Chciałbym przedstawić napisane przeze mnie podsumowanie Mundialu w Niemczach pod kątem występów zawodników Interu Mediolan. Mam nadzieje, że tekst przypadnie Wam do gustu.
NERAZZURRI NA NIEMIECKIM MUNDIALU
Garść piłkarzy na co dzień występujących na San Siro w niebiesko-czarnym stroju Interu Mediolan przebywało na ukończonym niedawno największym święcie piłkarskim, mistrzostwach świata. Na wstępie mojego sprawozdania chciałbym wymienić wszystkich szczęśliwców, którzy znaleźli się na Weltmeisterschaft ze swoimi narodowymi reprezentacjami. Byli to Argentyńczycy Nicolas Burdisso, Esteban Cambiasso oraz Julio Cruz, Brazylijczyk Adriano, Serb Dejan Stankovic, Portugalczyk Luis Figo oraz Włoch Marco Materazzi. Liczba reprezentantów Interu Mediolan na mistrzostwach nie jest porażająca, ale ważne, że jednak znaleźli się piłkarze, którzy polecieli ze swoimi kadrowymi kolegami na mundial. Nadarzyła się, więc sposobność do obejrzenia poczynań naszych pupili, ale nie w niebiesko-czarnej koszulce mediolańskiego Interu, lecz w reprezentacyjnych strojach. Oto opisane moje własne spostrzeżenia dotyczące gry naszych na Weltmeisterschaft oraz ich reprezentacji.
Adriano (Reprezentacja Brazylii)
Jeszcze długo przed mundialem reprezentacja Brazylii była ustawiana na samym szczycie kandydatów do zdobycia tytułu mistrza świata. Gdy popatrzeć na potencjał kadrowy jakim dysponuje Carlos Alberto Parreira trudno dziwić się takim pogłoskom. Jedynym brazylijskim graczem Interu, który otrzymał powołanie na mistrzostwa był Adriano, który do samego końca nerwowo wyczekiwał tego momentu z powodu, iż po bardzo słabym sezonie nie mógł być na sto procent pewny swego. A jednak. Selekcjoner Canarinhos postanowił dać szansę potężnie zbudowanemu napastnikowi i Il’Imperatore razem z reprezentacją Canarinhos otrzymał bilet do Niemiec. W swojej grupie Brazylia miała przeciwników tej klasy jak Chorwacja, Japonia oraz Australia. Nic dziwnego, że stawiana była w roli zdecydowanego faworyta do wyjścia z grupy na pierwszym miejscu. Canarinhos ostatecznie dokonali tej sztuki, lecz nie po wspaniałej i zapierającej dech w piersiach grze, a wymęczonych zwycięstwach z Chorwacją i Australią. Jedynie mecz z Japonią wlał w serca kibiców nadzieję na ładną grę w fazie pucharowej. Adriano rozegrał w grupie dwa mecze (z Australią i Chorwacją), ale w żadnym z nich nie pokazał się z dobrej strony (pomimo bramki strzelonej z Australią) i zamiast potężnego snajpera w meczu z Japonią w podstawowej jedenastce wybiegł smukły Robinho co znacznie polepszyło jakość gry ataku reprezentacji pięciokrotnych mistrzów świata. Wiązało się to jednak niestety z utratą miejsca w składzie naszego Imperatora podczas gdy pozycja gracza Realu Madryt Ronaldo była niezagrożona z powodu, iż był już bardzo bliski pobicia rekordu ilości bramek na mistrzostwach świata należącym do Gerda Mullera (14 przyp. red.).
