
Post Wyświetl pojedynczy post autor: petru » 08 cze 2014, 14:03
petru
Post Wyświetl pojedynczy post autor: League » 14 cze 2014, 12:30
http://ndie.pl/niemiecki-ratownik-medyc ... ko-umiera/Stefan Bauer pracował przez rok jako ratownik medyczny dla czerwonego półksiężyca w Arabii Saudyjskiej. Dziś w wywiadzie opowiada wiele przerażających historii.
Spiegel Online: Panie Bauer, lekarze pogotowia i ratownicy medyczni są zazwyczaj przyzwyczajeni do krwawych scen i ludzkiego cierpienia. Pan pracował przez rok jako sanitariusz w Rijadzie, na koniec nie mógł pan spać. Co się tam działo?
Bauer*: Po pierwsze przez ten rok widziałem około 250 zgonów na drodze. W niemieckim ratownictwie nie osiąga się takiego wyniku przez cale życie zawodowe.
SO: Dlaczego tam jest inaczej?
B: Ludzie lekceważą przepisy drogowe. Do tego wielkie auta są często jedynym hobby młodych mężczyzn. Nie ma kin i barów albo koncertów, z dziewczynami tez tak naprawdę nie można się spotkać. Jedyne co pozostaje to Ring Road, autostrada okrążająca miasto. Tam jadą ci ludzie driftować i w końcu ktoś się przelicza. Wtedy leży 5-6 trupów na drodze. W weekend było oczywiste, ze całą noc trzeba do okropnych wypadków jeździć.
Stafan Bauer w 2011 roku jako doświadczony ratownik wziął udział w rekrutacji do pracy w czerwonym półksiężycu w Rijadzie. To co ten Niemiec dziś opowiada pokazuje stosunki na drogach Arabii Saudyjskiej z ekstremalnie innej perspektywy. Według WHO prawie 7000 osób ginie tam na drogach. Nieoficjalnie ta liczba jest jeszcze wyższa.
SO: Niedawno na czołówkach gazet pojawił się wypadek z Rijadu. Studentka zmarła na atak serca. Przez kilka godzin zespól ratowniczy nie został do niej dopuszczony, ponieważ nie była cala zakryta. Przeżył Pan coś podobnego?
B: To jest codzienność. Przytoczę pewien przykład. Jest wezwanie do szkoły żeńskiej, ponieważ uczennica się połamała i leży nieprzytomna. Przed wejściem stoi strażnik zabrania wejść, ponieważ żaden mężczyzna nie może przekroczyć progu tej szkoły. Trzeba wzywać policje i następnie pól godziny dyskutować. Dopóki ktoś dziewczyny nie wyniesie. Dopiero wtedy można się nią zająć.
SO: Przeżył pan przypadki kiedy taka sytuacja doprowadziła do czyjejś śmierci?
B: Raz zostaliśmy wezwani do porodu. Zazwyczaj ocenia się, czy trzeba odebrać poród na miejscu, czy można zabrać kobietę do szpitala. Wyjaśniłem to przez mojego tłumacza mężowi trzy razy, aż powiedział „Okej, Możesz zajrzeć pod Abaya (tradycyjna ciemna szata). Tam zobaczyłem, ze główka dziecka naciska na pępowinę, co zagraża życiu niemowlaka. Zazwyczaj w takiej sytuacji wsuwa się głowę dziecka z powrotem żeby poluzować pępowinę. Objaśniliśmy to temu człowiekowi ale on stwierdził: Nie, mogłeś zajrzeć ale nie dotykać.
SO: Nie chciał żeby uratować jego dziecko?
B: Powiedzieliśmy mu: Słuchaj! Twoje dziecko zaraz umrze, jeśli nic nie zrobimy. To było mu obojętne. Mogliśmy jedynie wziąć kobietę do auta i zawieźć do szpitala. Tam stwierdzono, ze dziecko jest martwe. Reakcja męża była następująca: To nie jest nic strasznego, możemy spłodzić kolejne. To jest taka sytuacja, w której człowiek nie wie co powinien odpowiedzieć.
Podobne doświadczenia miał Frank Scharf, który sam przez 5 lat jako sanitariusz pracował w Rijadzie. „To jest codzienność tam na dole” powiedział. „Jeśli się przyjeżdża do wypadku, w którym kobieta została ciężko ranna a mąż mówi: nie ruszać!, trzeba patrzyć jak umiera.” Scharf potwierdza cala relacje Bauera, tez tą część o zmarłym noworodku. On sam miał 10-12 takich akcji.
Nie ma oficjalnych statystyk jak często dochodzi do takich wypadków. Jürgen Hofmann, niemiecki chirurg i lekarz pogotowia w Rijadzie, twierdzi, ze jeszcze nigdy nie przeżył pacjent, gdy członek rodziny albo funkcjonariusz bezpieczeństwa przeszkadzał mu w wykonywaniu jego pracy. Jednak Rothna Begum z organizacji pomocowej Human Rights Watch (HRW) twierdzi, ze „to temat rzeka” i wskazuje na wcześniejszy przypadek, który zajął w 2002 roku czołówki gazet. Wtedy islamska policja obyczajowa w mekce nie pozwoliła uczennicy opuścić płonącego budynku szkoły, ponieważ nie miały na sobie żadnej zasłony twarzy ani długiego okrycia. 15 z nich zmarło.
SO: Jak na Pana oddziaływały sytuacje, w których nie mógł pan pomóc?
B: Strasznie mnie to obciążało. Zauważyłem, ze staje się coraz głośniejszy, np. wobec krewnych. Ale trzeba było zaakceptować, że na przykład pacjent najpierw musi zostać ubrany, zanim będzie go można zawieźć do szpitala. Zawsze przychodziła rodzina i szykowała kobietę, Abaya, chusta na głowę… i tak mijało do 15-stu minut, też wtedy kiedy o życie lub śmierć chodziło. Raz pojechaliśmy do prywatnego domu, ojciec nas wezwał ponieważ jego 14-sto letnia córka, diabetyczna, była nieprzytomna. Przyjechaliśmy, ojciec otwiera drzwi i patrzy zdziwiony, gdzie jest pielęgniarka.
SO: Chciał żeby jego córce kobieta pomogła.
