Artykuły prasowe warte przeczytania - Strona 13

Muzyka. Literatura. Prasa. Film. TV. Krótko mówiąc - Kultura. Wszystko co się dzieje w Polsce i na Świecie jest warte skomentowania. Polityka i wydarzenia. Dyskusje tylko na wysokim poziomie.

Awatar użytkownika
Bonso
Kapitan
Kapitan
Posty: 2918
Rejestracja: 09 kwie 2005, 10:07
Reputacja: 0
Lokalizacja: Raszyn

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Bonso » 09 lip 2008, 12:56

http://wiadomosci.onet.pl/1496602,2677, ... skart.html

Wyścig ze śmiercią
Prując po mieście 200 km na godzinę, czuje się jak nadczłowiek


Wspaniały artykuł o magii ścigaczy. Polecam każdemu.

Awatar użytkownika
Łukasz_
Kapitan
Kapitan
Posty: 3563
Rejestracja: 12 wrz 2005, 19:59
Reputacja: 0
Lokalizacja: Czechowice-Dziedzice

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Łukasz_ » 20 lip 2008, 16:53

http://biznes.onet.pl/21,1498427,prasa.html

186 piw średnio wypija Polak rocznie. Co o tym myślicie ? :D

Awatar użytkownika
Martinho
Internetowy napinacz
Posty: 4676
Rejestracja: 21 lut 2006, 9:16
Reputacja: 0
Kibicuję: cloner

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Martinho » 20 lip 2008, 16:56

Łukasz_ pisze:186 piw średnio wypija Polak rocznie. Co o tym myślicie ?
ja wiem czy to tak duzo?j akbysmy nawet co weekend w sobote pili 3-4 to nam wyjdzie taki wynik... Wcale taka oszalamiajaca liczba nie jest, jedyne co mnie zdziwilo to dopiero 4 miejsce w Europie :lol:

Awatar użytkownika
Łukasz_
Kapitan
Kapitan
Posty: 3563
Rejestracja: 12 wrz 2005, 19:59
Reputacja: 0
Lokalizacja: Czechowice-Dziedzice

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Łukasz_ » 20 lip 2008, 17:13

Nie napisałem że to dużo. W mojej praktyce wręcz mało.

Awatar użytkownika
Martinho
Internetowy napinacz
Posty: 4676
Rejestracja: 21 lut 2006, 9:16
Reputacja: 0
Kibicuję: cloner

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Martinho » 20 lip 2008, 18:10

Łukasz_ pisze:Nie napisałem że to dużo.
A czy ja napisalem zwe ty twierdzisz ze to duzo? Chodzilo mi o odniesienie sie do artykulu nie wszyscy musza mowic akurat o tobie [`]

Awatar użytkownika
Mentor
Zajebiaszczo
Posty: 16481
Rejestracja: 28 lut 2005, 13:15
Reputacja: 18

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Mentor » 29 lip 2008, 14:13

http://wyborcza.pl/1,75480,5494910,Ten_od_wala.html
Dwóch Polaków w historii noszono na rękach na placu Czerwonym. Pierwszym był hetman Żółkiewski. Drugim - ja. Rozmowa z Władysławem Kozakiewiczem, mistrzem olimpijskim z 1980 roku w skoku o tyczce

Po co pan w ogóle tego wała pokazywał?

- A czy ja go zaplanowałem!? To była spontaniczna reakcja na wszystko, co działo się w Moskwie. Oszustwa sędziów, ciężka atmosfera w wiosce olimpijskiej, zachowanie kibiców na stadionie... Nosiłem to w sobie.

W dniu konkursu wszystko było już na ostrzu noża. Wystarczyła iskra, którą okazali się kibice. Gwizdali na wszystkich oprócz swoich. Powiecie, że wszędzie gwiżdżą. Ale uwierzcie - jak gwiżdże 40 tysięcy ludzi, to już jest huk. Zaczynało się niezbyt głośno, ale w miarę pokonywania rozbiegu gwizd narastał. Atmosfera zrobiła się nie do zniesienia.

Mówi pan o oszustwach. Wiedzieliście wtedy np. o tym, że podczas konkursu rzutu oszczepem przed próbą zawodnika ZSRR organizatorzy otwierali bramę stadionu na Łużnikach, bo dzięki temu zrywał się wiatr i oszczep dalej leciał?

- Tak było. A po próbie ich zawodnika bramę znowu zamykano... Ale to jeszcze nic. W Moskwie sędziowie oszukiwali na każdym kroku. Weźmy trójskok. Konkurs powinien wygrać Brazylijczyk Oliveira - rekordzista świata, nie do pobicia. A tu sensacja - wygrywa dwóch Rosjan, Oliveira trzeci. Jak to się mogło stać?! Brazylijczyk oddał tylko jeden ważny skok, pięciu nie zaliczyli mu sędziowie. Ale nie dlatego, że spalił. Załamany chłop pod koniec konkursu to już odbijał się z pół metra przed belką. Tylko że wtedy obowiązywały jeszcze stare reguły, które przy drugim kroku zabraniały dotykania podłoża przez nogę zakroczną. Jak się skakało na żużlu, to po czymś takim zostawał ślad. A na tartanie co? Nic nie widać. Więc Oliveira skakał, lądował daleko, sędzia przy rozbiegu spoglądał w stronę tego przy piaskownicy, ten kręcił głową i dopiero wtedy szła w górę czerwona chorągiewka, że skok niezaliczony. Widać za daleko skoczył, cholera.

Albo taki ruski skoczek w dal - Podłużnyj się nazywał. W eliminacjach spalił wszystkie trzy próby. I co? Dostał... czwartą próbę. Do finału wszedł, a tam zdobył brąz.

Idziemy dalej - dysk. Najlepszy był Schmidt z NRD. Rzuca, mierzą mu rzut. Ale potem rzuca Rosjanin. A dysk się przecież nie wbija w murawę, jak oszczep, ale po prostu odbija od niej kilka razy. No i sędziowie szukali, gdzież się ten dysk odbił... A że znaleźli nie to miejsce, gdzie odbił się po raz pierwszy - kto to wtedy mógł im udowodnić? Cały świat się oburzał na takie rzeczy.

Ale akurat tyczka to wymierny sport, tu chyba trudno o oszustwa?

- Na rozbiegu stoisz 40 m od poprzeczki. Czy tam postawią ci wysokość 5,50 m czy 5,60 - z daleka wygląda tak samo. Mogę sobie tylko myśleć - cholera, te 5,50 jakoś wysoko dzisiaj... Nie mogli swojemu, zamiast 5,70, postawić 5,65, a mnie 5,75? Żaden sędzia z miarką nie sprawdzał, ile naprawdę jest. Zresztą nie tylko o to chodzi. Później się okazało, że wszyscy sędziowie, którzy obsługiwali skok o tyczce, to byli radzieccy trenerzy tej dyscypliny. Wszyscy. Przed skokiem swojego zawodnika rzucali np. trawkę - pokazywali, jaki jest wiatr. Wtedy to było niedozwolone, taka pomoc groziła dyskwalifikacją. Mój trener siedział wtedy na trybunach. Jakby coś mi podpowiedział, zostałbym zdyskwalifikowany.

Do Moskwy nie przyjechało wiele reprezentacji, bojkotując igrzyska po agresji ZSRR na Afganistan.

- Dla nas, sportowców, tematu bojkotu nie było. Zupełnie jak teraz przed Pekinem - sportowiec jest poza tym wszystkim. Każdy z nas przygotowywał się na olimpiadę. Nie chcą jechać - trudno. Olimpiada i tak się odbywa. Też byliśmy przeciwko Ruskim, ten Afganistan też nam nie leżał, ale... Co nas to w tym momencie obchodzi, gdzie jest olimpiada. Przecież nie myśmy wymyślili, żeby była akurat w Moskwie.

W niektórych dyscyplinach bojkot kompletnie przewrócił klasyfikację. Weźmy jeździectwo. Taki Kowalczyk zdobył złoto w skokach, a gdyby byli wszyscy najlepsi - skończyłby w trzeciej dziesiątce. Ale w tyczce akurat startowali wszyscy najlepsi.

A w wiosce olimpijskiej faktycznie było pusto. Cztery lata wcześniej startowałem na igrzyskach w Montrealu. Tam był taki kocioł, że głowa boli. W wiosce wszystko się gotowało, gdy się przechodziło, trzeba było się przeciskać. Tam poznałem np. Fibingerovą - mistrzynię olimpijską w kuli, z którą przyjaźniliśmy się potem przez wiele lat. Spotkaliśmy się na siłowni. Ja tu w leżeniu wyciskam 110 kg, ale ledwo, ledwo - oczy mi z orbit wychodzą. A ona przyszła i to 110 podrzuca seriami. A potem jeszcze przysiady ze sztangą robi. Mówię: "Helena, Jezu, jaka ty jesteś silna". A ona padła mi w objęcia - to był dla niej największy komplement. Jakbym powiedział: "Jaka ty jesteś piękna", tobym po mordzie pewnie dostał. A tak - doceniła szczerość.

W Moskwie na każdym kroku towarzyszyli wam mundurowi - żołnierze, milicja, ochrona. Po tragedii na igrzyskach w Monachium w 1972 roku środki ostrożności były konieczne.

- I dobrze, o to nikt nie ma pretensji. Ale oni przegięli pałę. Tam dochodziło do paranoi. Przykład. W wiosce reprezentacje miały swoje kilkunastopiętrowe bloki. Myśmy mieli taki jeden, z trzema wejściami, dla męskiej części reprezentacji, i gdzieś dalej blok tylko dla kobiet. Powiedzmy, że miałem jakąś sprawę do Mariana Woronina, który mieszkał w klatce obok. Wychodzę z mojej klatki i idę do tej, w której mieszka Woronin. Przecież przez okno nie będę krzyczał. I co? Pilnujący tej drugiej klatki schodowej żołnierz mówi mi, że nie wolno! Jak nie wolno? Z klatki do klatki? Przecież do kolegi idę. "Nie, ty mieszkasz tam, po co do kolegi? To się spotkajcie na dole". Powariowali - myślę - czy co? Oni mieli listy ze zdjęciami sportowców i wiedzieli, kto gdzie mieszka. Mogliśmy się poruszać tylko w swoich klatkach. A i z piętra na piętro nie za bardzo. Na każdym był strażnik i nie-

zbyt mu się takie spacery podobały.

W Montrealu to myśmy 24 godziny na dobę żyli. Nie było minuty wolnego. Jak ktoś skończył startować, to się bawił. W Moskwie też była dyskoteka, ale o 22 zamykali. Opowiadał mi kolega: dyskoteka na całego, a tu o 22 przychodzą i mówią, że trzeba kończyć. Nikt ich nie posłuchał, to wyłączyli światło. Ale komu to przeszkadza - jest muzyka, to można się bawić. To wykręcili korki. Zrobiło się cicho, ciemno, a do sali weszło z 50 chłopa i tak leciutko, delikatnie, krok za krokiem, posuwając się zwartym szeregiem, wypchnęli bawiących się na dwór. Ci nie chcieli się poddawać - jakiś Australijczyk przyniósł magnetofon i zabawa rozpoczęła się na nowo, tym razem już pod chmurką. No to magnetofon też zabrali. I co? Trzeba było iść spać.

Naprawdę dziwnie wyglądała ta wioska. Po konkursie olimpijskim wróciliśmy już po północy. A tam ciemno i cicho tak, że aż strach iść. Ja bym tam chętnie darł mordę ze szczęścia, jakby tylko ktoś się z okna wychylił. A tu nie wolno. W naszym bloku na szczęście cała komanda już czekała - chociaż oczywiście tylko z naszej klatki. Parę szampanów się polało. W końcu było to nasze pierwsze złoto na tych igrzyskach.

Z tego powrotu pamiętam taką śmieszną scenę. Żeby tam wejść, musieliśmy przejść przez bramkę, jak na lotnisku. A tu moja torba robi "piiip". Strażnik pyta, co tam jest. No jak to - wyciągam. A oni - niemożliwe! "Zołotoj, posmatri" - tak sobie ten medal pokazywali.

Mogliście wychodzić z wioski olimpijskiej do miasta?