Kontuzja Robinho spowodowała jednak, że gwiazda Interu Mediolan mogła po raz kolejny wybiec na plac gry w podstawowym składzie popularnych Canarinhos. Na niewiele zdało się to jednak ponieważ Adriano zagrał bardzo słabą pierwszą połowę (na domiar złego otrzymał jeszcze żółtą kartkę za symulowanie faulu), a decyzją selekcjonera Brazylii w 61 minucie został zmieniony przez rozgrywającego Olimpique Lyon, Juninho. Leite Ribeiro wpisał się tego dnia na listę strzelców, jednak w momencie podania Cafu, nasz napastnik znajdował się bliżej bramkarza niż ostatni z obrońców Ghany co wyjaśnia, że znajdował się w tej sytuacji na pozycji spalonej. Kibice zgromadzeni na stadionie mieli bardzo wielkie pretensje do arbitra tego spotkania za to, iż swoim błędem odebrał praktycznie szanse na awans do kolejnej rundy zespołowi z Ghany. W drugiej połowie reprezentacja z Południowej Ameryki dołożyła jeszcze jedną bramkę autorstwa pomocnika Bayernu Monachium Ze Roberto. Zwycięstwo wysokie, lecz niesmak pozostał. Z jednej strony z powodu nieprawidłowej bramki Leite Ribeiro, a po części z powodu bardzo słabej gry Kanarków.
Ćwierćfinałowy mecz Brazylii z Francją natychmiast po potwierdzeniu, iż takowy będzie miał miejsce okrzyknięto brazylijskim rewanżem za rok 1998. Co prawda zawodnicy Canarinhos tonowali wypowiedzi zaznaczając, że spotkanie nie będzie miało charakteru rewanżu, choć z pewnością w głębi serca pragnęli odgryźć się Tricolores za dotkliwą porażkę przed ośmioma laty.
I rozpoczął się klasyk, tyle, że bez udziału żadnego zawodnika Interu Mediolan. Adriano siedział bowiem tego dnia na ławce rezerwowych. Napastnik NerAzzurrich niewiele jednak stracił gdyż pierwsza połowa spotkania przebiegała w niezbyt wygórowanym tempie. Obie drużyny grały raczej zachowawczo troszcząc się wyłącznie o to, aby nie stracić bramki. Ronaldinho Gaucho nie zachwycał nas swoimi genialnymi dryblingami, a Thierry Henry nie potrafił sobie jakoś stworzyć dogodnej sytuacji strzeleckiej. Wszystko miało zmienić się dopiero w drugiej połowie meczu, kiedy to po stałym fragmencie gry wykonywanym przez Francuzów, Thierry Henry skorzystał z wspaniałego dośrodkowania Zinedine Zidane’a i zaledwie dokładając nogę wpakował futbolówkę do siatki.
Brazylijczycy nie mieli już nic do stracenia, przegrywali bowiem z reprezentacją Tricolores, a do końca meczu pozostawało już tylko trzydzieści minut. Selekcjoner Brazylii na sytuację na boisku zareagował natychmiastowymi zamianami. Plac gry opuścił Juninho zmieniony przez naszego Adriano, a Cafu zastąpiony został dużo młodszym Cicinho z Realu Madryt. Canarinhos zawzięcie atakowali, lecz ich wysiłki spełzały na niczym. Bodajże najlepszą sytuację do zmiany wyniku miał Ronaldinho egzekwując rzut wolny w odległości około 19 metrów od bramki Bartheza. Ofensywny gracz Barcelony przeniósł jednak piłkę nieznacznie nad poprzeczką. Chwilę potem gdy Dinho z rozpaczą spojrzał w kierunku szybującej za bramką piłki firmy Adidas, nadzieje Brazylijczyków na korzystny wynik w tym spotkaniu drastycznie zmalały. Znając wspaniałe umiejętności i nieprzewidywalność Brazylijczyków szanse nie były jeszcze równe zeru. Znikły bowiem kilka minut wraz z ostatnim gwizdkiem arbitra. Marzenia o zdobyciu drugiego z rzędu Pucharu Świata prysły jak mydlana bańka, Cafu, kapitan Canarinhos nie zagra w czwartym z rzędu finale mundialu. Te słowa ciężko przechodzą przez gardło, lecz wypowiedzieć je należy. Adriano i wspaniała reprezentacja Brazylii poza burtą Mistrzostw Świata! Obrońcy tytułu z 2002 roku lecą do domu nie doczekawszy choćby półfinału!
