czy wewnętrzne prawo moralne

Japończycy poczuli się dotknięci książką Chryzantema i miecz. Według nich Benedict nie uchroniła się od błędu stronniczości i przyznała wyższość kulturze winy. W odbiorze człowieka Zachodu wstyd kojarzony jest jako powierzchowne uczucie, a to z góry stawia go na przegranej pozycji względem winy, która wynika z systemu wartości. Ciekawą polemikę z Benedict podjęła Takeo Doi – jedna z czołowych japońskich psychiatrów – w książce The Anatomy of Dependence. Przekonuje, że Japończykom również nieobce jest poczucie winy, jednak przeżywane jest ono zawsze w kontekście relacji międzyludzkich. Najwyraźniej można to zaobserwować w sytuacji, gdy Japończyk zdradza grupę, do której przynależy. Według Takeo pojawia się wówczas nie tylko wstyd jako uczucie związane z byciem przyłapanym na czymś, ale też głębokie, angażujące całego człowieka uczucie, wypływające z głębi – poczucie, że niepotrzebnie zrobiło się coś, co się zrobiło. Prowadzi to zazwyczaj do aktu skruchy. Dowodem na to jest mocno zakorzenione w japońskiej kulturze słowo sumanai – które literalnie znaczy „przepraszam”, jednak zawiera w sobie również prośbę o przebaczenie, zakłada dobrą wolę drugiej strony.

Struktura japońskiego poczucia winy wygląda więc następująco – od zdrady do aktu skruchy. Jako potwierdzenie takiego modelu autorka przytacza anegdotę, która przydarzyła się jej amerykańskiemu psychiatrze podróżującemu do Japonii. Wypełniając papiery imigracyjne, przeoczył jakąś rubrykę i został wezwany przez urzędnika biura imigracyjnego. Żadne tłumaczenia nie przynosiły skutku, strażnik był nieprzejednany. W końcu psychiatra powiedział słowo „przepraszam” i zamierzał wytoczyć kolejne argumenty, gdy tymczasem urzędnik zmienił ton i zwolnił go. Potraktował to jako sumanai, na które czekał. Takeo Doi wyśmiewa to, że odkąd Benedict nazwała ludzi Zachodu społeczeństwem kultury winy, są oni tak opieszali w przepraszaniu.
Wstyd, głupcze!

Współczesny zachodni świat traci poczucie wstydu. Wraz ze wzrastającym poczuciem niezależności, skupieniu się na sobie, na swoich potrzebach i zachciankach, dajemy sobie wmówić, że nie mamy czego się wstydzić. Jeśli miałoby się pojawić jakieś niepokojące uczucie zawstydzenia, to wystarczy stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie sto razy, że jesteśmy najlepsi, najmądrzejsi, najpiękniejsi i najszlachetniejsi. Jeśli czegoś jeszcze możemy się wstydzić, to tego, że coś zdołało nas zawstydzić.

Wspominam dziś z rozrzewnieniem swoją przygodę z Akane. Nadal mam przed oczami jej schyloną w geście przepraszania głowę. Tak sobie myślę, że wyszłoby nam na zdrowie, gdybyśmy dostali od Japończyków porządną lekcję wstydu. Wstydu publicznego i prywatnego. Żebyśmy tak wszyscy, po kolei, od samej góry aż po dół – jak tego japońska hierarchia wymaga – potrafili się ze wstydu zaczerwienić.

Awatar użytkownika
Rojiblanco
Laureat Złotej Piłki
Laureat Złotej Piłki
Posty: 11525
Rejestracja: 28 cze 2004, 15:17
Reputacja: 2275

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Rojiblanco » 27 sty 2014, 14:45

Interesujące. Skąd to?

Awatar użytkownika
franz
Ki(L)gore Trout
Posty: 3855
Rejestracja: 15 paź 2006, 16:58
Reputacja: 100
Lokalizacja: Miasto Kanibali

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 27 sty 2014, 14:59

ubek pisze:Interesujące. Skąd to?
Myślałem, że wpis:
franz pisze:Ciekawy artykuł o Japonii z periodyku "hipsterskich prawaków"
Wszystko wyjaśni.