- To mogliśmy. Chodziliśmy po placu Czerwonym i paru ulicach naokoło. Słyszeliśmy już wcześniej - bo takie plotki po wiosce krążyły - że około 3 milionów mieszkańców Moskwy miało być wysiedlonych na czas olimpiady. Nie wiadomo, gdzie, i nie do końca wiadomo, po co. Może tylko tych biedniejszych, żeby zachodni turysta nie widział biedy w stolicy? W każdym razie faktycznie było dziwnie pusto. W bocznych ulicach, na które nie można było wchodzić, bo odgrodzono je taśmami, widzieliśmy okna zaklejone gazetami. Przygnębiające wrażenie. Jakby cała ulica była przeznaczona do wyburzenia.

Na placu Czerwonym byłem dzień po konkursie olimpijskim, Leszek Fidusiewicz robił mi sesję zdjęciową. Jak mnie zobaczyli polscy turyści, to złapali i zaczęli podrzucać na rękach. I jeszcze do tego śpiewając "Jeszcze Polska nie zginęła". Przy Mauzoleum Lenina! Tam przecież nie można było nawet głośno rozmawiać. Lecąc tak w górę, widziałem, jak w naszą stronę biegną milicjanci, żeby sprawdzić, co się dzieje. Jestem drugim Polakiem w historii, którego podrzucano na rękach na placu Czerwonym. Pierwszym był hetman Stanisław Żółkiewski.

Wróćmy do historycznego konkursu skoku o tyczce. Był pan jednym z faworytów.

- Takich jak ja było jeszcze kilku. W polskiej ekipie, jeśli liczono na medal, to stawiano raczej na Tadka Ślusarskiego, mistrza z Montrealu. Ja wprawdzie pobiłem w maju w Mediolanie rekord świata, skacząc 5,72 m, ale potem miałem kontuzję, a przed olimpiadą mój wynik poprawili dwaj Francuzi, doprowadzając rekord do 5,77.

30 lipca, dzień konkursu. Budzi się pan rano i...

- Zaraz, zaraz... Wcześniej była jeszcze noc. Położyłem się do łóżka o 22, jak należy. No i czekam na sen, a tu nic. Godzina 23, północ, pierwsza. Tak koło pierwszej słyszę, że drzwi skrzypią i po cichu wchodzi Jacek Wszoła - akurat przyleciał, bo startował później ode mnie. "Jacek, pal światło, i tak nie śpię" - mówię. I zaczęliśmy gadać. Położyliśmy się w końcu o piątej, a o 7.30 musiałem już wstać, bo konkurs zaczynał się w południe. Jak wstałem, wpadłem w panikę - najważniejszy start w życiu, a ja w ogóle nie spałem! Wtedy dopiero zacząłem się bać. Poszedłem na śniadanie, ale nic nie mogłem zjeść. Potem było jeszcze spotkanie z dziennikarzami. A oni mi mówią, że w biurze prasowym obstawiali, kto zdobędzie medal, i na mnie... nikt nie postawił. No to dziękuję bardzo. Nie mogłem już zdania złożyć. A spylajcie - mówię. Dół miałem straszny.

Na stadionie treningowym truchtam, robię wszystko, co trzeba, ale bez humoru. Głodny, niewyspany, zdołowany, zdenerwowany. Wchodzę na stadion, wyciągam tyczkę, staję na rozbiegu do skoku próbnego i... - w tym momencie odeszło wszystko. Poprzeczka, rozbieg, założenie, nogi do góry i 5,30 jest! Oddałem tylko jeden próbny skok, bo w Montrealu w drugim rozwaliłem nogę. Teraz poszło dobrze w pierwszym, to po co kusić los. Tyczka do rurki, usiadłem sobie i oglądałem zawody. Tyczka tego dnia jakby w ogóle mnie nie interesowała, pilnowałem tylko swojej kolejki. Zdenerwowanie zeszło całkowicie. Ja - wyluzowany, wszystko wiem, co, gdzie, kiedy, kto i ile skoczył albo w ile pobiegł.

Na rozbiegu nie można było ani kredą, ani plastrem nic zaznaczać. Wszelkie oznaczenia zawodników - z którego miejsca ruszają - musiały stać z boku. Pomyślałem: a jak przyjdzie jakiś Ruski i mi przestawi? Dlatego już w kwalifikacjach wziąłem czarny gruby mazak i na tartanie zaznaczyłem swój początek rozbiegu. Tak grubo namazałem, że chyba do dziś ta krecha jest widoczna na Łużnikach. W każdym razie w finale była. Nikt oczywiście nie wiedział, że to moja, bo mogliby mnie zdyskwalifikować. Za wszystko mogli.

5,35 zaliczyłem w pierwszej próbie. Potem skok po skoku - wszystkie były takie same. 5,50 - w pierwszej próbie. Wtedy też zaczęli gwizdać kibice. 5,55 opuściłem. Skoczył za to Ślusarski i prowadził. 5,60 - ja znowu w pierwszej próbie. 5,65 - oczywiście w pierwszej. Do tego lista startowa tak się ułożyła, że zawsze skakałem jako pierwszy. Po tym skoku już było dobrze. Swój wynik zrobiłem, a tu po kolei wszyscy zaczęli zrzucać. To spokojnie siadłem, zaczynało być bardziej wesolutko, teraz oni musieli skoczyć wyżej ode mnie. Jednym okiem patrzyłem, jak wszyscy po kolei strącają. W końcu 5,65 skoczyło czterech zawodników, ale tylko ja w pierwszej próbie. Czyli prowadzę, ale mogę jeszcze skończyć bez medalu. Następna wysokość - 5,70. Skaczę oczywiście jako pierwszy i... zaliczam w pierwszej próbie. Wielka radocha. I wtedy pokazałem wała. Po raz pierwszy.

Na stadionie żadnej reakcji, nikt tego nie zauważył. Co innego w telewizji. Tam zobaczył to cały świat. A w Polsce miało to znaczenie dodatkowe - wszyscy wiemy, jakie. Polak pokazał Ruskim wała. I to jeszcze w Moskwie!

5,70 już nikt nie skoczył. Został tylko Wołkow, który ostatnią próbę zostawił sobie na 5,75. Z Wołkowem miałem wcześniej takie małe spięcie w Sindelfingen, podczas halowych mistrzostw Europy. Byłem tam czwarty, a on wygrał. Po zawodach podchodzi do mnie i mówi: "No, uważaj, jak do Moskwy przyjedziesz. Nie masz żadnych szans". No to chciałem mu pokazać, jak się mylił.

Tyle że 5,75 ja skaczę pierwszy, a on po mnie. Jak nie skoczę, a on skoczy, może być po złocie. A już tak fajnie było. Stanąłem na rozbiegu, popatrzyłem, pobiegłem. Dokładnie tak samo jak wcześniej - przeleciałem nad poprzeczką, nawet jej nie dotknąłem. I wtedy pokazałem wała nr 2.

Wołkow mógł jeszcze przenosić swoją próbę na 5,80, ale nie, zdecydował się skakać. W górę wyszedł pięknie! Ale tylko w górę, nie było przelotu nad poprzeczką. Wygrałem!

Poprosiłem jeszcze o 5,78. Tak dobrze szło, więc chciałem pobić rekord świata. Udało się, tym razem w drugiej próbie. Pamiętam, że publiczność ciągle gwizdała. Ale już tym razem wała im nie pokazałem.

Tego dnia schudłem cztery kilogramy. Wszystko przez stres.

Kiedy dotarła do pana waga tego wała, którego pokazał pan - jak wielu uważało - całemu Związkowi Radzieckiemu?

- Na początku nie zdawałem sobie sprawy, jak to zostało odebrane. Pamiętam, że po zawodach poszliśmy - Ślusarski, który zdobył ex aequo z Wołkowem srebrny medal, Klimczyk, który był piąty, i ja - do studia telewizyjnego. Program prowadził Hopfer. My opowiadamy , a telewidzowie jeszcze raz widzą nasze skoki. No i wał też leci. W tym momencie mówię: "A to było dla..." i czuję, jak Hopfer kopie mnie pod stołem. A potem sam mówi, zawieszając głos "Tak, właśnie, to było...". I przechodzi do następnego tematu. A chciałem powiedzieć, że to było dla tej publiczności.

Awantura zaczęła się dzień po konkursie. Dowiedziałem się, że Borys Aristow, ambasador radziecki w Warszawie, zadzwonił z pretensjami, że obraziłem cały naród radziecki i trzeba mnie dożywotnio zdyskwalifikować i odebrać medal. Gierek zadzwonił do szefa naszej ekipy Mariana Renke z pytaniem, co się stało, dlaczego pokazałem tego wała. Zresztą Gierek był kilka dni wcześniej u nas w wiosce olimpijskiej i rozmawialiśmy przez chwilę. Życzył sukcesów...

Renke wezwał mnie do siebie i mówi: "Co teraz? Mamy duży problem". Wspólnie zastanawiamy się, co tu robić. A może ja tak normalnie robię, jak wygrywam? A jak biję rekord świata, to już ho,ho. Renke mówi: "A może ręka cię zabolała?". No jak zabolała - przecież dokładnie widać, że to wał. "No tak, ale nie do publiczności, broń Boże - do poprzeczki!". Kombinowaliśmy, co zrobić. Teraz luźno to opowiadam, ale wtedy miałem problem. Przecież nie mogli mi odebrać medalu! Oficjalna wersja w końcu poszła taka - że ja tak normalnie robię, zawsze. Zawsze do poprzeczki, oczywiście.

Uwierzyli?

- Musieli.

A po powrocie do kraju...

- Na oficjalnym powitaniu wracających z Moskwy sportowców to nawet niektórzy dygnitarze na boku klepali mnie po plecach i mówili: "Ale dobrze, że pan Ruskim wała pokazał".

Ale szybko się zaczęło. Np. nie dostawałem paszportu. I nie wiadomo dlaczego: "nie ma paszportu, nie załatwiliśmy ci, nie jest ważny, nie jest jeszcze gotowy". I siedź w domu. A mityngi zagraniczne to była dla nas możliwość dorobienia. Organizatorzy płacili nam startowe pod stołem - różnie, od 100 do 2000 dolarów.

Zresztą ze mną zawsze były jakieś problemy. Ciągle się wychylałem. Pamiętam, jedna z gazet na Zachodzie zapytała mnie, jak to w tej Polsce jest. "Za dużo, żeby umrzeć, za mało, żeby żyć" - mówię. A na drugi dzień duży tytuł na pierwszej stronie. Ale w kraju nic mi nie mogli zrobić, bo byłem za mocny. Cały czas byłem najlepszy.

Za medale mieliście obiecane samochody.

- Za złoto - polonez, srebro - duży fiat, a brąz - mały. Ale na oficjalnym powitaniu sportowców Babiuch już na początku powiedział, że "musimy oszczędzać i nie będzie samochodów". I nic nie dostaliśmy. Wcześniej okazało się jeszcze, że na bankiet nie mogą z nami wejść żony. No i zostały na zewnątrz. Wszyscy chrzanili ten bankiet. W pewnym momencie Jacek Wszoła zaczął pakować sobie do kieszeni kabanosy. Tak ostentacyjnie, żeby wszyscy widzieli. Babiuch do niego z uśmiechem: "Panie Jacku, niech pan je, wystarczy dla wszystkich". A Jacek na to: "Ale tam żona na dole czeka. Od dwóch lat tego nie widziała". Głupio Babiuchowi się zrobiło. Ale żon i tak nie wpuścili.

Ale po igrzyskach ulicami spokojnie pan przechodzić chyba nie mógł?

- Nie można tego z niczym porównać. To było coś niesamowitego, coś pięknego. Idziesz sobie ulicą i wszyscy, dosłownie wszyscy - stary, młody, gruby, chudy - jak tylko cię zobaczą, robią wielkie oczy i zaczynają pozdrawiać. Tak sytuacja: idzie z pracy, objuczona siatami, zmaltretowana, zmęczona kobieta. Nagle patrzy: "Niemożliwe! Kozakiewicz!". Rzuca siatki i robimy niedźwiedzia, buzi-buzi. Bierze siaty i idzie dalej. Coś niesamowitego.

To i pewnie bez kolejki pan kupował?