B: Tylko, że w Arabii Saudyjskiej jest niedopuszczalne, żeby pielęgniarka pracowała na zewnątrz. To mu wyjaśniliśmy. I wtedy powiedział, ze nie może nas wpuścić. Wiec po dłuższej dyskusji i podpisaniu oświadczenia odjechaliśmy. Później stałem ze znajomymi przed klinika, kiedy SUV sforsował wjazd. To był ten ojciec i niósł swoje dziecko do izby przyjęć. Dziewczyna zmarła.
SO: Czy wiedział Pan na co się pisze lecąc pracować do Arabii Saudyjskiej? Co Pan oczekiwał?
B: Nie wiedziałem, że aż tak radykalnie będzie. Nie żałuję, że podjąłem się tej pracy, ale z wiedzą, która mam dzisiaj nigdy bym tam nie poleciał. Do tego należy tez świadomość tego jak się tam z zagranicznymi pracownikami obchodzi.
SO: Co Pan widział?
B: Na przykład place budowy, na których pracownicy z Bangladeszu żyli. W najgorszych warunkach, do 30-stu mężczyzn w pewnym typie kontenerach. Często było tak, że człowiek natychmiast rano wezwanie dostawał: nieprzytomna osoba w strefie przemysłowej. Wtedy było jasne, ze ktoś tam przez noc zmarł, albo jest wygłodzony lub odwodniony. Często jeździłem tez do wezwań, kiedy jakiś Filipińczyk wyskoczył z okna.
Około 8 milionów imigrantów jest według raportu międzynarodowego stowarzyszenia związków zawodowych ITUC legalnie zatrudnionych w Arabii Saudyjskiej. Prawie co trzecia osoba jest w tym kraju obcokrajowcem. Co chwile pojawiają się raporty o podłych warunkach, w których żyją pracownicy. Do tego zalicza raport ITUC „ekstremalne przypadki używania przemocy, zastraszanie i odbieranie wolności oraz groźby.”, do tego wielu imigrantów jest zmuszanych harować od wczesnych godziny porannych do późna.
Podstawą jest tak zwany system Kafala, w którym każdy pracownik zagraniczny ma jakiegoś poręczyciela („pana”-przyp. Tlum.), zasadniczo pracodawcę. „Jak tylko Ci ludzie dotrą do kraju, są mu dostarczani” „Bez zezwolenia pracodawcy nie mogą zmienić pracy ani opuścić kraju.” Szczególnie krytyczna jest sytuacja około 1,5 miliona kobiet, które pracują jako pomoc domowa i zazwyczaj pochodzą z Filipin, Indonezji albo Sri Lanki. O „faktycznym niewolnictwie” mówi jedna z filipińskich komisji parlamentarnych zajmująca się sytuacja pracowników za granicą.
SO: Co to były za kobiety?
B: Zazwyczaj pomoc domowa, które zostały zwerbowane za granicą. Kiedy przyjechały do Arabii Saudyjskiej zostały im odebrane paszporty. Jeśli miały szczęście, trafiły do pracodawcy, który im płaci tak jak było umówione. Jeśli pecha, żąda pan domu usług dodatkowych.
SO: To znaczy?
B: Wiele kobiet z zagranicy, które jako nianie pracują jest przez pana domu lub jego synów gwałcone. Raz wiozłem dziewczynę z Etiopii, która z powodu bólu prawie nie mogla chodzić. W klinice nakreśliłem sytuacje jednej lekarce, która powiedziała: to okropne ale nie możemy nic zrobić. Jeśli teraz zadzwonimy na policje to ta kobieta pójdzie do więzienia.
Nie istnieją konkretne statystyki o tym ile pomocnic domowych w Arabii Saudyjskiej jest maltretowanych albo gwałconych. W raporcie HRW z roku 2008, 28 z 86 zapytanych kobiet potwierdziło molestowanie seksualne. „Zazwyczaj pracodawca albo jego męscy krewni są sprawcami”, Piszą autorzy. Żeby pójść na policje w Arabii Saudyjskiej nie odważy się prawie żadna ofiara. Kto zgłasza gwałt jest według miejscowego prawa automatycznie winny seksu poza małżeńskiego, ciężkiego przestępstwa. Jedynie ten kto udowodni, ze rzeczywiście doszło do gwałtu uniknie kary. „A to jest niewyobrażalnie trudne” mówi Begum.
SO: Co się dzieje jeżeli, któraś z tych kobiet zajdzie w ciąże?
B: Do szpitala nie może się w żadnym razie udać. Tam grozi jej aresztowanie. Rodzi zazwyczaj w domu dziecko, które jest zazwyczaj porzucane.
SO: Zazwyczaj?
B: Miałem takie wezwania raz w tygodniu. Hasło wezwania: „abandonem baby”. Jeśli wszystko dobrze przebiega, niemowlę zostało krótko przed czasem modlitwy zostawione przed meczetem. Gdy jest martwe jest już za późno. Całkiem dużo z tych niemowląt ma azjatyckie rysy twarzy. Po moim pierwszym wezwaniu tego typu, mianowicie martwe dziecko przed meczetem, które wtedy jednak jeszcze żyło, zapytałem się w szpitalu jednej z pielęgniarek jak często to się zdarza. Wtedy wyciągnęła na stół cały notes z takimi wezwaniami tylko z ostatniego półrocza. A to był tylko jeden z wielu szpitali w Rijadzie.
Były ratownik medyczne Frank Scharf mówi też o przeraźliwie wysokiej liczbie porzuconych lub martwych niemowląt. „Z wspaniałą regularnością” wynoszą potajemnie zgwałcone nianie swoje dzieci. Wiele z nich zostało po urodzeniu zgodnie ze sztuką odcięte i oczyszczone. „Tylko na leżące w okolicy wysypisko byłem regularnie co dwa tygodnie wzywany, tylko po to żeby potwierdzić: Tak, to dziecko jest martwe.”
Czerwony półksiężyc w Arabii Saudyjskiej nie zajął w tej sprawie stanowiska. Wiele zapytań do redakcji SPIEGEL-ONLINE pozostało bez odpowiedzi ze strony tej organizacji.
SO: Kiedy Pan postanowił porzucić tę pracę?
B: Po pół roku przyjechałem do Niemiec na święta, wtedy już było mi ciężko wracać. W marcu 2012 ostatecznie postanowiłem opuścić Arabie Saudyjska i nie przedłużać mojej umowy. Wróciłem do Niemiec bez pracy.
SO: Jak postrzega Pan ten kraj po swoich doświadczeniach?