Esteban Cambiasso, Nicolas Burdisso, Julio Cruz (Argentyna)
Uznawana za faworyta sławnej grupy śmierci Argentyna rozpoczęła mistrzostwa od wymęczonego zwycięstwa w stosunku 2:1 z fantastycznym Wybrzeżem Kości Słoniowej. W tym meczu udział wzięło dwóch przedstawicieli NerAzzurrich, Esteban Cambiasso oraz Nicolas Burdisso. Obaj mecz mogą zaliczyć do tych udanych. Mecz z Serbią i Czarnogórą kibice argentyńscy zapamiętają jeszcze długo. Wspaniała dyspozycja ich pupili mogła naprawdę zapaść w pamięć. Wynik 6:0 mówi sam za siebie. W tym meczu od pierwszej minuty nie zagrał Esteban Cambiasso, który stracił zaufanie trenera Pekermana. Kilkanaście minut po pierwszym gwizdku arbitra zmiennik Cambiasso, Lucho Gonzales nabawił się kontuzji i defensywny pomocnik Interu mógł zameldować się na placu gry. Il’Chuchu chwilę później zdobył ładnego gola. Cały mecz rozegrał Burdisso, z ławki rezerwowych oglądał go Julio Ricardo Cruz.
W ostatnim meczu grupowym Albicelestes podejmowali reprezentacje Holandii. Mecz zapowiadany był jako szlagier, lecz nie przyniósł spodziewanych emocji i obie drużyny podzieliły się punktami nie strzelając w nim ani jednej bramki. W drugiej połowie na murawie pojawił się zapowiadany Julio Cruz, a cały mecz rozegrał Esteban Cambiasso. Nicolas Burdisso pauzował w wyniku kontuzji jakiej nabawił się w meczu z Serbią.
Po dwóch zwycięstwach i jednym remisie, reprezentacja Argentyny z pierwszego miejsca w grupie awansowała do fazy pucharowej turnieju. Tam trafiła na silny i zdeterminowany Meksyk pod wodzą trenera Ricardo Antonio La Volpe. Po pierwszym gwizdku arbitra zauważyć na murawie można było jedynie jednego przedstawiciela ekipy NerAzzurrich, Estebana Cambiasso. Julio Cruz oraz Nicolas Burdisso usiedli bowiem tego dnia na ławce rezerwowych.
Ostatecznie, bardzo ładny mecz zakończył się zwycięstwem podopiecznych trenera Pekermana, ale potrzebna była dogrywka w, której Albicelestes przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę po bramce gracza Atletico Madryt, Maxi Rodrigueza. Warto odnotować, że w drugiej połowie meczu Estebana Cambiasso zmienił Pablo Aimar.
Nadszedł długo wyczekiwany pojedynek gospodarzy turnieju Niemców z reprezentacją Argentyny w ramach ćwierćfinału mistrzostw. Ogromnym zaskoczeniem był jednak fakt, iż żaden z zawodników Interu Mediolan nie wyszedł na plac gry w podstawowej jedenastce. Dopiero w 72 minucie na plac gry zameldował się Esteban Cambiasso, chwilę później jego klubowy kolega Julio Cruz zmienił słabiutkiego w tym spotkaniu Hernana Crespo.
Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 1:1, a jako, że dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, zawodnicy przystąpili do wykonywania jedenastek. W serii rzutów karnych Niemcy okazali się skuteczniejsi od drużyny Albicelestes. W jedenastce Jose Pekermana chybiali zdobywca bramki w regulaminowym czasie gry Roberto Ayala i niestety nasz zawodnik Esteban Cambiasso. Warto odnotować, iż swój rzut karny wykorzystał Julio Ricardo Cruz. Nie pomogło to jednak Argentynie awansować do następnej rudny i popularni Albicelestes mogli pakować już swoje walizki.
Marco Materazzi (Włochy)
Wysoki obrońca, Marco Materazzi już na samym starcie niemieckiego mundiali skazany był na ławkę rezerwowych z powodu bardzo dużej konkurencji w osobach Fabio Cannavaro oraz Alessandro Nesty. Sposobność do zaprezentowania swoich umiejętności nastąpiła dopiero w ostatnim meczu fazy grupowej. Italia podejmowała tego dnia drużynę Czech i żadna z drużyn do samego końca nie mogła być pewna awansu. Już na początku meczu Alessandro Nesta musiał opuścić murawę, a w jego miejsce wszedł właśnie nasz Matrix. Kilka minut później wysoki obrońca mediolańskiego Interu strzałem głową wpisał się na listę strzelców wyprowadzając Squadra Azzurra na prowadzenie. Mecz zakończył się ostatecznie wynikiem 2:0 dla Włochów (bramkę dołożył jeszcze Filippo Inzaghi) co oznaczała dla Czechów tylko jedno, pożegnanie się z turniejem. Włochom dało to z kolei upragniony awans, do spółki z fantastyczną reprezentacją Ghany.