- W każdym sklepie mogłem. Kolejka straszna, a tu słyszę: "Panie Władku, pan pójdzie tam do przodu". I to wszyscy, jak jeden, chcą, żebym stanął pierwszy. Czy wyście powariowali? Gdzie ja, czerstwy cham, będę przed wami stawał. Ni cholery, mogę sobie postać w kolejce. No i stawałem. Od razu zaczynałem rozdawać autografy, opowiadałem o olimpiadzie. Kolejka znikała, za to wokół mnie robiło się tłoczno. Dopiero jak przyjeżdżał towar, ludzie wracali do kolejki, a ja z nimi.

Pamiętam też taką fajną historię ze Szczecina. Wchodzimy z żoną do rzeźnika kilka minut przed zamknięciem. A tam oczywiście gołe haki. Chcemy wychodzić, ale ekspedientki poznały mnie i mówią, żebyśmy zaczekali, może coś jeszcze znajdą. I wychodzą na zaplecze. Po chwili jedna wraca z podhalańską. Zza drzwi słyszę głos: "Co ty, głupia, swoją oddajesz?". Ale od następnej dostajemy boczek, potem coś jeszcze. Wyszliśmy z pełnymi siatami.

Zresztą ludzie rozpoznają mnie na ulicach do dziś. Starszy idzie z młodszym i słyszę, jak mówi: "O, patrz, to Kozakiewicz. Wiesz kto to?". A młodszy odpowiada od razu: "A, to ten od wała".

Chcąc nie chcąc, stał się pan ikoną "Solidarności".

- Chciałem nawet być kojarzony z nimi. Byłem za przemianami, solidarnie ze wszystkimi. Chociaż trzeba też powiedzieć, że później to za sprawą "Solidarności" wyrzucili wszystkich sportowców z etatów w państwowych przedsiębiorstwach. Tak, tak, "Solidarność" w pewnym okresie zniszczyła sport. Bo my byliśmy wszyscy na etatach. Ja - od 1973 roku w Stoczni Komuny Paryskiej, zatrudniony jako kompletator narzędziowy. Oczywiście nie przepracowałem ani jednego dnia. Ale znałem się ze wszystkimi pracownikami na moim wydziale. W końcu oni za mnie pracowali... Jak przychodziłem po pensję, zawsze ich odwiedzałem z półlitrem w kieszeni. Siadaliśmy, gadaliśmy. Mówili, że jestem równy chłop, bo innych sportowców u nich zatrudnionych to nigdy nie widzą. A tacy piłkarze zarabiali przecież dziesięć razy więcej niż ja.

Gdzie zastał pana stan wojenny?

- W Zakopanem, na zgrupowaniu. To był szok. Ale później wszystko to toczyło się trochę obok nas. My, sportowcy, mimo wszystko cieszyliśmy się większą wolnością. Oczywiście, na początku pewnie mnie pilnowali. Ale jak zobaczyli, że nie jestem jakimś tam anarchistą, to dali spokój. Życie trwało, a my bez problemów wyjeżdżaliśmy na zagraniczne mityngi. Oczywiście ja wyjeżdżałem, jak mi akurat dali paszport.

Początek lat 80. to czas, gdy doping w lekkiej atletyce stał się prawdziwą plagą. Jak było w Polsce?

- U nas zaczęło się przed mistrzostwami świata w Helsinkach, w 1983 roku. Przynajmniej ja się wtedy z tym zetknąłem. Sikaliśmy przez cztery dni do takich dużych butli. Nie mam pojęcia, na co potrzebowali aż tyle tego. Później trzeba było przyjść na wytrzymałościowe badania. Siadało się na rowerze, przyczepili rurę tu i tam i trzeba było pedałować. Po pierwszym teście zbuntowaliśmy się z Tadkiem Ślusarskim. Zaczęliśmy się stawiać - my już po trzydziestce, a wy nas dopiero zaczynacie badać? Odmówiliśmy tego pedałowania - mówiąc szczerze, nie chciało nam się. Wtedy usłyszeliśmy, że jak chcemy się przygotować na mistrzostwa świata, to mamy się zgłosić tam - pokazano nam jedne drzwi - do konkretnego lekarza. Jacek Wszoła, "Ślusarz" i ja odpuściliśmy i nigdzie nie poszliśmy. Uważaliśmy, że nam to niepotrzebne, bo i tak jesteśmy najlepsi. Jak w końcu przyszły wyniki badań, zawołał mnie szef wyszkolenia i pyta: "Co ty bierzesz?". "Jak to co?". "Masz najlepsze badania ze wszystkich, jakbyś się już nakoksował". A ja po prostu mam geny po ojcu - taki czerstwy cham. W życiu nie chorowałem.

Ale na tamtych mistrzostwach w Helsinkach mi nie poszło. Przetrenowałem. W ostatnich tygodniach troszkę zluzowałem i forma wracała, ale nie zdążyła. Byłem ósmy, skoczyłem 5,50. Wygrał Bubka, zaliczył o 20 cm więcej.

W 1984 roku przygotowywaliście się do igrzysk w Los Angeles.

- Wszystkie kraje socjalistyczne po kolei przystępowały do bojkotu: ZSRR, Czechosłowacja, NRD... W końcu z naszego bloku zostały tylko Polska i Rumunia. Pamiętam, że trenowaliśmy akurat na zgrupowaniu we włoskiej Formii i po cichu liczyliśmy, że Polska wyłamie się z bojkotu. W 1984 roku byłem w życiowej formie - szybszy, skoczniejszy, tyczki łapałem na wysokości 5,10 m. Nie było na mnie silnych. Skakałem na trzech mityngach z rzędu 5,70, 5,70 i 5,75.

Byliśmy akurat na obiedzie. Jakiś Włoch leci nagle z wiadomością "Polska zbojkotowała". Przy stoliku siedzieliśmy we czterech - Tadek Ślusarski, Mariusz Klimczyk, Zbyszek Radzikowski i ja. Wszyscy tyczkarze. Zawołaliśmy kelnera: "Una botella vinello" dla każdego. Siedzimy załamani i sączymy to wino. Nagle stół zaczyna latać na różne strony. Patrzymy na to wino - co za czort... Mocne takie czy jak. A z restauracji wszystkich wymiotło. Dopiero po jakimś czasie dotarło do nas, że przeżyliśmy trzęsienie ziemi. Szkoda tej olimpiady...

- Przy pierwszym winie tam, w Formii, myśleliśmy jeszcze, żeby rzucić trenowanie. Ale przy kolejnej butelce stwierdziliśmy, że wracamy do roboty. A igrzysk pewnie, że szkoda. Zwycięzca skoczył 5,75, do brązu wystarczyło 5,65. Gdybyśmy pojechali...

Dla pocieszenia zorganizowano wam Zawody Przyjaźni, w których startowali zawodnicy z tych krajów, które zbojkotowały igrzyska.

- Pojechaliśmy do Moskwy. Ale dla mnie to były żarty, pojechałem, bo musiałem. Mieszkaliśmy w hotelu Rossija. Codziennie siadałem sobie w barze i zamawiałem kilo kawioru, jednego szampana na stół i trzy do lodówki. I cały dzień rąbałem tę michę kawioru. Kilogram kosztował ze 3-5 rubli. Jak ktoś przechodził, zapraszałem do towarzystwa. Na zawodach, które odbywały się na Łużnikach, tych samych, co cztery lata wcześniej, oddałem jeden skok. Skoczyłem 5,50 i spakowałem tyczki. Wygrać i tak bym nie wygrał. Wołkow skoczył wtedy 5,85.

Potrzebna była panu ta manifestacja? Jesienią pana zdyskwalifikowali.

- Ale oficjalny powód był inny. Zresztą absurdalny. Zarzucono mi, że po Zawodach Przyjaźni pojechałem na zagraniczne mityngi bez pozwolenia związku. A ja byłem wtedy kierownikiem ekipy. To jak mogłem nie mieć pozwolenia? Pamiętam, że byliśmy właśnie w Brukseli, gdy przyszło polecenie ze związku, że mam natychmiast wracać. Wezwali mnie przed komisję, ale nie chcieli słuchać moich tłumaczeń. W końcu kazali wyjść z sali, żeby mogli się naradzić. Siedziałem za takimi przeszklonymi drzwiami i wszystko słyszałem. M.in.: "Żeby tylko nie pomyślał, że się go boimy...". No i zdyskwalifikowali mnie na pół roku.

Dyskwalifikacja skończyła się w marcu 1985 roku. Miałem mnóstwo zaproszeń na zagraniczne mityngi. Ale kiedy przyszło do układania planów startowych, dowiedziałem się, że pojadę, jak skoczę 5,70. A skąd ja mogę wiedzieć, czy tyle skoczę? Wściekłem się i na kartce papieru napisałem rezygnację ze współpracy z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki. Oni chyba nie wzięli tego poważnie, ale ja nie żartowałem.

Wtedy zdecydował się pan na ucieczkę z kraju?

- Jaką ucieczkę?! Akurat mieliśmy ważne paszporty, więc całą rodziną, córki miały 5,5 i 1,5 roku, wsiedliśmy do samochodu, tyczki na dach i pojechaliśmy do Niemiec, do znajomego. Nie myśleliśmy o zostawaniu na Zachodzie. Po prostu pojechaliśmy na urlop. Dla mnie pracowity - bo chciałem startować na mityngach, gdzie zarabiałem do 5 tys. dolarów za start. Do PZLA już nie należałem, więc uznałem, że żadna zgoda nie jest mi potrzebna. Poczułem się mocno - jak instytucja.

Wystartowałem dwa razy, napisali o tym w gazetach, no i dotarło to do związku. Natychmiast nałożyli na mnie dyskwalifikację. I wtedy uznano, że uciekłem. Zabrali mi wszystko - zablokowali konta, zaplombowali mieszkanie. Mama i siostra mogły z niego wynieść tylko to, co było pod ręką. Sztućce jakieś... Ojca milicjanci siłą wyprowadzili, bo siedział z siekierą i nie chciał wyjść. Potem jakaś menda w urzędzie wykreśliła mnie z zameldowania. Tak po prostu - długopisem. A przecież to było mieszkanie własnościowe! 140 m kw. na pierwszym piętrze w kamienicy przy Świętojańskiej w Gdyni. Nigdy go już nie odzyskałem. Brat zadzwonił z informacją, że nałożyli mi jakiś podatek - 3 mln zł. Potem z tygodnia na tydzień to zadłużenie rosło - było 7 mln, później 11, dochodziło już do 13. Brat mi mówi: "Tylko nie wracaj do Polski, bo pójdziesz siedzieć".

A do mnie zgłosił się akurat klub z Hanoweru z propozycją, bym dla nich startował. Dawali mieszkanie i 3,5 tys. marek stypendium. Mnie mój macierzysty Bałtyk Gdynia zdyskwalifikował, więc zgodziłem się bez namysłu. Jako zrzeszony w klubie znowu mogłem startować.

I zaczął się pan starać o niemieckie obywatelstwo.

- Po sezonie siedliśmy z żoną i zaczęliśmy się zastanawiać, co robić. Ja jestem urodzony w Wilnie, z rodziców Polaków. Ale Ania mówi, że jej babcia mieszkała w Niemczech. Sprawdziliśmy i faktycznie - dziadek i babcia pochodzili z Zagłębia Ruhry. Żona szybko dostała obywatelstwo, a że byliśmy już więcej niż pięć lat po ślubie, automatycznie również i ja. W kwietniu 1986 roku było po wszystkim. Polskiego obywatelstwa się nie zrzekłem. A z niemieckiego związku dostałem zgodę na starty w mistrzostwach kraju. Trzy razy z rzędu byłem mistrzem Niemiec.

W polskich mediach okrzyknięto pana zdrajcą.

- Wiem, choć sam nie czytałem, żeby się nie denerwować. Rodzina mi mówiła, co o mnie piszą.

Jako obywatel Niemiec mógł pan startować w reprezentacji tego kraju.

- Tak, z wyjątkiem igrzysk oraz mistrzostw świata i Europy. Przepis mówił wyraźnie: jeśli ktoś wystartował w barwach jednego kraju, nie mógł już później reprezentować innego. No, chyba że ten pierwszy się zgodzi, ale Polacy oczywiście się nie zgodzili. A mogłem jechać choćby na igrzyska do Seulu - skoczyłem minimum, 5,70.

Pozostawały mecze międzynarodowe.