Oto owy periodyk (i artykuł)... http://www.pismofronda.pl/japonczyk-sie-wstydzi

Nowa fronda - jak dla mnie za mocno "hipsterska" :wink: , a za mało intelektualna, bo wychowałem się na tej pierwszej z między innymi Smoczyńskim, Twardochem (tak tak obecny celebryta Ślązak, co "pierdoli Polskę" ma taką niechlubna przeszłość i liczne myślozbrodnie na koncie), a no i oczywiście tą z Terlikiem na czele raczej olewałem - za mocno kościelna kruchta :wink:

Choć nową Frondę w sumie też warto poczytać (zwłaszcza poprzednie wydanie z Leopoldem Tyrmandem i płonącą tęczą - prorocy jacyś czy co? :wink: ), zdarzają się tam perełki - ale jako żem stary erudyta/czytelnik mało mnie już zaskakuję :wink:

Tutaj też o Japonii (wstawiam bo kiedyś mocno interesowałem się jej historią i kulturą)
Polska – Japonia. Pogranicze

Japonia w dużej mierze stała się ofiarą własnego sukcesu

Mariusz Dąbrowski:ekspert ds. Japonii w Centrum Studiów Polska–Azja oraz członek Polsko-Japońskiego Komitetu Gospodarczego. Komentator wydarzeń dotyczących gospodarki japońskiej w wielu stacjach radiowych i telewizyjnych. Autor szkoleń dotyczących rynku japońskiego dla instytucji państwowych, jednostek samorządu terytorialnego i przedsiębiorstw prywatnych.

Marcin Herman: Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie ma bardziej odległych krajów i narodów niż polski i japoński. Geografia, doświadczenia historyczne, religia, poziom rozwoju gospodarczego, kultura. A jednak, jak wiedzą chyba wszyscy Polacy, Japończycy fascynują się arcypolską muzyką Fryderyka Chopina. Skąd ten fenomen?

Mariusz Dąbrowski: Japończycy zarazili się muzyką Chopina w drugiej połowie XIX wieku, gdy po latach izolacji ich kraj przechodził gwałtowne zmiany społeczno-ekonomiczne określane jako rewolucja Meiji. Ogólnie muzyka klasyczna zdobyła wówczas ogromną popularność i tak zostało do dzisiaj. Chopin jest postacią wyjątkową – będąc w Japonii, widziałem np. hotele czy sklepy, których nazwy pochodziły od nazwiska naszego słynnego kompozytora. Poza tym mam wrażenie, że edukacja muzyczna skierowana do przeciętnego Japończyka jest chyba na wyższym poziomie niż ta, którą mamy w Polsce. Na przykład moja japońska żona, jej siostra czy matka potrafią grać na fortepianie. I nie ma w tym nic niezwykłego.

Co z kultury polskiej poza Chopinem intryguje i przyciąga Japończyków?

– Niestety, gdy kilka lat temu Polski Ośrodek Informacji Turystycznej przeprowadził ankietę wśród Japończyków, to ponad 40% respondentów odpowiedziało, że nie ma żadnych skojarzeń z naszym krajem. Ogólnie mamy słabą promocję, bo np. w Japonii i całej Azji Wschodniej megapopularnym utworem fortepianowym – powiedziałbym nawet, że najpopularniejszym – jest „Modlitwa dziewicy” Tekli Bądarzewskiej-Baranowskiej. Niestety wielu Japończyków myśli, że jest to Rosjanka! Natomiast ci, co interesują się np. kinem, znają Kieślowskiego czy Wajdę. Ogólnie jednak Polska jest dość słabo rozpoznawalna na Wyspach Japońskich.

A jak z literaturą?

– Mój kolega kilka lat temu napisał obszerną pracę o stosunkach polsko-japońskich, w której zamieścił listę książek o tematyce polskiej opublikowanych w Japonii. Dotyczy to tłumaczeń polskich pisarzy, jak również dzieł japońskich autorów. W sumie wyszło mu ponad 1200 pozycji. Dla porównania lista książek o tematyce japońskiej opublikowanych w Polsce do 2004 roku zawierała prawie 1000 pozycji. Ogólnie nie zajmuję się kulturą czy sztuką, a bardziej gospodarką i polityką, więc moja ocena na tym polu mogłaby zafałszować rzeczywisty obraz kultury polskiej w japońskim obiegu.

Które kraje są popularniejsze niż Polska?