W kolejnej fazie turnieju, drużyna Italii podejmowała prowadzoną przez trenerskiego geniusza Guusa Hiddinka reprezentacje Australii. Bardzo dobrą wiadomością było, że w podstawowym składzie Squadra Azzurra mecz rozpoczął nasz Marco Materazzi czyli popularny Matrix. Całkiem nieźle poczynający sobie na murawie Marco wyleciał z niej jednak w drugiej połowie otrzymawszy dość kontrowersyjną czerwoną kartkę za faul na pomocniku AC Parmy, Bresciano. Już bez obrońcy NerAzzurrich reprezentacja Włoch musiała radzić sobie w rozgrywanym meczu, i mimo, że nie szło im najlepiej to ostatecznie wygrali po (według mojej skromnej osoby) rzucie karnym przyznanym z kapelusza. Jedenastkę na bramkę zamienił Francesco Totti dając swojej reprezentacji awans do kolejnej rundy, a tifosim niesłychaną wręcz radość.
W meczu z Ukrainą nie mógł niestety zagrać Marco Materazzi zawieszony wcześniej za czerwoną kartkę z meczu z Australią. I bez niego reprezentacja poradziła sobie bardzo dobrze. Reprezentanci Squadra Azzurra odesłali do domu Shevchenke i spółkę po wygranej 3:0. Wynik może trochę mylić gdyż przy stanie 1:0 dla Italii, Ukraińcy zmarnowali dwie fantastyczne sytuacje do zdobycia wyrównującego gola. Chwilę potem Luca Toni strzałem głową po asyście Francesco Tottiego podwyższył wynik na 2:0 a niedługo potem dopełniając formalności po zagraniu piłkarza Juventusu Gianluki Zambrotty skierował futbolówkę do pustej bramki ustalając wynik spotkania.
W półfinałowej fazie Weltmeisterschaft na zawodników Squadra Azzurra czekali już gospodarze turnieju, Niemcy. Bardzo miłym faktem była gra defensora NerAzzurrich Marco Materazziego w pierwszej jedenastce drużyny prowadzonej przez Marcelo Lippiego. Popularny Matrix powrócił do składu po meczowej banicji spowodowanej czerwoną kartką w meczu 1/8 finału przeciwko Australii. W pojedynku z Niemcami Marco mógł, więc odwdzięczyć się Lippiemu za zaufanie jakim go obdarzył i naprawdę nie zawiódł. Jego twarda aczkolwiek czysta gra mogła robić wrażenie, i w dużej mierze dzięki temu, iż w polu karnym stał dwumetrowy zawodnik z numerem 23 na koszulce, Niemcom nie udało się wbić piłki do bramki Gianluigiego Buffona (nota bene także podczas tego meczu w imponującej formie). Mecz mimo kilku okazji z obu stron zakończył się bezbramkowym remisem i sędzia po raz kolejny już w tym turnieju musiał zarządzić trzydziestominutową dogrywkę.
Od początku doliczonego czasu gry Matrix i spółka wzięli się ostro do roboty i już podczas pierwszych trzech minut extra time’u bramkarza gospodarzy Jensa Lehmanna ratowały kolejno słupek i poprzeczka. Odważna, ofensywna gra Italii zapowiadała, iż zawodnicy Lippiego chcą zakończyć spotkanie przed upływem trzydziestu minut. W rzeczywistości udała im się ta sztuka, a bohaterem Włoch po wspaniałym technicznym strzale tuż przy słupku golkipera Niemców został przymierzany do mediolańskiego Interu, Fabio Grosso. Jako, że była to już 119 minuta meczu, niemieccy kibice zgromadzeni na stadionie w Dortmundzie przeżyli ogromny szok, który pogłębił się dosłownie minutę później kiedy to strzałem w okienko po asyście Alberto Gilardino, popisał się zawodnik Juventusu Turyn Alessandro Del Piero. Pierwszym finalistą Weltmeisterschaft była więc reprezentacja Włoch!