- W sumie czterokrotnie wystąpiłem w reprezentacji Niemiec. W takich właśnie meczach.

Ale debiut miał pan mocny - w spotkaniu przeciwko... Polsce.

- To był trójmecz Polska - Francja - Niemcy, 1987 rok. W barwach Polski skakali wtedy Kolasa i Chmara, obaj uzyskiwali ponad 5,80. Niemcy pytali mnie, czy chcę wystąpić. Odpowiedziałem, że z miłą chęcią skopię im tyłki, jeśli tylko dam radę. Była mobilizacja, chociaż tak naprawdę nigdy nie skakałem przeciwko komuś. Dla mnie przeciwnikiem była poprzeczka. Ale startowałem, żeby wygrać. Tych zawodów nie wygrałem, byłem drugi. A Polacy zajęli ostatnie miejsca.

Czuł pan coś specjalnego, wychodząc na stadion w niemieckiej koszulce?

- Emocji nie było, może trochę głupawo się czułem z tą gapą na piersi.

W ostatnich latach kariery stał się pan mentorem dla Siergieja Bubki, już wtedy najlepszego tyczkarza świata.

- Bubka był już mistrzem świata, ale tkwił jeszcze głęboko w ZSRR. Za start na mityngu dostawał 50 dolarów, resztę brali jego "opiekunowie". Ja miałem 3 albo 4 tys.! A chłop skakał po 20 cm wyżej ode mnie, rekord za rekordem. Kiedyś pożalił mi się, że zabierają mu jego pieniądze. To mówię, że mogę porozmawiać z organizatorami, może coś się uda załatwić. "Tylko żeby nikt nie wiedział" - odpowiada.

Idę do jednego i pytam: "Ile zapłacicie Bubce?". A on do mnie, że za niego pieniądze dostaje związek. "To niech związek skacze. Jeżeli Bubka nie dostanie pieniędzy, to nie będzie skakał albo zerówkę zasunie" - czyli nie zaliczy żadnej wysokości. "A ile on chce?". "Piątkę (5 tys. dolarów), a za rekord świata następną...". No i zgodzili się. Jak powiedziałem o tym Bubce, to rwał jak szalony. Jeździliśmy z mityngu na mityng - tam, gdzie ja byłem, dostawał pieniądze. A ja byłem praktycznie wszędzie. Trwało to ze dwa-trzy lata. Pieniądze brałem na siebie i dawałem Bubce do ręki. Trochę zarobił, bo i bił tych rekordów mnóstwo.

Pan karierę zakończył w 1989 roku.

Pan karierę zakończył w 1989 roku.

- We wrześniu, po jednym z moich ulubionych mityngów - w Kolonii. Każdy ma kiedyś swój koniec. Pamiętam dokładnie, kiedy nadszedł mój. Stałem na rozbiegu i czułem się taki zmęczony, nogi już nie chciały chodzić. Pomyślałem sobie: "Po cholerę ja tu jestem, dlaczego muszę tu skakać?". I zrozumiałem, że to koniec. Po zawodach spakowałem tyczki i wróciłem do domu.

Miał pan pomysł, co dalej?

- Wyjechaliśmy z Polski każde z jedną torbą. W Niemczech zaczynaliśmy wszystko od nowa. Nie powiem, trochę udało się zarobić. Jakiś czas można było z tego przeżyć, ale na pewno nie całe życie. Ale sytuację mieliśmy dobrą - żona jest po AWF, tak jak ja. W Niemczech skończyła szkołę rehabilitacji i do tej pory prowadzi praktykę. Mój klub zaproponował mi, bym został trenerem. Przy okazji zostałem też trenerem całego landu. Odpowiadałem tam za skok o tyczce dziesięcioboistów. Po jakimś czasie przyszły wyniki, moi zawodnicy wygrywali mistrzostwa Niemiec - miałem trzy złote medale, dwa srebrne. Zawodników skaczących ponad 5 metrów wychowałem kilkunastu. A w wielu wypadkach zaczynaliśmy od zera.

Zakończyłem tę pracę, bo klub nie mógł już płacić. Otworzyłem wtedy studio fitness. No i poważnie zająłem się menedżerką. Biuro urządziłem w domu - przy faksie. Miałem ponad 30 zawodników z byłego ZSRR - oszczepnicy, kulomioci, biegacze, skoczkowie, płotkarze. Załatwiałem im starty na mityngach na całym świecie, pieniądze, a ja miałem z tego procenty - po 20 od każdego. Dzięki długiej karierze znałem chyba wszystkich organizatorów mityngów na świecie, a że się nie kłóciłem, to i kontakty miałem dobre. To był cudowny okres. Nie musiałem trenować, startować, a po świecie jeździłem tak samo jak wcześniej i tak naprawdę - z procentów od moich zawodników - zarabiałem tyle samo. Siedziałem na trybunach, whisky z colą popijałem, a oni startowali.

Po 1989 roku mógł pan już bez problemów jeździć do Polski.

- Pierwszy raz pojechałem w 1990 roku. Na granicy, jak tylko celnik mnie zobaczył, woła: "Witamy, panie Władku". Kilkadziesiąt metrów dalej żołnierz - to samo. A w drodze do Gdyni za szybko jechałem i zatrzymała mnie drogówka. Podchodzi policjant i: "A pana skąd tu przywiało?! Szerokiej drogi, panie Władku, tylko proszę uważać". Na ulicach Gdyni było podobnie. Wiele osób podchodziło, chciało porozmawiać. Oczywiście niektórzy pytali, dlaczego wyjechałem. Nie oskarżali mnie o zdradę. Zacząłem przyjeżdżać częściej.

Pamiętam spotkanie w Warszawie z okazji 80-lecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Gala olbrzymia, zaprosili wszystkich, którzy jeszcze mogli chodzić. W programie m.in. bankiet z udziałem prezydenta Kwaśniewskiego. Kilkaset osób, pełno mediów. Nałożyłem sobie czegoś na talerz i stanąłem z boku. Wchodzi prezydent z małżonką, pstrykają aparaty, błyskają flesze. Nagle słyszę: "Panie prezydencie, niech pan stanie koło Kozakiewicza". Stanęliśmy, pogadaliśmy. Miałem potem od niego zawsze zaproszenie na kawkę. I skorzystałem.

W Polsce zaczął pan prowadzić interesy.

- Był rok 1994. Szedłem Świętojańską, reprezentacyjną ulicą Gdyni, i zauważyłem, że nad chodnikami po obu stronach wiszą takie haki. Wieszano na nich transparenty, a ja sobie pomyślałem, że można by tam wieszać reklamy. Poszedłem do urzędu miasta i za grosze wynająłem haki na całej ulicy - miałem sześć par. Powysyłałem do firm na wybrzeżu oferty: "Chcecie reklamę? Ja mam haki". Wszyscy wynajmowali, bez względu na cenę. Zarabiałem wariackie pieniądze.

Potem wpadłem na pomysł, jak wykorzystać plac z boku skweru Kościuszki - kolejnego symbolu miasta. Poszedłem do magistratu i załatwiłem dzierżawę. Plac ogrodziłem, wylałem asfalt i tak powstał 400-metrowy tor gokartowy. Kupiłem we Włoszech gokarty i sprowadziłem do Gdyni. W lecie tłumy waliły. Kasa taka, że głowa boli. Te gokarty to był gdyński przebój. Sama prezydent Franciszka Cegielska lubiła sobie ze mną pojeździć. Dziś na miejscu mojego toru stoi Silver Screen.

Po sukcesach w biznesie przyszedł czas na karierę polityczną. W 1998 roku został pan gdyńskim radnym.

- Cegielska odeszła do rządu Buzka, a prezydentem Gdyni został Wojciech Szczurek. To on zaproponował mi start w wyborach. Trochę się wahałem, ale w końcu zdecydowałem, że przez te kilka lat będę dojeżdżał - przez pół miesiąca będę mieszkał w Gdyni, a drugie pół u siebie, w Bissendorfie. W żadnej partii nigdy nie byłem, ale startowałem z listy AWS, jako sympatyk. W wyborach uzyskałem drugi wynik - po prezydencie Szczurku. Ale nie wytrzymałem nawet całej kadencji jako radny. Po trzech latach powiedziałem, że już nie będę dojeżdżał. Nie dam rady. Dostałem w Niemczech propozycję pracy w szkole.

W szkole?

- W gimnazjum w Elze, 65 km od Bissendorfu, w 2000 roku zmienił się dyrektor. Chciał rozwijać sport. Jeden z nauczycieli znał mnie, bo kiedyś trenowałem jego syna i córkę. A ja przecież skończyłem AWF i w Niemczech nostryfikowałem swój dyplom. I tak pracuję - już osiem lat. W ostatnich trzech latach z moimi podopiecznymi awansowaliśmy do ogólnoniemieckich szkolnych finałów lekkoatletycznych, które co roku odbywają się Berlinie. Startują tam najlepsze drużyny z każdego landu. To efekty mojej pracy.

Do Polski pan nie wróci?

- W życiu przeprowadzaliśmy się już kilkanaście razy, czas na stabilizację. Ten dom kupiliśmy dwa lata temu, powoli sam go przebudowuję. Tu już zostaniemy. Poza tym nie chciałbym, tak jak kiedyś, zaczynać wszystkiego od zera.

Źródło: Duży Format

Awatar użytkownika
Piotr
Pierwszy Skład
Pierwszy Skład
Posty: 460
Rejestracja: 22 gru 2004, 14:34
Reputacja: 0
Lokalizacja: Otwock

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Piotr » 30 sie 2008, 1:23

Bardzo ciekawa historia agenta SB Edwina Myszk.
PLUS MINUS

Wydawca z przeszłością

Wydawca literatury pięknej, miłośnik golfa. Jako robotnik Wybrzeża walczący z komuną w latach 70. zachwycał stołeczną opozycję. Okazał się agentem SB. Czy jako mecenas kultury wymazał już dawne winy?

Gdańskie wydawnictwo Tower Press jest na fali. Po ostatnim tomiku poezji "Tunel" Jacka Kaczmarskiego pojawił się kolejny hit: książka o Benedykcie XVI ukazała się dzień po konklawe. Wydawca z refleksem i smakiem literackim, wysokiej próby - taka jest powszechna opinia. Wydawnictwo publikuje również dokumenty armii Andersa. Dla małej garstki czytelników, ale ważne dla historii. Kim jest wydawca, który wzbogaca naszą wiedzę?

Ludzie Tower Press należą do elity Trójmiasta. Wiceprezes wydawnictwa w tym roku otrzymał nagrodę Splendor Gedanensis, jaką miasto Gdańsk honoruje twórców, animatorów i mecenasów sztuki. Szefem Tower Press jest podobno Edwin Myszk. Bez stanowiska w wydawnictwie.

Prof. Jerzy Limon, anglista, tłumacz dramatów Szekspira, wydał w Tower Press książkę. Poznał tajemniczego wydawcę.

- Spotkałem się dwa razy z panem Myszkiem. Rozmawialiśmy o sprawach kaszubskich i o książkach. Myszk jest bibliofilem. Zbiera książki. Wydaje literaturę i tomiki poezji z zamiłowania. Nie zarabia na tym - mówi prof. Limon.

Kim jest bezinteresowny wydawca, romantyczny miłośnik poezji?

Pod kuratelą SB
O początkach jego działalności wydawniczej niewiele wiadomo. W 1988 roku Edwin Myszk i Nikodem Skotarczak, pseudonim Nikoś (późniejszy szef gdańskiej mafii), zorganizowali na Wybrzeżu podziemne wydawnictwo. Zaczęli wydawać pozycje tropione przez bezpiekę. Wydawnictwo zasypało podziemny rynek książek nie tylko na Wybrzeżu. Nikt nie ścigał "tajnej" oficyny Myszka i "Nikosia". A ukazujące się tytuły, na przykład najnowsza historia Polski Poboga-Malinowskiego czy "Od białego do czerwonego caratu" Kucharzewskiego, rozchodziły się błyskawicznie. Drukowano także materiały NZS.

- Myszk wypuścił nawet Biblię. Rozprowadziły ją parafie - opowiada Krzysztof Wyszkowski, znany działacz opozycji.