– Francja czy Włochy wydają znacznie większe środki na promocję. W zasadzie Paryż jest miastem marzeń wielu Japończyków. Wyidealizowany obraz ma jednak negatywne strony, bo łatwo jest się rozczarować i takie rozczarowanie określane jest w Japonii „syndromem paryskim”. Niektórzy Japończycy po powrocie ze stolicy Francji są w takim szoku, że muszą korzystać z porad psychologa. Polska jest na przeciwnym biegunie, bo w naszym przypadku najczęściej pojawia się pozytywne zaskoczenie. Jednakże nie ma się czym cieszyć, bo wynika to z niskich oczekiwań i słabej rozpoznawalności.

Mogę jeszcze dodać, że spotkałem się w kręgach potomków byłych samurajów z ludźmi, którzy słyszeli o polskiej husarii, ale jest to przypadek dość wyjątkowy.

Wiadomo, że jednym z miejsc, które łączyło Piłsudskiego i Dmowskiego, była Japonia.

– Myślę, że początek polsko-japońskich kontaktów politycznych można wyznaczyć właśnie na 1904 rok, kiedy to doszło do słynnego spotkania Piłsudskiego z Dmowskim w Tokio. Jako ciekawostkę mogę dodać, że Józefowi Piłsudskiemu towarzyszył wówczas James Douglas, którego wnuk – Jerzy Hardie-Douglas – jest obecnie… burmistrzem Szczecinka. Prowadziłem na początku października br. polsko-japońskie seminarium gospodarcze właśnie w Szczecinku, podczas którego burmistrz podkreślił, że chce kontynuować dzieło swojego dziadka. A jeśli chodzi o „japoński kierunek” w polskiej myśli niepodległościowej, to został on wyznaczony przez Rosję. Geopolityka wyznacza ten kierunek nadal, więc Polska i Japonia są naturalnymi sojusznikami.

Z Japonią kojarzony jest też jeszcze jeden wybitny Polak – św. Maksymilian Kolbe.

– Tak, św. Maksymilian Kolbe prowadził na początku lat 30. XX wieku działalność misyjną w Nagasaki. Ale bardziej pamiętany przez Japończyków jest o. Zenon Żebrowski, który przybył na Wyspy wraz z o. Kolbem. Zmarł w Tokio w 1982 roku. Bardzo szanowali go i pielęgnują pamięć o nim nie tylko japońscy chrześcijanie. Dużo pomógł ofiarom ataków atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. Za swoją działalność został odznaczony przez cesarza Orderem Świętego Skarbu IV Klasy. Powstał nawet o nim film animowany.

Skoro jesteśmy przy misjonarzach, jak wygląda tamtejsze chrześcijaństwo?

Chrześcijanie stanowią ok. 1% japońskiego społeczeństwa. Katolicy liczą mniej więcej pół miliona wiernych, podobnie jak protestanci. Generalnie religia nie ma większego wpływu na karierę danej osoby. Katolikiem jest np. obecny wicepremier i minister finansów Tarō Asō. Kilka lat temu premierem Japonii był baptysta Yukio Hatoyama. W Japonii ważniejsza jest narodowość czy przynależność do danej grupy społecznej niż sama religia, która pozostaje w sferze prywatności.

Japończycy mają bardzo elastyczne podejście do religii. Mniej więcej miesiąc po urodzeniu dziecko japońskie niesie się do chramu szintoistycznego, gdzie odbywa się specjalna ceremonia. Po latach, gdy Japończyk zawiera związek małżeński, to bardzo często ceremonia ślubna odbywa się w kościele albo budynku stylizowanym na kościół.

Stylizowanym na kościół?

– Tak. To jest bardzo modne. Japonki uwielbiają białe suknie z welonem. Poza tym śluby chrześcijańskie są zazwyczaj tańsze niż szintoistyczne. Pogrzeb odbywa się natomiast najczęściej według zasad buddyjskich. Czyli na przestrzeni całego życia Japończycy ocierają się o różne obrządki i nie dostrzegają w tym sprzeczności. Myślę, że ta elastyczność jest największą barierą dla misjonarzy chrześcijańskich, dlatego ewangelizację Japończyków można uznać za mission impossible.

polska-japonia2_fmtNa czym właściwie polega szintoizm?

– Szintoizm jest to religia najdłużej funkcjonująca w Japonii. Ma wiele wspólnego z wierzeniami dawnych Słowian, cechuje ją politeizm. Generalnie szintoizm opiera się na mitologii japońskiej. W pierwszej połowie XX wieku uczyniono z niej ideologiczny filar japońskiego militaryzmu, który został skutecznie rozbity przez Amerykanów w 1945 roku.