B: Wie Pan, oczywiście tam są fundamentaliści. Jednak miałem w Rijadzie wielu młodych kolegów, Saudyjczyków, którzy rozumieli, ze w ich kraju wiele rzeczy źle funkcjonuje. Tylko, ze nie mogli nic zmienić, ponieważ mogliby zostać aresztowani gdyby przeciwko temu wystąpili.
SO: Co myśleli Pańscy koledzy np. o porodzie, podczas którego nie mógł Pan pomoc?
B: Kilku się wzruszyło. Ci uważają, ze religia i medycyna to dwie zupełnie różne rzeczy. Byli jednak tez tacy, którzy stwierdzili: To dziecko zmarłoby i tak, nawet jeśli by się jego główkę wcisnęło z powrotem. Ponieważ to była wola Allaha.
*nazwisko zostało zmienione
Źródło: Spiegel.de
League
Post Wyświetl pojedynczy post autor: League » 24 cze 2014, 14:06
http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,1385 ... tml#TRwknd"Widziałem zezwierzęcenie szefów funduszu, który zarządza miliardami dolarów w Europie i Azji. Byłem zszokowany tym, jak ci chłopcy potrafią imprezować. Goście non stop wąchają koks, rano podłączają się do kroplówki, stają na nogi, idą pracować, a po pracy znowu wąchają".
Skończyłeś właśnie serial „Ciemna strona miasta” dla Polsat Play. Robiąc go, wszedłeś z kamerą do przestępczego świata Warszawy. Rozmawiałeś z dilerami, prostytutkami, mordercami... Jaki jest typowy polski morderca?
- Nie ma dwóch takich samych przypadków. Starając się otworzyć ludzi, nigdy ich nie potępiam, ani nie oceniam. Wiem, że każdy z nich, gdzieś głęboko, bardzo chce mi o sobie opowiedzieć. Bo w ten sposób może oddać część swojego bólu, doświadczenia, wyrzucić na zewnątrz kawałek ścierwa, licząc na oczyszczenie.
Prostytutki też to robią?
- Rozmowy z luksusowymi prostytutkami były dla mnie chyba najbardziej porażającym przeżyciem przy pracy nad serialem. Walnęło mnie to bardziej niż rozmowy z bandziorami. Miałem świadomość brudu życia, nigdy jednak nie usłyszałem o tym z ust młodej, ślicznej dziewczyny, która byłaby tak totalnie cyniczna, zepsuta, wyzuta ze złudzeń. Rozmawiałem z dziewczynami w wieku 20 lat, które miały psychikę 60-letniej ku*wy z „Pigalaka”. Były nastawione wyłącznie na kasę. Klasyfikowały faceta na podstawie zegarka, leasingowej rejestracji samochodu czy zdjęć mieszkania na Facebooku. Wchodząc w ich psychikę, doszedłem do wniosku, że albo ja żyję w Matriksie, albo one. Przygnębiło mnie, gdy uzmysłowiłem sobie, że nie umiem sobie wyobrazić, że te młode dziewczyny kiedykolwiek się zmienią. Założą rodzinę, przejdą przemianę duchową, będą miały jakieś ideały. Są tak zdegenerowane, że w ich przypadku nie widzę opcji na happy end.
Jak one żyją?
- Unicestwiają się każdego dnia. Potrafią na imprezie rżnąć się z całą drużyną piłkarską, która po seksie pakuje im kokainę do pochwy, a potem kręci to komórką i potem je szantażuje, żeby rżnęły się za darmo. Oczywiście te prostytutki twierdziły, że nie robią nic wyjątkowego, bo większość dziewczyn przychodzących do lanserskich klubów ma takie samo podejście do facetów jak one. Każda z nich marzy o znalezieniu bogatego frajera, który będzie im dawał kasę na ciuchy, operacje plastyczne i używki. Czują ogromne ciśnienie, by osiągnąć sukces. Jak wielu młodych ludzi, chcą zarobić jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Ale nie potrafią zarządzać forsą. Bo choć zarabiają po 3 tysiące złotych za noc, na koniec miesiąca są tak spłukane, że dzwonią do koleżanki z płaczem i błagają, żeby im pożyczyła 2 tysiące na opłatę za wynajmowane mieszkanie. Mogłyby inwestować pieniądze w legalny biznes, ale przepuszczają je na kokainę, ciuchy i imprezy, bezsensownie konsumując wszystko, co zarobią.
Kim są ich klienci?
- To muzycy, aktorzy, biznesmeni, politycy, dziennikarze, sportowcy. Tych ostatnich jest całkiem sporo. Nawet takich znanych na świecie.
Oni też są klientami dilerów?
- Kupują towar dla siebie albo dla dziewczyn, które są po kokainie bardziej energiczne w seksie. Są ekskluzywni dilerzy, którzy dla bezpieczeństwa obsługują jedynie 40 klientów - mają tylko biznesmenów, celebrytów, osoby z pierwszych stron gazet. Poznałem te nazwiska i zdziwiłabyś się, gdybym ci powiedział, kto to jest. Nie wiedziałem, jak wielka jest skala tego zjawiska. Jedna z dziewczyn powiedziała mi, że w lanserskich klubach na 100 osób wciąga 90, bo 10 to obsługa. A samotną dziewczynę najlepiej od razu pytać: drinka czy hajs?
Widziałem zezwierzęcenie szefów funduszu, który zarządza miliardami dolarów w Europie i Azji. Byłem zszokowany tym, jak ci chłopcy potrafią imprezować. Goście non stop wąchają koks, rano podłączają się do kroplówki, stają na nogi, idą pracować, a po pracy znowu wąchają.
Co cię jeszcze zszokowało?
- Przed nakręceniem „Ciemnej strony miasta” nie spodziewałem się, że samochody w Polsce ciągle są kradzione w tak dużych ilościach. Myślałem, że to się dawno skończyło. Zaskoczyła mnie także skala produkcji narkotyków w naszym kraju. Amfetamina produkowana jest u nas wręcz przemysłowo, świetnie się też mają gigantyczne plantacje marihuany, którymi - co ciekawe - zajmują się w Polsce głównie obywatele Wietnamu.
Polscy przestępcy są bogaci?
- Złodziejowi samochodowemu, jeśli jest dobry, wiedzie się rewelacyjnie. Wyciąga miesięcznie nawet 100 tys. zł. Stać go na okazałą willę, luksusowe samochody dla wszystkich członków rodziny i wystawne życie.
Ale w porównaniu z handlującymi bronią czy narkotykami złodzieje samochodów są płotkami?