Osoba prosząca o zachowanie anonimowości twierdzi: - Myszk i "Nikoś" zarobili olbrzymie pieniądze dla wydawnictwa pod kuratelą SB.

Jak gangster z wydawcą
Jak narodził się egzotyczny duet Myszk i "Nikoś"? Bogdan Borusewicz twierdzi, że obaj znali się od dawna. Na początku lat osiemdziesiątych Myszk był dyrektorem klubu sportowego Lechia. Bywał tam "Nikoś", wtedy już honorowy obywatel Gdańska. Według Borusewicza połączył ich interes - drukowali fałszywe bilety na mecze. Tak scementowała się znajomość późniejszego producenta książek z królem gangsterów. A Myszk przy druku "lewych" biletów zdobywał doświadczenia wydawnicze.

W 1986 roku Bogdana Borusewicza aresztowano. Przywódcę gdańskiego podziemia solidarnościowego wpakowano do celi z Pniewskim, kompanem Myszka. Gdzie Edwin? - spytał opozycjonista. Pniewski wskazał dwie cele dalej.

- Pniewski wyjawił, że Myszka i jego aresztowano za handel samochodami przywożonymi z Niemiec zachodnich. Samochody kradziono i sprowadzano na tzw. słupy, czyli osoby podstawione - relacjonuje Borusewicz.

Sprzedawano je m.in. gdańskiej kurii, a jedno auto nabył syn generała Andrzejewskiego, ówczesnego szefa SB i MO na Wybrzeżu. Na czele gangu stał "Nikoś". Po kilku miesiącach Borusewicz dowiedział się, że Myszka i Pniewskiego wypuszczono z aresztu, a sprawę umorzono.

Po przekręcie z samochodami "Nikosia" Myszk odnalazł się w kościelnej drukarni Stella Maris. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych Arkadiusz Rybicki, znający Myszka z okresu działalności w niezależnym Ruchu Młodej Polski, spotkał go w gdańskiej kurii. Dowiedział się, że Edwin jest wicedyrektorem drukarni Stella Maris.

- Powiadomiłem kurię o jego podejrzanej przeszłości - mówi Rybicki. Ale ta informacja nie przecięła kariery Myszka jako kościelnego drukarza i wydawcy.

Pokochał powielacz
O początkach Myszka jako wydawcy pisze Jacek Kuroń we wspomnieniowej książce "Gwiezdny czas". W 1979 roku Edwin Myszk na ukradzionym opozycji powielaczu wydał dwa fałszywe numery "Robotnika Wybrzeża", pisma Wolnych Związków Zawodowych. Kuroń z kolegami sprawdzili fałszywki pod względem technicznym. "Był to absolutny dowód, że mieliśmy do czynienia z pracownikiem Służby Bezpieczeństwa, i to kadrowym" - napisał.

Historia maszyny, na której Myszk wypróbowywał swoje fałszywki, każe przypuszczać, że to właśnie wtedy przyszły wydawca odkrywał w sobie namiętność do własnoręcznie drukowanego słowa. W posiadanie powielacza wszedł w taki sposób: z polecenia Borusewicza Myszk pojechał do Janusza Krupskiego, lubelskiego opozycjonisty. Miał odebrać od niego powielacz. Ale po powrocie kręcił i zwlekał, nie chciał przekazać Borusewiczowi przywiezionej na Wybrzeże maszyny.

W grudniu 1978 roku współpracujący z opozycją oficer SB Adam Hodysz przekazał Aleksandrowi Hallowi informację, że Myszk jest tajnym współpracownikiem. Hodysz słyszał, jak jeden z funkcjonariuszy powiedział w trakcie umieszczania go w areszcie: "Daj mu do celi lepszy koc, to nasz człowiek". Borusewicz, powiadomiony o tym przez Halla, zrozumiał, że powielacza od Krupskiego Myszk nie odda, bo położył na maszynie rękę do spółki z SB. Wkrótce na tym powielaczu wydane zostały dwa fałszywe numery "Robotnika Wybrzeża". Myszk zaatakował w nich Borusewicza i Andrzeja Gwiazdę, twierdząc, że reprezentują linię antyrobotniczą.

Ta polityczna prowokacja spaliła na panewce. Kilka lat później chorąży Wiesław Sobiecki z gdańskiej SB w pracy dyplomowej napisanej w szkole SB im. Feliksa Dzierżyńskiego w Legionowie skonstatował: "Treściami zamieszczanymi w numerach "Robotnika Wybrzeża" Myszk nie zdołał zainteresować środowisk robotniczych i większej roli nie odegrał". Początkującego wydawcy nie zraziły jednak porażki.

W stopce redakcyjnej
Krzysztof Wyszkowski, założyciel Wolnych Związków Zawodowych na Wybrzeżu, pamięta rosłego mężczyznę wyłaniającego się z ciemności klatki schodowej domu w Sopocie, w którym mieszkał Andrzej Butkiewicz.

Nieznajomy spytał o wykład, chciał posłuchać. Wyszkowski zaprowadził mężczyznę do mieszkania Butkiewicza. W ten sposób agent SB Edwin Myszk przeniknął do WZZ, co zresztą nie było zbyt trudne. Wówczas, w 1977 roku, nikt nikogo nie sprawdzał, a działalność opozycyjną prowadzono jawnie.

W arkana drugoobiegowej sztuki wydawniczej wprowadził Myszka Bogdan Borusewicz. Nauczył go, jak drukować na powielaczu. Widywali się codziennie. Wkrótce nazwisko Myszka pojawiło się w deklaracji założycielskiej Wolnych Związków Zawodowych i w stopce redakcyjnej podziemnego pisma "Robotnik Wybrzeża".

Nastąpiły jednak niespodziewane wpadki. Borusewicz udał się z ulotkami do Stoczni Gdańskiej, a tam czekała bezpieka. Nagła rewizja w piwnicy sąsiadki, gdzie Borusewicz przechowywał archiwum. Był to wyraźny sygnał, że ktoś sypie. Kto?

Ale Myszka nie zniechęcały wpadki. Był bardzo uczynny. Gdy za oknem padało albo sypał śnieg, tylko Edwin się podrywał, by powędrować na drugi koniec Gdańska w środku nocy. Dzieciom Wyszkowskiego przyniósł pieska, przywiózł owoce z sadu matki pod Kartuzami. Palił się do działania.

Borusewiczowi wydawał się cennym nabytkiem dla wolnych związków. Robotnik, miły, rozmowny i inteligentny. Kaszub, przebywał przez jakiś czas w seminarium duchownym. Oczytany. Pracował w trójmiejskiej firmie Malmor. Malował statki.

Ulubieniec demokratycznej opozycji
Robotnicze pochodzenie Myszka sprawiało, że osoby z kręgów inteligenckich łatwo ulegały jego urokowi. Borusewicz sam wysłał Edwina po bibułę do Jacka Kuronia w Warszawie. Kuroń w książce "Gwiezdny czas" wspomina, że razem z żoną Gajką bardzo lubili Myszka za błyskotliwość. Był to pierwszy robotnik, jakiego spotkali, który mówił tym samym językiem co oni.

Kuroniowie zorganizowali tzw. skrzynkę na Gdańsk - w jednym mieszkaniu odkładali numery "Robotnika" do przewiezienia na Wybrzeże. Przyjęto zasadę, że mieszkańcy lokalu, w którym magazynowano bibułę, nie mogą być uwikłani w działalność opozycyjną. Kuroń ulokował skrzynkę na Gdańsk w mieszkaniu teściów. Adres skrzynki znał Myszk. Wkrótce przeprowadzono tam rewizję. Funkcjonariusze pobili cierpiącego na chorobę Parkinsona teścia Kuronia i ukradli jego oszczędności.

Myszk w stolicy poznał siedem innych adresów związanych z opozycją. SB dokonała wszędzie tam rewizji. Dopiero po jakimś czasie Borusewicz skojarzył te fakty.

Wałęsa przeprasza Edwina
Myszk doprowadzał do wpadek, bo tego chciała SB. Zapewne miał potrzebę naprawienia krzywd, które wyrządził. Przyjął rozwiązanie naiwne, nieco literackie. Uznał siebie za Konrada Wallenroda. Że tak było, przekonują wydarzenia. Pewnego razu Borusewicz zabrał Myszka do Henryka Wujca w Warszawie. Na Dworcu Zachodnim Edwin gdzieś telefonował z automatu. Wracają na Wybrzeże. W Sopocie wysiedli z pociągu. Funkcjonariusze stali już na peronie. Myszk się stawiał, przepychał groźnie z tajniakami. Nie dawał się.

Tydzień później zabierali ulotki z mieszkania Joanny i Andrzeja Gwiazdów. Znowu zatrzymała ich SB. Na komendzie milicji Edwin uderzył w twarz milicjanta. Kolegium da mu sankcję i posiedzi - pomyślał Borusewicz. Zdziwił się, że kolegę zwolniono po 48 godzinach aresztu. Coś tu nie grało.

Innym razem Myszk przewożony nyską zaczął dusić milicjanta. Zwariował - powiedziała Alina Pieńkowska do Borusewicza. Każdego innego opozycjonistę po takich wyczynach postawiono by przed sądem i na długo zamknięto w więzieniu. A Edwinowi włos z głowy nie spadł.

Myszk donosił na opozycjonistów i bił milicjantów. Była w tym jakaś wściekłość, a zarazem bezradność osoby zaszczutej, bez wyjścia.

Krzysztof Wyszkowski patrzył na niego podejrzliwie. Edwin załatwiał coś na mieście, gdy padał deszcz, a wrócił w suchym ubraniu - zauważył Wyszkowski. Znacznie później okazało się, że załatwiał sprawy związane z WZZ, jeżdżąc samochodem esbeków. Wyszkowskiemu brakowało jednak niezbitych dowodów, że Myszk jest agentem.

Pewnego dnia do Borusewicza zgłosił się komandor podporucznik Jan Jastrzębski, szef Studium Wojskowego w Wyższej Szkole Morskiej. Chciał współpracować z WZZ. Przekazał meldunek dzienny, który Borusewicz pokazał Edwinowi. Wkrótce SB aresztowała Jastrzębskiego. Ale Borusewicz nie zorientował się, że Jastrzębskiego wydał Myszk.

- Kiedyś Edwin powiedział, że Krzyś Wyszkowski "zamierza powołać nową organizację i przejąć przywództwo". U nas tak się nie mówiło. To była jakaś esbecka nowomowa. Dziś wiem, że Myszk prowadził grę operacyjną SB, aby nas w WZZ skłócić - mówi Bogdan Borusewicz.

Na jednym ze spotkań wolnych związków w Gdańsku Oliwie, w mieszkaniu przy ul. Karpackiej, Lech Wałęsa zaatakował Myszka. - Jesteś agentem - krzyczał. - Masz dowody? - pytał Borusewicz. A gdy usłyszał, że nie ma, powiedział: - Lechu, przeproś Edwina.

Matrymonialna wpadka
W 1979 roku Henryk Wujec zawiadomił Borusewicza, że zgłosiła się do niego z Wrocławia dziewczyna związana z opozycją. Usłyszała w Wolnej Europie, że wśród założycieli WZZ jest Edwin Myszk. Myszk to oszust matrymonialny, twierdziła. Obiecywał jej małżeństwo. Zabrał pieniądze na mieszkanie i znikł. Z dokumentów wynikało, że Myszk został skazany za wyłudzenie pieniędzy. Do Wrocławia pojechał Wyszkowski, spotkał się z dziewczyną. Wszystko potwierdziła.

Wtedy Wyszkowski z bratem Błażejem postanowili porozmawiać z Myszkiem. Ten bał się pójść z nimi na spacer do lasu, bo SB go ostrzegła, iż Wyszkowscy z nim się rozprawią.

- Myszk trząsł się ze strachu. Przyznał się, że jest agentem - wspomina Wyszkowski.

Borusewicz dokładnie przeanalizował okres, w którym do WZZ przylgnął Myszk.

- Zobaczyłem wówczas, jak SB prowadzona za rękę przez Myszka zabierała nam nakłady "Robotnika Wybrzeża". Wpadał sprzęt, robiono rewizje w mieszkaniach, aresztowano ludzi.

Borusewicz kilka razy pukał do drzwi mieszkania Myszka w Sopocie przy ul. Arctowskiego 3. Ale Edwin zapadł się pod ziemię.