W hucznie rozpoczętym finale siedemnastych MŚ wystąpiły reprezentacje Francji oraz Włoch. Przed spotkaniem kibice Italii przypominali, iż będzie to wielki rewanż za finał Euro 2000 w, którym Włochom do zwycięstwa brakowało jedynie kilkunastu sekund, a jednak trofeum dla najlepszej drużyny Europy wzniósł kapitan Francuzów. Dającym powody do dumy kibiców Interu Mediolan faktem było to, iż w pierwszej jedenastce Azzurrich wyszedł nasz defensor Marco Materazzi. Selekcjoner reprezentacji Włoch Marcelo Lippi darzy wysokiego obrońcę wielkim zaufaniem co nas kibiców bardzo cieszy.
Sam Lippi nie zawiódł się na finałowej postawie popularnego Matrixa. I mimo, że był on pierwszoplanową postacią w sytuacji z szóstej minuty, w, której to po jego rzekomym faulu na Florient Malouda sędzia odgwizdał rzut karny dla Tricolores pewnie wykorzystany przez Zinedine Zidane, to kilka naście minut później potrafił się on zrehabilitować kolegą strzelając głową bramkę wyrównującą. Mecz rozpoczął się jak gdyby od nowa, a obie reprezentacje walczyły teraz jak lwy o gola dającego jakże ważne prowadzenie. Do dziewięćdziesiątej minuty ta sztuka nie powiodła się żadnemu teamowi i po raz, który to już na tym turnieju sędzia zarządził dodatkowe 30 minut. Pierwsza połowa nie obfitowała w zapierające dech w piersi akcje, piłkarze byli bowiem bardzo przemęczeni prawie dwugodzinną batalią. Skończyła się ona zatem wynikiem przybliżającym nas sukcesywnie do rzutów karnych. Wielkie emocje miały jednak dopiero nadejść…
Takowe przyniosła 110 minuta spotkania. Po niezrozumiałym ataku głową Zinedine’a Zidane'a (oczywiście bez piłki) w Marco Materazziego sędziowie długo zastanawiali się jaką karę nałożyć na kapitana reprezentacji Francji. Z początku nie widzieli całego zdarzenia, ale po konsultacji i obejrzeniu całego zajścia na wielkim telebimie, główny sędzia nie zawahał pokazać się nieodpowiedzialnemu Zidane’owi czerwonej kartki za chamskie zachowanie. Od tej chwili Francuzi musieli radzić sobie w osłabieniu. Nie wychodziło im to źle jeżeli popatrzeć na ich grę wyglądającą o niebo lepiej od tej, którą prezentowali piłkarze w niebieskich koszulkach. Do końca meczu wynik jednak nie zmienił się i po kilku minutach odpoczynku piłkarze rozpoczęli wykonywanie jedenastek.
Pierwszy do rzutu karnego podszedł reprezentant
Dejan Stankovic (Serbia i Czarnogóra)
Dejan Stankovic i jego koledzy z reprezentacji pechowo trafili do jednej z najcięższych grup całych mistrzostw, do nazywanej grupą śmierci grupy „c”. Sam pomocnik jako jedna z największych gwiazd zespołu miał w nim pierwszoplanową rolę w pierwszym składzie. Reprezentacja nic nie ugrała jednak w Niemczech i po trzech kolejnych porażkach mogła spakować swoje walizki i odlecieć do kraju. W pierwszym meczu Serbii i Czarnogóry na niemieckich mistrzostwach zespół prowadzony przez Ilije Petkovica uległ w stosunku 1:0 faworyzowanej Holandii, by w kolejnej batalii zostać wręcz rozgromionym przez świetnie dysponowaną tego dnia Argentynę aż 6:0. Kiedy to wydawać mogło się, że ostatni mecz przyniesie w końcu upragnione trzy punkty, przeciwnik w osobie Wybrzeża Kości Słoniowej potrafił przegrywając już 0:2 zakończyć mecz wynikiem 3:2. Ofensywny pomocnik mediolańskiego Interu tak jak i reszta jego kompanów niestety nie zabłysnął w Niemczech. Było to spore zaskoczenie mając na uwadze fantastyczny sezon jaki rozegrał Dejan wszyscy oczekiwali od niego, że dużo częściej będzie brał ciężar gry na siebie i udowodni jakim wspaniałym to jest piłkarzem. Niestety nic z tych rzeczy…
Luis Figo (Portugalia)
Grupowymi rywalami Portugalczyków były kolejno reprezentacje Meksyku, Angoli oraz Iranu. Nie trudno domyślić się, że podopieczni Luisa Felipe Scolariego stawiani byli w roli bezsprzecznego dominatora tej grupy. Największymi gwiazdami wicemistrzów Europy są bowiem takie tuzy jak Deco, Pedro Pauleta, Ricardo Carvalho czy nasz Luis Figo, kapitan drużyny.