- Im poważniejszy przestępca, tym większa świadomość ryzyka. Konkretni bandyci doskonale wiedzą, że któregoś dnia zapuka do nich policja, więc ukrywają majątki. Nie tylko nie mają nic na siebie, ale coraz częściej nie zapisują niczego na żony czy innych członków rodziny. W takim przypadku trudno jest oszacować ich rzeczywistą sytuację materialną. W każdym razie, nie mają problemu, by w ciągu dnia skołować kasę na gigantyczną kaucję...
Razem z ekipą filmową wchodziłeś do miejsc niedostępnych wcześniej dla kamer telewizyjnych. Miałeś na sobie kamizelkę kuloodporną?
- W przypadku akcji, w której zatrzymywany jest szczególnie niebezpieczny przestępca, który ma broń, „osoba przybrana”, taka jak ja, porusza się w kamizelce kuloodpornej, a czasami nawet w hełmie. Bezpieczeństwo jest priorytetem, więc w trakcie wywalania drzwi do mieszkania trzeba się trzymać za jednostką antyterrorystyczną. Po pierwsze, żeby nie przeszkadzać profesjonalistom, po drugie, żeby nie pchać się na linię ognia i nie ryzykować własnym życiem, bo to amatorstwo.
„Osoba przybrana”, czyli kto?
- Dziś znacznie trudniej realizuje się dokument policyjny niż w czasach „Prawdziwych psów”. Żeby brać udział w autentycznych akcjach policyjnych, trzeba uzyskać status „osoby przybranej”. Taka osoba, choć nie ma statusu funkcjonariusza policji ani broni, na własne ryzyko może towarzyszyć policjantom w ich działaniach.
Czym jeszcze różni się praca dzisiejszej policji od tej, z którą pracowałeś 10 lat temu, robiąc „Prawdziwe psy”?
- Zmieniły się też przepisy dotyczące dostępu do informacji niejawnych. Dlatego w ważniejszych wydziałach w komendach są na korytarzach zamontowane kamery. Kiedy współpracowałem z wydziałem zabójstw komendy stołecznej, gdy rozpracowywali takie sprawy jak śmierć Michałka utopionego w Wiśle, Kredyt Bank czy zabójstwo Jacka Dębskiego, istniało ciche przyzwolenie sądów i prokuratur na ostre przesłuchania. Wychodzono z założenia, że radykalne środki są uzasadnione w sytuacji, gdy mamy do czynienia z bandytami, dokonującymi najbardziej drastycznych przestępstw. W tamtych latach liczyła się przede wszystkim skuteczność. Dziś liczą się skuteczność i przepisy.
Wyposażenie policji też się pewnie mocno zmieniło?
- Warszawscy policjanci są dziś świetnie uzbrojeni i wyposażeni. Komendant stołeczny policji umożliwił jednostce bojowej zamontowanie na ich uniformach kamer, które rejestrują wszystkie działania funkcjonariuszy podczas takiego szturmu. Jest plan, by w przyszłości obraz z tych kamer transmitowany był w czasie rzeczywistym do kwatery dowództwa, co pozwoli obserwować akcję na żywo. To pozwoli policji uniknąć zmyślonych pozwów o przekroczenie uprawnień. Często się bowiem zdarza, że przestępcy, grając na czas, pozywają funkcjonariuszy i wymyślają, jak to zostali poturbowani. Zarejestrowanie akcji kamerą weryfikuje, czy miało miejsce nadużycie, czy nie.
Policjanci wciąż tyle piją?
- Kiedyś w policji nie istniały wentyle bezpieczeństwa. Nie było siłowni, gdzie policjant mógłby się zresetować. Psycholog też był niemile widziany - policjanci się wstydzili, bo zaraz by zaczęto mówić, że ktoś jest niestabilny emocjonalnie i nie nadaje się do roboty. Dlatego najprostszym narzędziem zmycia stresu był alkohol. Dzisiejsza policja jest inna. Nie spotkałem się z tym, by ktokolwiek pił w pracy.
A mentalność policjantów się zmieniła?
- Nadal dzielą się na tych, którzy siedzą za biurkiem, i tych, którzy pracują „na ulicy”. I jedni, i drudzy są profesjonalistami w swoim obszarze działań. Spotykam wielu świetnie wykształconych policjantów, którzy nie zamykają się na otaczającą ich rzeczywistość i nie postrzegają wszystkiego przez pryzmat „swojego ogródka”. Czas policyjnych patologii z początku lat 90. jest już dawno za nami. Problemy policji z początku lat 90. miały miejsce w dużej mierze dlatego, że wyrzucono dawnych funkcjonariuszy milicji. Starzy policjanci opowiadali mi, że dawniej, kiedy zaczynali pracę, na jednego młodego przypadało siedmiu starych, którzy go uczyli fachu. Gdy zwolniono większość funkcjonariuszy milicji, na jednego starego zaczęło przypadać siedmiu młodych. Między innymi to doprowadziło do eskalacji przestępczości w latach 90. Bo żeby być dobrym w operacyjnej robocie, trzeba spędzić na ulicy kilka dobrych lat. I policja potrzebowała tych lat na wykształcenie nowej kadry fachowców. Dziś spotykam drugą i trzecią generację „operacyjniaków” z krwi i kości. Miło jest popatrzeć na młodych policjantów, którzy są na początku służby i nie są już w żaden sposób obarczeni poprzednim systemem. Kiedy się z nimi spotykam, pijemy kawę, a nie alkohol. Kiedyś to byłoby nie do pomyślenia (śmiech). A dziś są przepisy, papierologia i ISO...
Najwyraźniej nie chcesz podpaść policji, z którą współpracujesz. Nie wyciągnę od ciebie nic, co by ją obciążało.
- Wiesz, ja mam dużo szacunku do polskich policjantów. Ich praca dotyka rzeczy ostatecznych w naszym życiu. I to nie jest z mojej strony żadna propaganda. W ostatnich latach nasza policja naprawdę bardzo się zmieniła. Pod wieloma względami prezentuje najwyższy poziom. Na przykład antyterroryści z Wydziału Realizacyjnego KSP wyprzedzają profesjonalizmem podobne jednostki z wielu krajów, czego dowodem są ich wyniki na branżowych zjazdach. Widziałem ich w akcji, jak ze śmigłowca zdejmowali na środku autostrady gang złodziei w skradzionych samochodach pomiędzy setkami postronnych ludzi. Wyglądało to jak scena z amerykańskiego filmu. Mistrzostwo świata. Te chłopaki mają znakomitą zaprawę w boju, w ostatnim roku mieli ponad 400 realizacji, co mówi samo za siebie. Polskie „prawdziwe psy” są dziś naprawdę bardzo zdeterminowane. Z otwartymi głowami. Z poczuciem humoru. Bardziej umocowane w realnym świecie.