Inspektor z telewizji
W archiwach IPN znajduje się informacja, że w 1981 roku jako agent SB współtworzył endecką organizację Gdańskie Środowisko Narodowe.

Po 13 grudnia 1981 roku Myszk pojawił się w gdańskim Komitecie Pomocy Internowanym. Zajmował się selekcją paczek dla rodzin osób dotkniętych represjami.

W 1983 roku władze przygotowywały proces przywódców KOR. Jacek Kuroń w więzieniu zapoznawał się z aktami śledztwa. Znalazł tam zeznania Myszka, które pogrążały wszystkich mających stanąć przed sądem. "Edwin obciążał nas dokładnie tak, jak życzył sobie tego oficer śledczy" - napisał w "Gwiezdnym czasie" Kuroń. W aktach śledztwa Myszk występował jako "inspektor z telewizji".

Z materiałów zgromadzonych w IPN wynika (informacje zaczerpnąłem z książki Sławomira Cenckiewicza "Oczami bezpieki"), że Edwin Myszk był tajnym agentem SB od 1970 roku.

Działał w ramach Wydziału IV, tzw. kościelnego, gdańskiej SB, co było związane z jego pobytem w seminarium duchownym. Od maja 1978 roku, już w ramach Wydziału III, rozpracowywał WZZ. Na esbeckich dokumentach widnieją pseudonimy, których używał: Piotr, Andrzej, Grażyna, Antek i Leszek.

Wydawać u agenta?
W 1997 roku Edwin Myszk założył wydawnictwo Tower Press sp. z o.o. "Wydajemy książki, które pomagają żyć" - deklaruje w Internecie oficyna. Od kilku lat ukazuje się kwartalnik literacki z utworami m.in. Tadeusza Różewicza, Julii Hartwig, Ernesta Bryla (wydał też u Myszka książkę) i Pawła Huellego. Piszą w nim profesorowie uniwersyteccy, tacy jak Jerzy Limon, Zbigniew Mikołejko i Leszek Szaruga.

Arkadiusz Rybicki, były wiceminister kultury, którego Myszk jako agent SB starał się poróżnić z Aleksandrem Hallem, przyznaje, że Tower Press wydaje dobre i ciekawe pozycje.

Z warszawskim wydawnictwem Supernowa kilka miesięcy temu podjął rozmowy Antoni Pawlak, redaktor naczelny działu książkowego Tower Press. Zaproponował, aby książkę Andrzeja Sapkowskiego wydaną w Supernowej gdańska oficyna wypuściła w formie czytanej na DVD. Mirosław Kowalski, szef Supernowej, zna Pawlaka od dawna. Razem działali w podziemnych wydawnictwach. Kowalski jednak zorientował się, że Pawlak reprezentuje wydawnictwo agenta SB, i wycofał się z projektu.

Henryk Wujec pod koniec lat siedemdziesiątych, jak wiele osób z opozycji, był zachwycony Edwinem Myszkiem. Kaszub, robotnik, w miarę inteligentny. Okazał się jednak agentem.

- Z takimi osobami jak Myszk jest dziś problem - mówi Henryk Wujec. - Nie możemy zsyłać ich do kopalni, bo nie o to walczyliśmy. Muszą gdzieś pracować, gdzieś żyć. Nie powinni tylko wnikać w sferę publiczną.

A autorzy wydający książki w Tower Press? - To ich swobodny wybór. Myszk źle się "zasłużył" opozycji. Ja bym od niego odczepił się jak najszybciej - mówi Wujec.

Handlarz ziołami
Edwin Myszk nie pełni żadnych funkcji w Tower Press. Jego nazwiska nie ma również wśród udziałowców wydawnictwa. Zbigniew Joachimek, prezes firmy, ma tam dziesięć udziałów. Dwieście udziałów, czyli większość, posiada zagraniczna spółka Tower Telcom Limited z siedzibą w Londynie (figuruje w angielskim rejestrze pod numerem 03572907). Zapewne to Myszk kryje się za londyńską firmą. Czterdzieści udziałów w Tower Press ma gdańska AZ-Medica, w której prezesem zarządu i głównym wspólnikiem jest Warynia Kostrzyńska, córka Edwina Myszka.

Press Tower wydaje od kilku lat miesięcznik "Vilcacora. Żyj długo". Miesięcznik propaguje metody leczenia naturalnego, m.in. za pomocą ziół amazońsko-andyjskich. Ich właściwości lecznicze, również w przypadku chorób nowotworowych, odkrył polski salezjanin, ojciec Edmund Szeliga, mieszkający w Limie.

Dziewięćdziesięciopięcioletni zakonnik wydał w maju tego roku oświadczenie, że nie ma nic wspólnego z ziołami oferowanymi przez firmę Andean Medicine Centre (AMC) z Londynu. Firma ta działa w Polsce jako A-Z Medica i ma siedzibę w Gdańsku. Marek Lubiński, działacz polonijny z Peru, współpracownik ojca Szeligi, przeprowadził prywatne śledztwo. Twierdzi, że za londyńską firmą handlującą andyjskimi ziołami i jej polską filią A-Z Medica stoi Edwin Myszk.

Lubiński twierdzi, że firma Myszka oferuje pod nazwą Vilcacora tanie kapsułki ziołowe nie najwyższej jakości jako orginalne zioła ojca Szeligi. "Oni sprzedają je ludziom ciężko chorym, a nie jest to ziele, które w swoich kuracjach zaleca ojciec Szeliga" - pisze w oświadczeniu Lubiński.

Produkty A-Z Medica sprzedawane przez ponad cztery tysiące aptek i sklepów zielarskich w kraju oraz sto pięćdziesiąt hurtowni farmaceutycznych. Preparaty rozprowadzane są od Europy po Amerykę i Australię. Jakie są to specjały? Krążą o nich sprzeczne opinie. A-Z Medica ma zapisane w zakresie działalności m.in. "opracowywanie receptur ziołowych kremów i kosmetyków z preparatów naturalnych pochodzenia południowoamerykańskiego z ziołami krajowymi". Możliwości są więc duże.

Gra w dołki
Zaskoczyn, trzydzieści kilometrów od Gdańska. Popegeerowska osada, kilka małych domków wśród lasów. Po dawnym majątku pozostały zrujnowane mury obór i chlewów. Ale są ogrodzone nowym płotem. Tu zaczyna się inny świat. W głębi, przed drewnianym budynkiem, stoją zaparkowane jeepy i mercedesy. Dalej, w zielonej toni trawiastych, łagodnych wzgórz, wymachują kijami golfiści. Dystyngowany pan w czerwonych rękawiczkach wymierza cios golfowej piłeczce. To zapewne Edwin Myszk. Prostuje się, śledzi lot kuli.

"Obcym wstęp wzbroniony. Teren prywatny" - informuje tablica. Ochroniarz zaprasza do wyjścia.

Sto dwadzieścia hektarów pól należy do gdańskiego Tower Golf Club. Klub jest rodzinną firmą Myszków. Edwin, jego żona, córka i zięć posiadają większość akcji w sportowym przedsięwzięciu. Wśród licznych działalności zapisano też usługi detektywistyczne i ochroniarskie. Myszk jako zawodnik występuje w krajowych zawodach golfowych. Golf i książki. I wymazana przeszłość.

JERZY MORAWSKI
Od autora: Edwin Myszk mimo pośrednictwa i zapewnień prezesów Press Tower nie wyraził ochoty na spotkanie
źródło:Rzeczpospolita

Awatar użytkownika
cloner
Legenda Futbolu
Legenda Futbolu
Posty: 65059
Rejestracja: 08 mar 2005, 11:33
Reputacja: 8695
Kontakt:

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: cloner » 03 wrz 2008, 16:48

Skandaliczna akcja policji

"Kibole zdemolowali centrum miasta!" – przeczytać możemy na portalu Onet.pl. Kiedy uważny czytelnik zechce jednak dokładniej zlokalizować to "centrum" dowiaduje się, że chodzi o warszawski park na Podwalu. "Policja nie używała siły" – udziela wywiadu dla telewizji TVN rzecznik Komendanta Stołecznego Policji, nadkom. Marcin Szyndler. O tym, że używała i to w wyjątkowo brutalny sposób z mediów się już jednak nie dowiemy…

Prezentowany poniżej tekst z pewnością nie jest obiektywny - jest osobistą relacją z wydarzeń, które mieliśmy nieszczęście obserwować. Ma jednak jedną, ogromną zaletę - jest relacją osób, które były na miejscu...

- Nie będzie odpowiedzialności zbiorowej – zapewnia rzecznik stołecznej policji po wczorajszych zajściach z udziałem kibiców Legii w okolicach stadionu Polonii. Nie będzie, bo już była! Jak inaczej nazwać sytuację w jakiej znalazło się kilkuset ludzi (tak, tak – może to dla niektórych nowe spojrzenie na sprawę, ale kibic to też człowiek), którzy przez 4 godziny w bydlęcych warunkach, bez dostępu do wody i toalety, spałowani i zagazowani, wysłuchując aroganckich żartów i docinków funkcjonariuszy policji, pod ostrzałem kamer telewizji TVN, oczekiwali na zatrzymanie i przewiezienie na warszawskie komisariaty?

Ale po kolei. Wczoraj ok. godz. 18.00 kilkusetosobowa grupa kibiców Legii w asyście policji wyruszyła z centrum miasta w stronę ul. Konwiktorskiej. Po dojściu do stadionu Polonii odpalono kilka rac, które poleciały w stronę grupki fanów Polonii. Fakt niezaprzeczalny i ewidentnie naganny. Ale… Do akcji wkroczyła policja. Nie odizolowała jednak prowodyrów zajść, nie skupiła się na ściganiu osób, które rzucały racami (najsprawniejszych, którym w dziecinny sposób udało się wydostać spod czułych pieszczot policyjnych pał), a rzuciła się do pałowania i gazowania wszystkich, którzy akurat stanęli jej na drodze. To nic, że w centrum wydarzeń znaleźli się przypadkowi przechodnie, starsi ludzie wracający z zakupów, niewidomi, wychodzący z pobliskiej siedziby Polskiego Związku Niewidomych. Zamiast kordonem zepchnąć kibiców w jedno miejsce i dalej w spokoju odkonwojować do wyznaczonego celu, policjanci rzucili się z ułańską fantazją do pałowania. Tych bardziej krewkich mundurowych uspokajać musieli ich bardziej opanowani koledzy: - Już wystarczy! Już k… mówię! – krzyczeli do zaaferowanych akcją młodszych funkcjonariuszy, wylewających właśnie swoje życiowe frustracje pałami na kibiców. – Kto tu k… dowodzi!? – krzyczeli zdenerwowani dowódcy innych oddziałów, widząc nieporadność i nadgorliwość funkcjonariuszy. – Trzeba ich zrozumieć, dla wielu z nich to pierwsza taka akcja – tłumaczył młodych policjantów przed dziennikarzem jeden z bardziej doświadczonych funkcjonariuszy. Doprawdy bardzo to budujące – zostać spałowanym w imię ćwiczeń "zielonych" policjantów – kto by pomyślał, że będąc jedynie kibicem można się tak przysłużyć całemu społeczeństwu. Ale rzecznik prasowy policji zachowywał kamienną twarz i w chętnie udzielanych wywiadach przekonywał: - Policja w trakcie interwencji nie stosowała siły.