Czy więc Japonia jest krajem bardziej czy mniej europejskim niż inne kraje Dalekiego Wschodu, takie jak Chiny, Republika Korei, Wietnam itd.?

– Jeśli jako kryterium europejskości przyjmiemy indywidualizm, to Japonia według holenderskiego socjologa Geerta Hofstede’a jest najbardziej europejskim krajem z wyżej wymienionych. Można powiedzieć, że według naszych standardów jest to społeczeństwo kolektywistyczne, ale jak na Azję Wschodnią, dość indywidualistyczne. Poza tym w Japonii widoczne są bardzo duże wpływy amerykańskie.

Jaki jest stosunek Japończyków do Ameryki?

– Wydaje mi się, że młode pokolenie Japończyków ma pozytywny stosunek do Amerykanów. Natomiast różnie to bywa ze starszym pokoleniem. Na przykład moja teściowa unika kupowania amerykańskich produktów.

A jaki jest ich stosunek do Chin, do Rosji, do Europy?

– Japończycy mają pozytywne nastawienie do Europy. Rosję darzą sporą nieufnością, mam tu na myśli przede wszystkim stosunek do państwa, a nie jego obywateli. Natomiast w stosunku do Chin jest duża antypatia, odwzajemniana również przez Chińczyków. Tak jak to często bywa z sąsiadami.

Tak jak dla Polaków, choć z innych powodów, ważną cezurą w historii Japonii jest II wojna światowa zakończona amerykańskimi atakami atomowymi na Hiroszimę i Nagasaki. Wcześniej Japończycy dokonali jednak wielu zbrodni porównywalnych skalą z niemieckimi. Jakie miejsce zajmuje wojna w świadomości zbiorowej Japończyków?

– II wojnę światową można określić w Japonii jako temat tabu. Trzeba być ostrożnym podczas rozmów z Japończykami, aby nie wprawić ich w zakłopotanie. Jest też różnica między Niemcami a Japończykami. O ile Niemcy, z wyjątkiem może neonazistów, określają działania Hitlera negatywnie, o tyle Japończycy nie mają jednoznacznej oceny II wojny światowej. W opinii wielu z nich wojna była nieunikniona.

Czy Japonia w latach 30. i w czasie wojny była państwem totalitarnym, jak Niemcy czy ZSRS?

– Japonia w tamtych czasach rządzona była przez militarystów, którzy podporządkowali sobie całe społeczeństwo. Poza tym państwo mocno ingerowało w gospodarkę, czego np. pokłosiem jest obecnie mocno zmonopolizowany rynek energetyczny. Na pewno nie było to takie państwo jak ZSRS, ale znacznie bliżej było mu do Niemiec. Trzeba pamiętać, że konstytucja japońska czy wiele ustaw wzorowanych było na prawie z czasów pruskich. Mój japoński kolega, który studiował prawo, twierdzi, że kodeks postępowania administracyjnego zastał wręcz przetłumaczony z języka niemieckiego.

Czy mieli w ogóle szansę wygrać wojnę, czy porwali się z motyką na słońce?

– Japonia jest zbyt mała, aby kontrolować całą Azję Wschodnią i Południowo-Wschodnią. Ten plan na dłuższą metę nie mógł się powieść, tym bardziej że kontrola samych Chin jest nie lada wyzwaniem. Atak na USA musiał skończyć się tragicznie, bo Stany Zjednoczone miały ogromną przewagę nad gospodarką Japonii i tylko kwestią czasu było przestawienie tej machiny na militarne tory. W pewnym sensie można też mówić o niekorzystnym dla Japończyków zbiegu okoliczności. Niemieckie sukcesy na terenie Związku Sowieckiego sprawiły, że militaryści pod przywództwem Hideki Tōjō nabrali zbyt dużej pewności siebie. Przeliczyli się i już kilka tygodni po ataku na Pearl Harbor doszło do niemieckiej klęski pod Moskwą. Wiemy, co się później stało z państwami Osi.

Skąd się wziął powojenny „cud gospodarczy”?