Najbardziej niebezpieczna akcja, w jakiej brałeś udział?
- Działania policji sprowadzają się do tego, bo ograniczać niebezpieczeństwo. Jednostka bojowa ma zadanie zatrzymać bandytę, zanim przyjdzie mu do głowy, żeby sięgnąć po broń. Zazwyczaj w ciągu 3-5 sekund od wywalenia drzwi pacyfikują całe mieszkanie. To jest jeden wielki huk, krzyk, adrenalina, pacyfikacja. Praktycznie nie zdarza się, by przestępca wyszedł podczas takiego szturmu choćby centymetr za łóżko. Każda akcja, gdzie jest wysyłana jednostka bojowa z Wydziału Realizacyjnego, wiąże się oczywiście z ryzykiem. Bo nie wszystko można zaplanować, przewidzieć. Raz spotkaliśmy się z sytuacją, gdy handlarz kokainy zamontował sobie absurdalnie szerokie, nienaturalnie wzmocnione, stalowe drzwi, które miały ponad 15 cm grubości. Nie można było ich wyważyć taranem ani łomami, więc policjanci strzelali do nich bez przerwy przez dobre 5 minut. Padło kilkadziesiąt strzałów ze strzelby gładkolufowej. Jedna z łusek po pocisku, wciąż rozgrzana, wpadła mi w kaptur. To obrazuje, że realizując „Ciemną stronę miasta”, rzeczywiście byłem blisko z kamerą.
A najbardziej wstrząsająca?
- Jest wiele sytuacji, które rozwalają człowieka na kawałki. Kiedyś byłem u kobiety, której mąż wziął dwójkę dzieci i spalił się z nimi w samochodzie. Zaprowadziła mnie do pokoju, gdzie nadal miała ich mleczaki, zdjęcia USG, zabawki. Płakaliśmy wszyscy. Operator, dźwiękowiec, ja. Po trzech minutach od wejścia do tego pokoju byliśmy po prostu rozwaleni.
Coś jeszcze tobą tak wstrząsnęło?
- Niedawno zajmowałem się sprawą, gdzie mąż wynajął dwójkę morderców, by udusili żonę pod jego nieobecność. Klasyczne zabójstwo na zlecenie. Wcześniej, przez kilkanaście lat, ten facet znęcał się nad żoną. Wsypywał jej sól do pochwy, zatruwał pastę do zębów środkiem żrącym do czyszczenia sedesu. A wszystko działo się na fajnym osiedlu na warszawskim Ursynowie. Ta kobieta latami szukała pomocy w różnych instytucjach i nigdzie jej nie dostała. Gdyby ją otrzymała, potworna historia skończyłaby inaczej. Myślę, że wszystko, co oglądamy, zostawia w nas ślad. W Google'u w ostatnich latach zatrudniano osoby, które miały za zadanie wynajdywać strony z zabójstwami, pedofilią i wszelkiego rodzaju okropieństwami, by je blokować. Po roku pracy ci ludzie lądowali u psychiatry. Takie doświadczenia zostawiają nieodwracalne blizny na psychice.
Ty też masz takie blizny?
- Oczywiście. Nie da się być biernym obserwatorem takich zdarzeń. Te wszystkie historie mnie kształtują, zostawiając we mnie swoje piętno. Nietzsche uważał, że ”jeśli spoglądasz w otchłań, ona spogląda również w ciebie”. Widziałem w życiu kilka rzeczy, których nie chciałem zobaczyć. Zostaną mi w głowie na zawsze. Gdybym mógł wybrać ponownie, wolałbym ich nigdy nie widzieć.
Jakie to rzeczy?
- Na przykład nigdzie nieopublikowany materiał, który mój znajomy reżyser dokumentalista przywiózł z Czeczenii. Czeczeńcy złapali kilku rosyjskich żołnierzy i pokazali mu, jak się podrzyna gardła bagnetami. Śmierć młodego żołnierza dźganego kilkanaście razy bagnetem trwała ponad trzy minuty, w trakcie których płakał, błagał o litość. Czeczeńcy zarzynali go powoli jak świniaka i robili to z tak potworną beznamiętnością, jak gdyby była to czynność typu podlewanie kwiatków. Nie widziałem czegoś podobnego w żadnym filmie. Żadna scena zabójstwa nawet się nie zbliżyła do takiego ukazania śmierci.
To po co to oglądałeś?
- Sam nikogo nie zabiłem. Obejrzałem to, żeby zobaczyć świadome przeżywanie śmierci przez mordercę i ofiarę. Myślę, że kiedyś na podstawie tego nakręcę scenę w filmie. W młodości chciałem wszystkiego próbować na własnej skórze. Gdy miałem 24 lata, przeżyłem strzelaninę w Radomiu. Biegłem bez kamizelki kuloodpornej, pomiędzy policjantami strzelającymi się z uciekającym gangsterem, który ściągał haracze. Pamiętam, że nie czułem wówczas strachu, tylko ekscytację. Patrzyłem na siebie gdzieś z boku i byłem zachwycony, że doświadczam sytuacji niedostępnej dla większości ludzi.
Masz dziś mniejszą odporność?
- Przed laty niewiele rzeczy mnie ruszało. Robiłem materiały z pedofilami, w środku nocy jechałem z matką zamordowanego dziecka na miejsce zbrodni i kręciłem wywiad, po którym ona lądowała w zakładzie psychiatrycznym. Myślałem, że jestem odporny na tego typu emocje. Teraz, gdy sam mam dziecko, jestem na podobne sytuacje wyczulony. Gdy wchodzę do domu, gdzie facet ma przyklejony pod łóżeczkiem dziecka odbezpieczony pistolet, a w zabawkach malucha poukrywane narkotyki czy wreszcie na koniec próbuje w pieluszce dziecka idącego z babcią na spacer ukryć pieniądze, to kompletnie mnie to rozwala. Okazuje się, że pokój pomalowany w chmurki i postaci z kreskówek nie jest zwykłym pokojem, a matka dziecka zdawała sobie sprawę, czym się zajmuje jej partner. To mnie przygnębia, bo doskonale rozumiem tych przestępców, gdyż sam miałem awanturniczą przeszłość i kilka razy mogłem skończyć w więzieniu.