Sytuacja została szybko opanowana, policja uformowała kordon, połączyła wszystkie rozstrzelone wokół skrzyżowania ulic Konwiktorskiej z Bonifraterską grupki kibiców i odeskortowała wszystkich na Podwale. Tam fani Legii w spokoju oczekiwali na decyzje dowódców policji. Po kilkunastu minutach usłyszeli przez megafon: "Kibice Legii, tu policja. Nikt nie opuści kordonu, póki nie zostanie wylegitymowany! Prosimy o zachowanie spokoju i współpracę z policją." I rozpoczęło się kilkugodzinne oczekiwanie na "wylegitymowanie". Kiedy po dwóch godzinach bezczynności funkcjonariuszy ludziom zaczęły puszczać nerwy i zaczęli… pytać, kiedy w końcu zacznie się wypuszczanie z kordonu, usłyszeli, że mają skończyć dyskusje, albo "urządzi się im ścieżkę zdrowia". Były też bardziej oryginalne "żarty" policjantów, np. : "Jak się ściemni, to wszystkich zagazujemy". Kilka osób próbowało rozładować atmosferę – kibice odpalili race, położyli na trawie i zaintonowali: "Płonie ognisko i szumią knieje…", czym doprowadzili policję do wściekłości. Policjanci wpadli do środka kordonu i ugasili "ognisko". Kibice odpalili więc kolejne, z których dwie tym razem poleciały w stronę funkcjonariuszy. No i się zaczęło – ponownie, zamiast złapać osoby ciskające racami (według policji każdy ruch uczestników zajścia był ściśle monitorowany i filmowany, więc nie powinno z tym być problemu), policjanci postanowili pójść na łatwiznę – wbiegli w środek tłumu i zaczęli na oślep pałować i gazować ludzi. Wszystkich! - Przestańcie gazować! Tu są dziewczyny! – krzyczała przerażona kibicka. – Dziewczyny są? No to masz! – odpowiedział jej funkcjonariusz, ciskając prosto w twarz chmurą gazu z odległości pół metra! Ludzie dusili się, wili w konwulsjach. Wezwano pogotowie, które przez pewien czas od przyjazdu nie miało co robić, bo policja nie zgodziła się na wypuszczenie z tłumu najbardziej poszkodowanych osób!

Jeszcze o godz. 1.30 grupa kilkudziesięciu osób otoczona kordonem policji oczekiwała na zatrzymanie i przewiezienie do jednego z warszawskich komisariatów – od sześciu godzin bez picia, dostępu do toalety, bez prawa do pytań o to kiedy, dokąd i dlaczego zostaną przetransportowani.

Mówi się, że prawda zawsze leży po środku, że w sytuacji konfliktowej nikt nigdy nie jest bez winy. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – ta stara prawda nie podlega dyskusji. Tak jest z pewnością również w tym przypadku – nikt nie kwestionuje tego, że kibice którzy dotarli pod stadion Polonii nie zachowywali się idealnie, że nie sprowokowali konfliktu z policją, rzucając w stronę fanów "Czarnych Koszul" rac. Czy jednak wolno któremukolwiek z dziennikarzy pisać, że "kibole zdemolowali centrum miasta", podczas gdy faktycznie ucierpiały dwie skrzynki pomidorów pobliskiego straganu warzywnego i to w wyniku panicznej ucieczki kibiców przed pałującymi na oślep panami w niebieskich mundurach? Czy można pisać o dzielnych policjantach uchylających się przed gradem kamieni, kiedy żadnych kamieni w pobliżu nie było? Czy w ogóle wolno, będąc dziennikarzem, opisywać wydarzenia, o których słyszało się z… innych mediów z perspektywy domowego fotela?! Czy wolno wypowiadać się przed telewizyjną kamerą, że policjanci nie użyli siły, kiedy faktycznie funkcjonariusze w brutalny sposób nadużywali pałek?!

Według policji około 700 pseudokibiców zostało zatrzymanych. 700 pseudokibiców, czy 700 osób pośród których są pseudokibice? Ilu osobom spośród tych setek postawione zostaną zarzuty czynnej napaści na funkcjonariuszy? Pięciu, dziesięciu, dwudziestu? Ilu z nich policja faktycznie udowodni dopuszczenie się czynu zabronionego? Z pewnością będziemy mogli policzyć ich na palcach jednej ręki. Maksymalnie kilkadziesiąt osób ponosi winę za zajścia - wczoraj spałowano, zagazowano i potraktowano jak zwierzęta kilkaset!

Ale - pokażcie mi człowieka, a znajdzie się paragraf. Na swojej oficjalnej stronie internetowej stołeczna policja zapowiada już, że pośród zarzutów postawionych uczestnikom feralnego przemarszu znajdą się także te o "udział w zbiegowisku". Z tym zarzutem ciężko będzie komukolwiek dyskutować. Genialny sposób na podniesienie policyjnych statystyk – 700 zatrzymanych, 700 skazanych – media szaleją, policja triumfuje, ordery, pochwały, premie! – Po co szli! – usłyszałam wczoraj od osoby z klubu przy Łazienkowskiej. Fakt – pozamykajmy stadiony, spalmy wszystkie szaliki, zabrońmy kibicowania, a każdego łamiącego ten zakaz ku przestrodze publicznie wieszajmy przed ratuszem. Nie będzie burd, nie będzie rac, nie będzie problemów.. niczego nie będzie!

W trakcie całej akcji policji byliśmy świadkami tylko jednego zachowania funkcjonariuszy zasługującego na pozytywną ocenę. Młody chłopak leżący na chodniku – pobity, zgazowany, czy trafiony racą – nie wiemy, ale na pewno w kiepskim stanie. Policjant nachyla się do niego, wkłada do ręki portfel, który wypadł chłopakowi z kieszeni, zdejmuje mu z szyi szalik i podkłada pod głowę. Potem gładzi po głowie i mówi: "Spokojnie, karetka już jedzie". Czyli jednak można nosić niebieski mundur i pałę przy boku, a jednocześnie myśleć, czuć i pozostawać człowiekiem. Szkoda, że to wciąż w naszym kraju takie niepopularne.
fotki tutaj -> http://legia.com.pl/pl/index.php?view=2&nID=21959


JP :twisted:

Awatar użytkownika
Yukasz
Basket fan hooligan
Posty: 6363
Rejestracja: 27 sie 2005, 13:17
Reputacja: 0
Lokalizacja: Muzeum Ziemi Podlaskiej, ul. Alternatywy 4, Wiórkowo

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Yukasz » 03 wrz 2008, 19:39

Nie chcę nikogo bronić ale znowu widać że pseudo policja zaczęła zadymę :lol: I nie wiem cloner jak chcesz z tłumu wyłapać tych co rzucali racami? Musiałbyś każdego obserwować a tak się nie da. Gdyby nie zareagowano pewnie poleciałyby następne i następne - oczywiście z rąk kulturalnych kibiców :P Dopóki normalni kibice nie będą walczyli z kibolami którzy znajdują się w ich gronie to niestety ale zawsze ktoś niewinny też oberwie. Poza tym przynajmniej w TV mówili że na podstawie zapisu video sąd będzie osądzać a nie jakiegoś durnego przepisu jak 'udział w zbiegowisku'. W ogóle jest to możliwe? Jest taki przepis? Dowód :> Inaczej niewidomi też pewnie będą osądzeni :lol:
I pomyśleć że wszystko zaczęło się od niewinnie rzuconych rac w kierunku innych ludzi bo kibicują innemu klubowi :spoko: A później jakieś JP i inne wierszyki jak te u clonera w podpisie :spoko:
Dla mnie wszyscy są siebie warci. Jedni prowokują jak tu wyżej a później lament że policja leje ich pałami i nie zaprosili na posiłek do restauracji. Ta oczywiście się nie patyczkuje i wali kogo i gdzie popadnie co nie powinno mieć miejsca ale są już na ich zachowanie przeczuleni. Dziwne że jak policja asystuje w przejściu kibiców innych dyscyplin to podobne wydarzenia nie mają miejsca a tylko jednak grupa zawsze jest w centrum uwagi :roll:

Edyta:
Jednak jest coś takiego ale jak 'udział w nielegalnym zgromadzeniu' :roll: Inna sprawa że wyposażenie kibiców idących na mecz godne pochwały, a nie były to pierścionki zaręczynowe i bez powodu taki delikwent go ze sobą nie zabiera.

I niech mi ktoś powie jak wielkim trzeba być debilem aby na oczach policji która postępuje jak postępuje, atakować innych ludzi i innymi zachowaniami ich prowokować.

Awatar użytkownika
Mentor
Zajebiaszczo
Posty: 16481
Rejestracja: 28 lut 2005, 13:15
Reputacja: 18

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Mentor » 10 wrz 2008, 23:51

http://www.weszlo.com/news/1106
Wytaczam panu Beenhakkerowi sprawę o zniesławienie, już zajmuje się tym prawnik. Za długo i za ciężko pracowałem na wszystko, co osiągnąłem w swoim zawodzie, by ktoś mnie obrażał i sugerował, że poprzez program w telewizji załatwiam jakieś nieczyste interesy. Nie pozwolę sobie na takie traktowanie – mówi specjalnie dla Weszło! Mateusz Borek, komentator Polsatu. To jego reakcja na wywiady z Leo Beenhakkerem, które dziś ukazały się w polskiej prasie. My zamieszczamy obszerny wywiad z Borkiem na temat tego, co wydarzyło się w ostatnich dniach i ostatnich miesiącach.



Czy jesteś największym złem polskiej piłki? Podobno mącisz, jątrzysz, podpuszczasz, namówiłeś Wichniarka i Jelenia do rezygnacji z gry w reprezentacji...
Niestety, dzisiejszym wywiadem, udzielonym przez Beenhakkera swoim klakierom, selekcjoner pokazał, że – jak mawia Jan Tomaszewski – pomylił odwagę z odważnikiem. Trener jest od trenowania, piłkarz od grania, a dziennikarz od zadawania pytań. Niestety, pan Beenhakker tego nie rozumie i zamiast odpowiadać na pytania, wygłasza jakieś dziwne oświadczenia. Dziwię się kilku moim kolegom, których znam od lat, z którymi współpracowałem, że piszą dziś wywiady na zlecenie. Moim zdaniem reprezentacja ma większe problemy niż Cafe Futbol i Mateusz Borek.

Ale podobno namówiłeś Wichniarka na rezygnację i popsułeś atmosferę w kadrze.
Co do Wichniarka – osiem lat zajmowałem się Bundesligą, dwa lata w Canale+ i 6 lat w Polsacie. Od dwóch lat Polsat tej ligi nie pokazuje. Od tamtego czasu rozmawiałem z Arturem nie więcej niż trzy czy cztery razy (choć tak naprawdę nie powinienem się w ogóle tłumaczyć, bo atutem dziennikarza są dobre kontakty, liczne źródła informacji). W zeszłym tygodniu zadzwonił do mnie pan Andrzej Grajewski i poinformował, że Artur Wichniarek rezygnuje z gry w reprezentacji pana Beenhakkera i chciałby poinformować o tym na naszej antenie, bo uważa program Cafe Futbol za prawdziwy, wiarygodny, taki, w którym nie ma tematów zakazanych. Ja nie pracuję w dziale PR pana Beenhakkera, ani w dziale PR PZPN. Jestem dziennikarzem. Jeśli ktoś ma do przekazania informację, która bezsprzecznie wszystkich interesuje, to mam mu odebrać prawo głosu? Panowie Morozowski i Sekielski robią na swojej antenie prowokacje, pan Tomasz Lis zaprasza różnych ludzi. Natomiast Cafe Futbol ma ograniczać się do ludzi ślepo wpatrzonych w selekcjonera?

To ostatnio modne. O Beenhakkerze mówić źle nie wypada.
Jestem ciekaw, dlaczego słów, które Beenhakker wypowiedział pod moim adresem w San Marino, nie wypowiedział na konferencji prasowej po meczu ze Słowenią, gdy zadawałem mu pytania. Wybrał sobie dziennikarzy, wiedząc, jak ładnie wszystko przedstawią. Przepraszam, ale dla mnie wiarygodność dziennikarza Rzeczpospolitej, który zaprasza pana Beenhakkera wraz z partnerką na swoje wesele, jest żadna. Na blogu atakuje mnie pan Wołowski z „Gazety Wyborczej” i zajmuje się moim żelem na włosach. Jak mamy rozmawiać na takim poziomie, to proponuję mu, aby zajął się raczej dzieckiem, które zostawił w Meksyku. Żelu nie stosuję od kilku lat, nie posklejał mi szarych komórek, ale jak będę chciał, to znów zacznę go używać. Bo ja tego żelu nikomu nie kradnę, tylko kupuję za własne pieniądze... Boli mnie podział środowiska, jaki się wytworzył. Ludzie, którym jednego dnia podajesz rękę, następnego dnia piszą kompletne głupoty. Ale to wszystko wynika z kompleksów. Niektórym żyłoby się wygodniej w komunie, gdzie byłby jeden komunikat i zakaz dyskusji, wyrażania własnych poglądów. Najlepiej, gdyby wszyscy dziennikarze mówili jednym głosem, a na końcu byłoby to zatwierdzane przez selekcjonera... Pamiętam pana Wołowskiego w czasie Euro. Jego wiara w Beenhakkera była niesamowita, a potem sen się skończył i trzeba było zmierzyć się z rzeczywistością. Niestety, ale ja niektóre problemy wytykałem długo przed mistrzostwami. I nie po to, żeby coś popsuć, tylko żeby coś poprawić.