Inauguracyjny mecz teamu z Półwyspu Iberyjskiego w, którym przeciwnikiem była reprezentacja Angoli zakończył się wynikiem 1:0 dla zespołu Luisa Figo. Sam Pomocnik zaliczył piękną asystę przy szybko strzelonej bramce autorstwa Pedro Paulety.
Kolejną potyczką podopiecznych Luisa Felipe Scolariego był mecz z Iranem. Nie trudnym zadaniem było zgadnąć kto jest w tym meczu zdecydowanym faworytem. Portugalia w istocie zdominowała plac gry i pewnie pokonała zawodników z Azji 2:0. Warto dodać, że przy pierwszym golu zawodnika Barcelony Deco asystował Luis Figo, a przy rzucie karnym wykonywanym przez Cristiano Ronaldo zawodnikiem faulowanym był właśnie gracz naszej ukochanej drużyny. Mundial dla byłego piłkarza min. Realu Madryt i FC Barcelony, podobnie jak i dla jego kolegów rozpoczął się, więc fantastycznie.
Kolejnym przeciwnikiem na drodze Portugalii do zdobycia wymarzonego tytułu mistrza świata była drużyna dowodzona przez Marco Van Bastena, Oranjes czyli po prostu zespół Holandii. Obfitujący w żółte i czerwone kartki, niesportowe zachowania, brzydkie faule mecz zakończył się ostatecznie wynikiem 1:0 dla Portugalii premiując ją awansem do ćwierćfinału. Luis Figo zaliczył dobry występ, starał się, dryblował, i choć jego gwiazda nie zabłysła pełnym blaskiem to pozostawił po sobie dobre wrażenie, ale tylko piłkarsko, ponieważ za bezmyślny incydent z udziałem Marca Van Bommela mógł natychmiast wylecieć z boiska choć ostatecznie to się nie stało. Kilka dni później można było wyczytać w prasie, że FIFA postanowi jednak ukarać naszego skrzydłowego karą dyskwalifikacji za niezwiązane z akcją uderzenie głową Marca Van Bommela. Ostatecznie były gracz Realu Madryt nie poniósł konsekwencji swojego czynu i mógł zostać wpisany do protokołu meczowego na spotkanie ćwierćfinałowe z reprezentacją Anglii. Dnia 1-go lipca 2006 roku kapitan Brazylijczyków Europy Luis Figo mógł wyprowadzić swoją drużynę na plac boju. Przed meczem przypuszczano, iż piłkarze będą grać zachowawczo, prorokowano, iż cały mecz zakończy się nerwówką sfinalizowaną serią rzutów karnych. Ku zdziwieniu sympatycy na całym świecie nie pomylili się. W rzeczywistości mecz po dziewięćdziesięciu minutach zakończył się wynikiem nierozstrzygniętym, lecz nie można było narzekać na brak emocji. Po usunięciu z boiska za niesportowe zachowanie Wayne’a Rooneya Portugalia całkowicie przejęła inicjatywę lecz nie mogła przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. Jako, że także dodatkowe 30 minut doliczonego czasu gry także nie przyniosło rozstrzygnięcia, sędzia zgodnie z obowiązującymi zasadami zarządził konkurs rzutów karnych. W serii jedenastek lepsi okazali się Portugalczycy, lecz nie mogło być inaczej skoro w drużynie Albionu pudłowały takie tuzy futbolu jak Steven Gerrard czy Frank Lampard. Po ostatnim rzucie karnym Portugalczyków wykonywanym przez zawodnika Manchesteru United Cristiano Ronaldo faktem stał się awans drużyny z półwyspu.