Zmieniłeś się?
- Rodzina równoważy mężczyznę. Nie poszukuję w życiu adrenaliny. Przestałem nawet jeździć sportowymi samochodami. Chyba przeżyłem już wystarczająco dużo intensywnych rzeczy jak na swój wiek.
Może ta adrenalina nie jest już tak świeża, ale chyba wciąż ją czujesz?
- Różnica polega na tym, że już jej nie szukam. To, co mnie teraz fascynuje, to wędrówka w głąb człowieka i tajemnica życia, która się w nim kryje. Posługując się przykładem z „Ciemnej strony miasta”, bardziej mnie kręci rozmowa z mordercą niż kręcenie pościgu ze strzelaniną (śmiech). Rozmawiając z najgorszym zwyrodnialcem, próbuję go zrozumieć i odnaleźć w nim jasną stronę. Bo nikt nie jest do końca dobry ani zły.
Przeżyłeś tsunami w Tajlandii, wojnę domową w Kenii, awarię samolotu, uliczną strzelaninę w Radomiu, o której wspomniałeś. Nie przyciągasz też już katastrof?
- Zmieniłem całkowicie swoje życie. Dom, pracę, kobietę, zdrowie, duchowość, ciało. Teraz jestem po jasnej stronie mocy i przyciągam dobre rzeczy. Ale to temat na zupełnie inną rozmowę...
Patryk Vega. Reżyser, scenarzysta i producent filmowy. Ostatnio zrobił serial dokumentalny pt. „Ciemna strona miasta” dla Polsat Play, a jesienią do kin wchodzi jego nowy film „Służby specjalne”, w którym zagrają m.in. Olga Bołądź, Andrzej Grabowski, Jan Frycz, Eryk Lubos, Agata Kulesza i Kamilla Baar. Patryk Vega wyreżyserował m.in. „Kryminalnych”, „Twarzą w twarz” czy kultowego „PitBula”. Sięga też po komedie romantyczne takie jak „Ciacho”, „Last minute” i „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć”.
Angelika Swoboda. Ekspert show-biznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.
League

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Bassu » 06 lip 2014, 20:12
Bassu

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Bassu » 06 lip 2014, 20:12
Kłamstwo panoszy się w naukach historycznych za sprawą niezwykle poręcznego pojęcia „narracji”. Bez znaczenia są twarde fakty – ważna jest ich segregacja oraz interpretacja zgodna z założoną tezą. „Nie jest ważne, jak było, tylko jak się komuś obecnie wydaje. To już nie jest nauka, to toporna ideologia i prostacka propaganda” – powiada znany historyk Leszek Żebrowski, autor wydanej ostatnio książki „Zatruwanie pamięci”.
Mają więc swoją „narrację historyczną” Niemcy, mają ją Rosjanie, a także Żydzi. Ci pierwsi – o czym pisze Żebrowski – zamazują własną odpowiedzialność za zbrodnie i obozy koncentracyjne, zasłaniając się „nazizmem”. I tak z mediów zachodnich dowiadujemy się, że „naziści” (bo przecież nie Niemcy) opanowali Republikę Weimarską w 1933 roku, sprzymierzyli się ze Stalinem, uderzyli na Polskę w 1939 roku, zakładali „polskie” obozy koncentracyjne… Historyk, który od ćwierć wieku zmaga się z nieprawdą, ujmuje rzecz lapidarnie: „Coraz częściej mamy do czynienia z nową wykładnią historii współczesnej. Kaci w mundurach Wehrmachtu przedstawiani są jako dzielni żołnierze, którzy w wolnych chwilach opiekują się ludnością cywilną w okupowanym kraju, dostarczając jej rozrywek”.
Żebrowski staje na ubitej ziemi przeciwko Janowi Tomaszowi Grossowi, który zatruwa umysły czytelników na Zachodzie i w Polsce, dowodząc pseudonaukowymi metodami, że Polskie Państwo Podziemne było z gruntu antysemickie, bo nie powstrzymało holokaustu. Polski historyk uderza w „narrację” żydowską, odkrywając szerokie obszary konsekwentnie pomijanych faktów, takich jak współpraca Żydów na Kresach z Sowietami przeciwko polskim oddziałom niepodległościowym. Dociera do najdrobniejszych szczegółów, rzuca światło prawdy na współudział Żydów w zbrodni na mieszkańcach Naliboków i Koniuchów. Demitologizuje działalność braci Bielskich, z których Hollywood uczyniło heroicznych przywódców partyzantki żydowskiej. Mierzy się wreszcie z tematem drażliwym, jakim jest sprawa Jedwabnego, stawiając niewygodne pytania i odkrywając fakty podważające bezdyskusyjną już, niestety, wykładnię tamtych tragicznych wydarzeń, według której winę za mord Żydów ponosi wyłącznie zdziczała i przeżarta nienawiścią do sąsiadów polska ludność.
Żydowska agentka GRU „Zosia”
Słowa Żebrowskiego o instrumentalnym traktowaniu historii potwierdza sączący się od lat do powszechnej świadomości na Zachodzie i w Polsce prosty przekaz: „lewicowy równa się antyfaszystowski” – dość przypomnieć warszawską wystawę ku czci Róży Luksemburg, wykreowanej na „zdeklarowaną przeciwniczkę wojny”, czy pamiętny rajd niemieckich lewackich „antyfaszystów”, którzy zjechali do Warszawy w Święto Niepodległości, by „rozprawić się z polskimi brunatnymi siłami”.
W tę utrwaloną już kalkę wpisuje się wydana w tym roku przez Żydowski Instytut Historyczny powieść izraelskiej autorki Jehudit Kafri „Zosia. Od doliny Jezreel do Czerwonej Orkiestry”. Autorka kreśli sentymentalny obraz życia Zofii Poznańskiej, Żydówki z Kalisza, na której historię natknęła się, badając dzieje własnej rodziny. W międzywojniu Poznańska, zdeklarowana syjonistka, wyjechała do Palestyny, gdzie – jak podaje Jehudit Kafri – poznała polskiego Żyda, zawodowego rewolucjonistę Leopolda Treppera rodem z Nowego Targu. Ten wprowadził ją do Palestyńskiej Partii Komunistycznej, a pod koniec lat 30. XX wieku w struktury tzw. Czerwonej Orkiestry, przedstawionej przez pisarkę jako grupa „antyfaszystowskich” działaczy, związanych wprawdzie z Moskwą, ale działających ze szlachetnych pobudek. Zofia Poznańska, „jedna z anonimowych bohaterek II wojny światowej – jak mówi Jehudit Kafri – dobrze rozumiała, na czym polega doniosłość działalności antynazistowskiej w tym czasie” i stawiła czoła hitlerowskiemu reżimowi. Pojmana razem ze swoim dowódcą kapitanem Michaiłem Makarowem oraz innymi agentami sowieckimi przez gestapo w grudniu 1941 roku, brutalnie przesłuchiwana, popełniła samobójstwo.