– Kraj ten wydał wielu wspaniałych biznesmenów, takich jak Kōnosuke Matsushita, Akio Morita czy Sōichirō Honda. To przede wszystkim oni stali za japońskim „cudem gospodarczym”. Śp. Margaret Thatcher, która często odwiedzała Azję Wschodnią, uważała, że ekonomiczny sukces Japonii ma więcej wspólnego z samym kapitalizmem niż z państwowym interwencjonizmem. Aczkolwiek nie można pominąć także roli państwa, które potrafi prowadzić spójną politykę gospodarczą. To, czego często brakuje nam w Polsce. Ponadto Japonia była pod parasolem Stanów Zjednoczonych, więc nie musiała zbyt dużo wydawać na obronę i miała jednocześnie dostęp do dużego rynku zbytu.

Dlaczego więc „cud” się skończył?

– Japonia w dużej mierze stała się ofiarą własnego sukcesu. W niektórych sektorach gospodarki tak zdominowała świat, iż nie było realnej konkurencji. Pieniądze płynęły ogromnym strumieniem, głównie na tokijski rynek akcji i nieruchomości. Dokonywano wielu nieprzemyślanych przejęć podmiotów zagranicznych. Warto zaznaczyć, że po podpisanym w 1985 roku międzynarodowym porozumieniu walutowym w hotelu Plaza w Nowym Jorku doszło do ogromnej aprecjacji jena japońskiego. Nagle pojawiła się silna konkurencja ze strony Chin czy Korei Południowej i wszystko razem powaliło Japończyków na kolana. Być może w tym szaleństwie zabrakło trochę pokory.

Problemem Japonii jest też załamanie demograficzne.

– Myślę, że problemy demograficzne dotyczą głównie krajów, w których posiadanie dzieci przestało być inwestycją, a stało się w dużej mierze obciążeniem. Przede wszystkim dotyczy to krajów w miarę bogatych, gdzie nowy styl życia zaczął kolidować z tradycyjnym modelem rodziny. Ponadto dochodzi do tego fiskalizm państwowy, który najbardziej dotyka ludzi w wieku rozrodczym. Ten trend nie tylko dotyczy Japonii. Wkrótce inne kraje znajdą się w podobnym położeniu.

Ostatnio coraz częściej słychać opinie, że Japonia jednak znowu podnosi się gospodarczo, ma nawet ambicje odgrywać większą rolę w geopolityce, a to Chiny zaczną słabnąć.

– Na razie nie widać, aby Chiny słabły, ale rzeczywiście gospodarka japońska w ostatnich kwartałach wyraźnie przyspieszyła. A to oznacza, że Daleki Wschód coraz bardziej ucieka Europie. Poza tym premier Abe prowadzi bardzo aktywną politykę zagraniczną. Jeśli spojrzymy na mapę polityczną świata przez pryzmat szachownicy, to japońscy dyplomaci próbują szachować Państwo Środka. Innymi słowy, mamy bardzo ciekawą grę polityczną w tamtym rejonie świata.

Czy naszym najważniejszym partnerem na Dalekim Wschodzie powinna być Japonia, czy Chiny? A może to fałszywa alternatywa?

– Należy pamiętać, że w polityce najważniejsze są interesy. W związku z tym Polska powinna grać zarówno z Japonią, Chinami, jak i Koreą Południową. Ważna jest konkurencja i posiadanie alternatyw, ale trzeba robić to umiejętnie, mając na uwadze napięte stosunki między tymi państwami.

Co Polska ma w ogóle do ugrania w stosunkach z Japonią?

– Przede wszystkim powinny łączyć nas interesy gospodarcze. Obecnie w naszym kraju funkcjonuje prawie 270 przedsiębiorstw z kapitałem japońskim, które utworzyły około 40 tys. miejsc pracy. Japończycy mają know-how i co ważne, są inwestorami nastawionymi na rozwój, a nie krótkoterminowe zyski. Z drugiej strony Japonia jest największym importerem żywności netto na świecie, a Polska ma ogromny potencjał na rynku rolno-spożywczym. Zatem powinniśmy być jak dwa przyciągające się bieguny
.

Awatar użytkownika
bagg
Bianconero
Posty: 4725
Rejestracja: 19 sty 2005, 19:08
Reputacja: 43

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: bagg » 27 sty 2014, 18:18

franz, w okresie fascynacji historia i literatura japonii czytales jakies ksiazki godne polecenia?

ODPOWIEDZ

Wróć do „Kultura, polityka, wydarzenia”