Półfinałowy mecz Mistrzostw w, którym Portugalia zmierzyła się z Francją mógł także zostać uznany jako swojego rodzaju rewanż. To po bramce z rzutu karnego, już w dogrywce spotkania półfinałowego Euro 2000 Zinedine Zidane i jego Tricolores odesłali rywali z Półwyspu Iberyjskiego do domu. Dnia 5 lipca roku 2006 Portugalczycy mieli nadzieje, że tym razem to Deco, Pauleta i spółka odprawią z kwitkiem piłkarzy co mecz odśpiewujących Marsyliankę, i awansują do upragnionego finału. Z nadzieją rozpoczęli, więc marsze w kierunku bramki strzeżonej tego dnia przez Fabiena Bartheza wierząc, iż uda im się wprawić w euforię rodaków zgromadzonych na stadionie, przed wielkimi telebimami czy po prostu przed domowymi odbiornikami telewizyjnymi.
Co z tego, że zawodnicy z Półwyspu Iberyjskiego przeprowadzali więcej akcji, częściej oddawali strzały z dystansu, wygrywali pojedynki jeden na jeden. To Francuzi otworzyli wynik spotkania. Dokładniej Zinedine Zidane po bardzo problematycznym rzucie karnym (Moim zdaniem Henry bezczelnie oszukał sędziego celowo potykając się o nogę Ricardo Carvalho. Cóż za ironia losu jeżeli przypomnieć sobie, że to Henry w akcji JOGA BONITO oznaczony jest etykietą HONOUR. Błazenada). Tak czy inaczej rozgrywający Realu Madryt umieścił piłkę w portugalskiej siatce i na trybunach wybuchła istna euforia francuskich kibiców.
W pierwszej połowie spotkania podopieczni Luisa Felipe Scolariego nie potrafili nadrobić strat, a Luis Figo grał przyzwoicie, choć bez należytego błysku. W drugiej połowie spotkania w przypadku doświadczonego Portugalczyka gra wyglądała dużo gorzej. Gołym okiem dostrzec można było, iż kapitan swojej reprezentacji nie prezentuje się dobrze pod względem fizycznym. Przemęczeni jego i kolegów z drużyny wykorzystywali Francuzi przeprowadzając co jakiś czas zaskakującą kontrę będąc nastawionymi raczej defensywnie. Tak kontrolując wydarzenia na boisku Francuzi przetrwali cały mecz, lecz wysiłki mógł popsuć bramkarz Tricolores Fabien Barthez, który przy niezbyt groźnym wydawać by się mogło strzale Cristiano Ronaldo z rzutu wolnego „wypluł” futbolówkę wprost na głowę Luisa Figo, i tylko zawodnik Interu Mediolan wie dlaczego z czterech metrów nie trafił do pustej bramki. Okazja byłego gracza Realu Madryt była ostatnią dogodną sytuacją Portugalczyków. Do końca spotkania nie potrafili już sobie podobnej stworzyć. Mimo, że och gra była bardzo miła dla oka to jednak Luis Figo i reszta odpadli z rywalizacji o Złotą Nike dając tym samym przepustkę do wielkiego finału Francuzom.
Wielcy czarno-niebiescy nieobecni piłkarskiej imprezy
Jak wszystkim z pewnością wiadomo, Javier Zanetti, żywa legenda Interu Mediolan był zawsze pewnym punktem piłkarskiej reprezentacji piłkarskiej. Javier od niepamiętnych czasów zakładał koszulkę Albicelestes, uczestniczył jako podstawowy zawodnik na mistrzostwach świata z 1998 roku, które odbywały się we Francji.
Jego kariera zbliża się nieubłaganie do końca i turniej na terenie Niemiec miał być jego ostatnią wielką imprezą piłkarską, miał być zwieńczeniem jego bujnej kariery, podsumowaniem osiągnięć, a zarazem szansą na pożegnanie się w pięknym stylu z kadrą narodową oraz ewentualnie z ukochanym Interem Mediolan.