Orkiestra stroi instrumenty
Czym była Czerwona Orkiestra, której apologię znajdujemy w izraelskiej powieści? Siatką założoną przez sowiecki wywiad wojskowy GRU w 1938 roku na Zachodzie w celu infiltracji środowisk wojskowych III Rzeszy. Przedsięwzięcie miało dla Stalina zasadnicze znaczenie, bo od gigantycznych kredytów niemieckich i dostaw zbrojeniowych w zamian za surowce z ZSRS zależało powodzenie sowieckich planów podbicia Europy. Ekspansja terytorialna komunizmu możliwa była wówczas tylko dzięki współpracy z Niemcami. Stalin potrzebował więc jak najwięcej informacji o swoim potężnym sojuszniku.
W literaturze poświęconej Czerwonej Orkiestrze – kryptonim „Rote Kapelle” nadało siatce GRU gestapo w 1942 roku – trudno trafić na nazwisko Poznańskiej. Prawdopodobnie była jednym z wielu współpracowników. Także życie jej założyciela, Leopolda Treppera, wciąż obfituje w białe plamy. Wiadomo, że komunizował od młodości, że w latach 20. organizował strajki górnicze w Dąbrowie Górniczej, a w 1923 roku wyjechał do Palestyny, gdzie związał się z bolszewizmem. Deportowany do Francji za „działalność wywrotową”, osiadł w Marsylii – tam został zwerbowany przez GRU. Kursował między Paryżem a Moskwą, a wreszcie w 1937 roku otrzymał – jako sprawdzony agent – od szefa GRU polecenie zorganizowania sieci szpiegowskiej w Europie Zachodniej. Przedsięwzięcie nabrało realnych kształtów w 1938 roku, gdy współpraca militarna Stalina z Hitlerem kwitła w najlepsze. Idea była prosta i nienowa: powołać do życia przedsiębiorstwa handlowe i produkcyjne, a pod ich szyldem ukryć działalność agenturalną. Plan przewidywał, że firmy powstaną w państwach otaczających III Rzeszę. Kilkuosobowe grupy miały zdobywać informacje o potencjale militarnym i przemysłowym Niemiec, o rozmieszczeniu wojsk oraz ich ruchach.
Trepper, zgodnie z zasadami obowiązującymi „nielegała”, wyjechał z Moskwy przez Sztokholm do Antwerpii, gdzie przedzierzgnął się w kanadyjskiego przedsiębiorcę, by osiąść wreszcie w Brukseli. Założył tam w 1938 roku za sowieckie pieniądze firmę importowo-eksportową i zajmował się sprzedażą płaszczy nieprzemakalnych we Francji, Włoszech, w Holandii, Danii, Szwecji, Norwegii oraz w samych Niemczech. W istocie nawiązywał kontakty i werbował informatorów.
Gra na czerwoną nutę
Dla wzmocnienia brukselskiej placówki GRU przysłało w 1939 roku, przed wybuchem II wojny światowej, dwóch „Urugwajczyków”: Anatolija Gurewicza, doświadczonego jeszcze w Hiszpanii, oraz Michaiła Makarowa – tego właśnie, z którym Zofia Poznańska wpaść miała w ręce gestapo.
Działalnością całej sieci GRU kierowało zatem dwóch ludzi: Trepper, nazywany „Dużym Szefem”, i Anatolij Gurewicz – „Mały Szef”. Ten pierwszy przeniósł centralę po upadku Francji w czerwcu 1940 roku do Paryża. Od 1941 roku z jego inicjatywy w okupowanej stolicy Francji działać zaczęła firma handlowa, a w Brukseli powstała druga, kierowana przez Gurewicza.
Obie instytucje zdobyły dla Moskwy wiele informacji, ale rzeczywistych rozmiarów sowieckiej infiltracji w III Rzeszy nie znamy. Podczas gdy brukselska agentura Gurewicza rozszerzała kontakty z producentami sprzętu wojskowego dla Wehrmachtu w Pradze i Monachium, firma Treppera, ulokowana na Polach Elizejskich, w sąsiedztwie siedziby niemieckiej Organizacji Todt, wypłynęła na szersze wody. Organizacja Todt prowadziła prace budowlane na rzecz wojska wszędzie tam, dokąd dotarły niemieckie wojska. Trepper niezawodnym instynktem szpiega wyczuł możliwość utworzenia za jej pośrednictwem solidnej bazy informacyjnej. Zainstalował tam swoich ludzi, a także zdobył „niemieckich przyjaciół”, urządzając zakrapiane przyjęcia i wyciągając informacje. A nie były to dane bez znaczenia: przy wódce wydobył na przykład z niemieckiego inżyniera zwierzenia o przygotowaniach do uderzenia na Sowiety. Tę informację, podobnie jak wszystkie inne dotyczące planu niemieckiego ataku, Stalin po prostu zlekceważył. Dla Treppera pracowali kolejarze francuscy, od których dostawał materiały o transportach wojskowych, oraz skomunizowane związki zawodowe, przekazujące dane o produkcji zbrojeniowej. Podsłuch telefoniczny założony w paryskiej siedzibie niemieckiego kontrwywiadu Abwehry przyniósł żniwo obfite: GRU znała na czas rozkazy kursujące między Paryżem a Berlinem. Stosowano też metody stare jak świat: „damy do towarzystwa” wypytywały oficerów o stacjonowanie jednostek, straty, nastroje w Wehrmachcie.
Kiedy Niemcy uderzyły na Sowiety, szczególnego znaczenia nabrała intensywna łączność radiowa, ponieważ poczta dyplomatyczna przestała działać. Niemcy zaczęli szaleć po Brukseli, szukając radiostacji. Wreszcie w grudniu 1941 roku namierzyli mieszkanie, skąd nadawał wspomniany już Makarow, zwierzchnik komórki, której członkiem miała być Zofia Poznańska. Wpadli na gorącym uczynku.