Jose Nestor Pekerman (selekcjoner kadry Argentyny przyp. red.) miał jednak całkiem inne plany w stosunku do naszego wielkiego Il’Capitano. Otóż człowiek prowadzący kadrę kraju, który zawsze reprezentował Javier nie wpadł na pomysł, aby powołać zawodnika doświadczonego, aczkolwiek znajdującego się w lepszej kondycji fizycznej niż niejeden młody gracz. Był to wielki cios dla kapitana mediolańskiego Interu, lecz jako człowiek dorosły i zrównoważony postanowił przyjąć decyzję trenera nie okazując złości, lecz publicznie wyrażając swój smutek z powodu niemożności pomagania reprezentacji swojego kraju na imprezie piłkarskiej najwyższego szczebla.
Brak powołania dla Javiera był tym bardziej szokujący, gdy okazało się, gdy owe otrzymał kolega z klubu Nicolas Burdisso, który nie miał pewnego miejsca w składzie NerAzzurrich podczas gdy jak wiadomo Zanetti zawsze był podstawowym zawodnikiem teamu Roberto Manciniego. Wielu kibiców miało to za złe Pekermanowi, ale przecież to trener podejmuje wszystkie decyzje (czasem bardzo kontrowersyjne) i bierze na siebie wielką odpowiedzialność za wyniki całej drużyny. Tak było i tym razem. Wielka szkoda, że ucierpiał na tym symbol reprezentacji Argentyny i Interu Mediolan.
Walter Samuel - Oto imię i nazwisko kolejnego wielkiego nieobecnego gracza Interu Mediolan na niemieckich mistrzostwach. Nazywany Ścianą, były zawodnik River Plate Buenos Aires, AS Romy oraz madryckiego Realu od zawsze, do spółki z innym argentyńskim obrońcą Roberto Ayalą rządził i dzielił w defensywnej linii zespołu Albicelestes. Po bardzo nieudanej przygodzie z Realem Madryt zawodnik wrócił do SerieA, oraz niespodziewanie odzyskał swoją dawną, wysoką dyspozycję. Nie przekonało to jednak selekcjonera reprezentacji Argentyny, Jose Nestora Pekermana do wysłania mu powołania na mundial. Podobnie jak w przypadku Javiera Zanettiego, ciężko znaleźć porządne argumenty dlaczego powołanie otrzymał rezerwowy mediolańskiego Interu Nicolas Burdisso, a podstawowy gracz, ostoja defensywy nie potrafił zaskarbić sobie zaufania Pekermana. Widocznie nasz Walter po prostu nie pasował do stylu gry drużyny doświadczonego trenera z Argentyny.
Juan Sebastian Veron – Rozgrywający klubu z czarno-niebieskiej strony Mediolanu w oczach wielu kibiców Albicelestes z pewnością zasługiwał na przedmundialowe powołanie selekcjonera Jose Nestora Pekermana. Jakże duże zaskoczenie pojawiło się na ich twarzach (i tym większe na obliczach tifosich NerAzzurrich) kiedy w gronie 23 powołanych nie znalazło się nazwisko byłego gracza min. Chelsea Londyn, Manchesteru United czy Estudiantes. Natychmiast rozgorzała obszerna dyskusja na temat Verona. Ustawiany był on w podstawowych jedenastkach drużyn nazywanych Drużynami Wielkich Nieobecnych. Piłkarz, który zazwyczaj mógł być spokojny o miejsce w pierwszej jedenastce swojego klubowego zespołu nie zyskał jednak zaufania selekcjonera reprezentacji i nie dostał szansy zagrania na (w swoim przypadku prawdopodobnie ostatnim) wielkim turnieju. Temat Verona i jego nieobecności w Niemczech szybko zakończono. Nie było najmniejszego sensu dyskutować nad faktem dokonanym. Selekcjoner Pekerman zadecydował tak, a nie inaczej. Należało, więc zaprzestać dyskusją i uszanować decyzję arbitra taką jaką była.
Autor: RoRo
POZDRO