W lipcu 1942 roku zaczęły się aresztowania w Paryżu, ponieważ gestapo powołało Sonderkommando do wykrycia sowieckich „grajków” – jak w żargonie agenturalnym nazywano telegrafistów. Do jesieni 1942 roku Niemcy zlikwidowali sieć. Wpadki nastąpiły jedna po drugiej: w listopadzie schwytano Gurewicza, którego wsypał Makarow, a niedługo po nim – Treppera. Obu szefom udało się ujść z życiem, ponieważ Niemcy postanowili wykorzystać ich do szpiegowskiej gry z Sowietami.
Agent GRU na czele Żydów w PRL
Trepper wykorzystał do ucieczki względną swobodę ruchów, jaką uzyskał dzięki współpracy z gestapo. Poprosił o zawiezienie do apteki, po czym opuścił ją spokojnie tylnym wyjściem. I przepadł. Nie jest jasne, jak przedostał się do ZSRS po wojnie, wiadomo natomiast, że przywitano go tam jak wroga. Dziesięcioletni wyrok odsiadywał na Łubiance i w Lefortowie. Opuściwszy więzienie, przeprowadził się w połowie lat 50. do Polski z żoną i synami.
Agent GRU, używając nazwiska Leib Domb, został w 1962 roku – po Grzegorzu Smolarze (ojcu Aleksandra i Eugeniusza) – przewodniczącym Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce. Do Izraela wyemigrował po wojnie sześciodniowej. W 1973 roku opublikował autobiografię „The Great Game”, której polskie tłumaczenie ukazało się jesienią 2012 roku („Wielka gra”). Zmarł w Jerozolimie w 1982 roku.
Byłem Stirlitzem…
Sprawę Anatolija Gurewicza prowadził Heinz Pannwitz, odpowiedzialny za pacyfikację czeskiej wsi Lidice. Pannwitz zdawał sobie sprawę z tego, że Niemcy wojny wygrać nie mogą, a los swój przypieczętował udziałem w masakrze. We współpracy z Gurewiczem dostrzegł szansę na ocalenie skóry. Postanowił przekazać Sowietom materiały ze śledztwa przeciwko Czerwonej Orkiestrze, licząc na sowiecką wdzięczność. Gurewiczowi natomiast, który sypał na potęgę, zależało na przekonaniu centrali GRU, że do wpadki doszło bez jego winy. Nie wiemy, jak i kiedy Rosjanin przedostał się do Sowietów – według jego oficjalnego życiorysu spędził 25 lat w łagrach. Ale gdy wraz ze wzrostem wpływów służb w latach 90. historie dawnych sowieckich „bohaterów” zaczęły się pojawiać w prasie, Gurewicz wypłynął. Dawał wywiady, doczekał się własnej strony internetowej. Sugerował nawet, że sowiecki serial „Siedemnaście mgnień wiosny” został osnuty na kanwie jego historii, a on sam był pierwowzorem postaci Stirlitza…
Przeciw Hitlerowi – w imię bolszewizmu
O Czerwonej Orkiestrze wiemy wciąż niewiele. Znamy poszczególne wątki, które urywają się niespodziewanie; brakuje danych liczbowych. Wasilij Mitrochin, archiwista KGB, który na początku lat 90. XX wieku przekazał Brytyjczykom owoc swej wieloletniej pracy – notatki sporządzane potajemnie w kwaterze KGB – podaje, że Czerwona Orkiestra liczyła 117 agentów.
„Narracja” żydowska, kreująca agentkę GRU na bohaterkę, splata się z rosyjską, według której Sowiety zawsze były wrogami III Rzeszy. „Zosia – twierdzi autorka powieści gloryfikującej siatkę GRU – stała się uczestnikiem walki po stronie Armii Czerwonej. A bez wielkiego wkładu Armii Czerwonej w zwycięstwo, Hitler i jego przerażający reżim mógł wygrać wojnę i władać sporą częścią świata”.
Agentura GRU działała przeciwko Hitlerowi, służąc imperialnej idei sowieckiej. Czy jest powód, by gloryfikować jej agentów? Rację ma Leszek Żebrowski, gdy mówi, że „określone grupy interesów, ale też siły polityczne, mają możliwości i cel prowadzenia takiej polityki historycznej, jaka jest dla nich przydatna”.
Bassu
League
League

Post Wyświetl pojedynczy post autor: masacra » 06 wrz 2014, 17:52
grubo. przygotowują sie do tego zebyscie nawet nie zauwazyli kiedy zlikwidują tą marionetkową rzeczpospolitą trzecią?Prawie wszystkie polskie media lokalne są jest już w rękach Niemców. W piątek grupa Polskapresse, należąca do niemieckiej Verlagsgruppe Passau, podpisał umowę kupna spółki Express Media, wydawcy m.in. dzienników regionalnych „Express Bydgoski” i „Nowości – Dziennik Toruński”.
Jak informuje Polskapresse, umowa kupna objęła wszystkie tytuły Express Media – czyli oprócz dwóch dzienników regionalnych, także 17 tygodników lokalnych w woj. kujawsko-pomorskim i drukarnię prasową.
W sumie niemiecki koncern będzie więc wydawcą 19 dzienników regionalnych. W ubiegłym roku Polskapresse kupiła bowiem spółkę Media Ragionalne, która była właścicielem dzienników, płatnych i bezpłatnych tygodników, a także 50 serwisów internetowych oraz pięciu drukarni.
Poza koncernem Polskapresse na naszym rynku ukazuje się już tylko pięć dzienników regionalnych.
masacra
Post Wyświetl pojedynczy post autor: franz » 06 wrz 2014, 18:00
Przecież ona i tak już istnieje tylko teoretycznie. Smutne, ale coraz bardziej prawdziwe.masacra pisze:grubo. przygotowują sie do tego zebyscie nawet nie zauwazyli kiedy zlikwidują tą marionetkową rzeczpospolitą trzecią?
franz

Post Wyświetl pojedynczy post autor: masacra » 06 wrz 2014, 18:13
masacra

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Bassu » 19 gru 2014, 9:07
Bassu
Post Wyświetl pojedynczy post autor: League » 15 sty 2015, 10:37
League
cloner
Bassu
League
Wróć do „Kultura, polityka, wydarzenia”
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Limited
Polski pakiet językowy dostarcza phpBB.pl
Zasady ochrony danych osobowych | Regulamin
Administracja, zarządzanie i wsparcie graficzne forum: pawel.studio