Polsat w czasie Euro 2008 uchodził jednak za grupę wrogą Beenhakkerowi.
Dla „Gazety Wyborczej” większym problemem byli eksperci Polsatu niż gra reprezentacji. Zaraz zacznę myśleć, że to przez nich przegraliśmy. Nie widziałem wówczas tekstów, co jest nie tak z naszą kadrą, za to widziałem mnóstwo artykułów na temat panów Bońka, Koźmińskiego, Iwana czy Hajty. Może dziennikarze byli zdenerwowani, że to nie oni mogą uchodzić za ekspertów. Niestety, ale uznałem, że jeśli ktoś ma wiarygodnie oceniać grę, to muszą robić to ludzie, którzy przez lata grali w reprezentacji, byli piłkarzami w zachodnich klubach.

Podobno chcesz zrobić Tomasza Hajtę dyrektorem kadry.
To jest aberracja umysłowa pana Beenhakkera. Tomasz Hajto jest piłkarzem Górnika Zabrze i jednocześnie jest dogadany z szefami i sponsorami klubu, że wkrótce będzie tam menedżerem. Nigdy nie było tematu jego pracy z kadrą. Raz zapytaliśmy publicznie, dlaczego na przykład Tomasz Iwan, który zna języki (holenderski, angielski, niemiecki) i jest bardzo zamożnym człowiekiem, który realizuje się w biznesie, zna środowisko, ma łatwość nawiązywania kontaktów – dlaczego ktoś taki nie może liczyć na pracę w PZPN. Dlaczego zatrudnia się zamiast niego pana de Zeeuwa, który do dziś nie zawiesił licencji menedżerskiej. To jest zasadne pytanie. Nie widzę w nim nic zdrożnego. Tak jak zasadne były pytania o Wichniarka, Jelenia, Gancarczyka i tak dalej. Piłka nożna na całym świecie jest dialogiem, a zawód dziennikarza uprawnia mnie do zadawania pytań. Ale pan Beenhakker widzi świat po swojemu i wydaje mu się, że każdy uwikłany jest w jakiś interes, że wszędzie jest drugie dno. Może on tak postrzega świat, bo definiuje go wedle własnych zasad? Ja jestem zatrudniony przez pana Zygmunta Solorza, jednego z najbogatszych ludzi w Polsce. Nie muszę myśleć o promocji Artura Wichniarka czy Tomasza Hajty. Artur Wichniarek też nie potrzebuje żadnej promocji – ma ważny kontrakt z Arminią i wyrobioną markę w Bundeslidze. Prawda jest taka, że jeśli ktoś promocji potrzebował, to raczej Lisowski, Pazdan, Pawelec, Magiera, Kokoszka...

Nie żartuj, to przecież „international level”.
Sprawa Kokoszki to jest skandal. Ten piłkarz jest przedmiotem sporu polskiego klubu, czyli PZPN, z klubem włoskim. Nie gra, tylko trenuje z zespołem Serie B. Jest przy tym powoływany przez pana Beenhakkera na mecz z Ukrainą, a teraz z kolei wystawiany przez asystenta pana Beenhakkera Andrzeja Zamilskiego w młodzieżówce. Nie mam obsesji, ale nie musi mi się to podobać...

A może jednak masz obsesję? Często słychać, że Polsat Beenhakkera tylko krytykuje.
To śmieszny argument. Koledzy z TVP mają swój styl przedstawiania reprezentacji – u nich zawsze wszystko jest fajne i miłe. Ale ja uważam, że nie ma treści zakazanych, jest wolność poglądów. Do programów zapraszamy ludzi, którzy zgadzają się z Beenhakkerem, takich, którzy nie mają zdania i takich, którzy się nie zgadzają.

Wróćmy do Wichniarka. Beenhakker powiedział, że nie bierze pod uwagę jego rezygnacji, bo Wichniarek powinien do niego zadzwonić.
Artur chyba jasno się wypowiedział – gdy przyjechał na Cypr na zgrupowanie reprezentacji liczył na rozmowę z trenerem, ale do takiej rozmowy nie doszło. Tak samo jak trener przez miesiąc, przed i w czasie Euro, nie rozmawiał z Ebim Smolarkiem i jak przez dwa lata nie porozmawiał z Ireneuszem Jeleniem. Nie wiem, może taki ma styl pracy, ale jest to dziwny styl. Po meczu z Ukrainą powiedział: „Chcieliście Jelenia, to go powołałem, ale jest nieprzydatny”. To nie na miejscu. Tak samo zagrał Paweł Brożek przeciwko USA, ale tylko dlatego, że cały zespół grał źle. Zresztą, teraz słyszę, że ze Słowenią nie wygraliśmy, bo nie było Brożka. Zaraz, zaraz. Chłopie, trzy miesiące temu nie widziałeś go nawet w szerokiej kadrze, a teraz jest on niezastąpiony? A co się takiego wydarzyło poza tym, że Paweł robi to, co robił wcześniej – strzela bramki?

Takich niekonsekwencji jest mnóstwo. Nie uważasz, że media zagłaskały Beenhakkera?
Moim zdaniem pierwszy problem jest taki, że on nie rozumie, co się o nim pisze i mówi – skazany jest na tłumaczy, którzy narzucają mu swój punkt widzenia. Druga sprawa – rzeczywiście doszedł do wniosku, że może decydować o wszystkim i o wszystkim. Powiem coś, czego jeszcze nie mówiłem. 48 godzin przed meczem z Niemcami trener Beenhakker zadzwonił do mnie, że chciałby się spotkać. Zaprosił mnie, mojego szefa i Romana Kołtonia do hotelu. Myśleliśmy, że chce nam nakreślić taktykę, porozmawiać o personaliach – jak to przed startem wielkiego turnieju. Dodajmy, że był to nasz pierwszy kontakt od meczu z Finlandią, kiedy obraził się, gdy zapytaliśmy, czemu wystawił Jerzego Dudka, a nie Wojciecha Kowalewskiego. Wtedy stwierdził, że to „dirty question” i dodał, że Kowalewski bardzo źle wyglądał na treningu. Minęło kilka dni i... wstawił Kowalewskiego. Ale wróćmy do wydarzeń z Euro. Rozmowa trwała 50 minut, pan Beenhakker zaczął wmawiać nam, że każdy nasz gość ma napisany scenariusz, że tak dobieramy osoby w studio, żeby proporcje „antybeenhakkerowskie” były odpowiednie, że uprawiamy promocję. Pytał się, kto za tym stoi. Po 50 minutach wstałem i powiedziałem, że życzę zwycięstwa. Dodajmy, że rozmowa była przerywana, bo co jakiś czas Beenhakker mówił coś po holendersku do Jana de Zeeuwa. Potem poprosiliśmy osobę, która zna ten język, by nam to przetłumaczyła. Okazało się, że nas po prostu obrażał. Opowiem też scenkę z tunelu, przed meczem z Niemcami. Stałem w towarzystwie Tomka Hajty. Pan Beenhakker podszedł, podał mi rękę, po czym nie przywitał się z Hajtą, tylko powiedział: - Ty to już wszystkim jesteś, piłkarzem, trenerem, ekspertem, showmanem... I odszedł obrażony. 30 sekund później podszedł trener Loew i rozmawiał z Tomkiem dobre pięć minut. Następnie 20 minut Tomek rozmawiał Lahmem, Ballackiem, Podolskim, Klose, Neuvillem... Mógłby jeszcze dodać kilku piłkarzy. To naprawdę smutne, że Niemcy mają większy szacunek do wieloletniego reprezentanta Polski, niż trener polskiej kadry.

Uważasz Beenhakkera za dobrego trenera?
Uważam, że zrobił w pewnym momencie dużo dobrego. Natomiast pracę trenera tak naprawdę można oceniać po pół roku. I niestety, ale po meczu z Portugalią, który był na początku jego pracy, nasza kadra się nie rozwija, tylko systematycznie gra coraz gorzej. Chwała mu za to, że awansował do Euro, ale potem coś przestało działać. W reprezentacji dziś są same podziały – nie grają w niej Wichniarek, Jeleń, Kuszczak, Brożek (jestem dziwnie spokojny, że w meczu ligowym wystąpi), wyrzuceni są Dudka i Boruc...

Wiele osób mówi jednak – jeśli nie Beenhakker to kto?
Realia finansowe, w jakich pracuje pan Beenhakker, to jest marzenie wielu trenerów. Pamiętajmy, że trener Donadoni rocznie zarabiał 350 tysięcy euro, a odchodząc zrzekł się kolejnych 350 tysięcy. Trener Lippi, czyli człowiek, który zdobył mistrzostwo świata, dostaje milion euro. Dlatego nie nabieram się na groźby, że jak się Beenhakker wkurzy, to odejdzie, bo ma propozycje. Nie wierzę, że ktoś mu zapłaci tyle, co my. A nawet jeśli – jest wielu trenerów w Europie z ogromnym dorobkiem, którzy pracy u nas się podejmą. Ale ja nie mam obsesji pieniędzy. Apeluję tylko do selekcjonera, żeby nie próbował dzielić świata na dobrych i złych, czarnych i białych... I żeby przestał tworzyć teorie spiskowe, tylko wziął się do uczciwej pracy.

Wilmore
Laureat Złotej Piłki
Laureat Złotej Piłki
Posty: 8191
Rejestracja: 09 sty 2008, 0:42
Reputacja: 108
Lokalizacja: Niepołomice

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Wilmore » 11 wrz 2008, 11:31

Borek może teraz udawać ostatniego sprawiedliwego na dzikim zachodzie, bo prowadzi swój program, którego nikt nie tknie - ciekaw jestem, czy mówiłby takie kłamstwa - bo ten wywiad to stek kłamstw wymieszany z oszczerstwami i zaprawiony solidną dawką nienawiści - gdyby ktokolwiek mógł zajrzeć do jego ogródka...
Weszlo.com niestety kompromituje się po raz kolejny - ale czego oczekiwać po stronie, gdzie swoje wypociny publikuje na kacu Kowalczyk.

Awatar użytkownika
Yukasz
Basket fan hooligan
Posty: 6363
Rejestracja: 27 sie 2005, 13:17
Reputacja: 0
Lokalizacja: Muzeum Ziemi Podlaskiej, ul. Alternatywy 4, Wiórkowo

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Yukasz » 11 wrz 2008, 12:08

A Ty niby skąd wiesz że to 'stek kłamstw wymieszany z oszczerstwami i zaprawiony solidną dawką nienawiści' :?: Wiesz choćby jak to było z Wichniarkiem, byłeś przy rozmowie z Benhałerem przed Euro?
Choć muszę przyznać że czytając najpierw wywiad z Borkiem a dopiero później z Benhałerem spodziewałem się że ten drugi rzeczywiście ostro pojechał po Borku, a tu takie małe miki :P Ale jedno jest przynajmniej dla mnie pewne - o Beenhakkerze mówić źle nie wypada. Dziadek od samego początku jest przeczulony na wszelką krytykę i na niewygodne dla siebie pytania odpowiada takie rzeczy że zaraz na myśl przychodzą kolejne bo swoimi działaniami i odpowiedziami sam sobie przeczy. Do tego 'dziadek' powoli traci głowę bo jeszcze publicznie zaczyna bluzgać :roll: A nikt nie musi go uwielbiać, nie wszyscy po eliminacjach musieli chcieć mu stawiać pomniki czy mianować go na prezydenta. Każdy może mieć swoich przeciwników, taki Yanek Tomaszewski każdego będzie krytykował. I ja słuchając Borka nie uważam żeby ten był do niego jakoś wielce uprzedzony, po prostu dla mnie zadaje pytania na które sam chciałbym usłyszeć odpowiedź. Już zdecydowanie bardziej uprzedzony do Leo jest Kołtoń który nawet komentując inny mecz nie omieszka nawiązać do błędów Benhałera i mu je wytknąć. A nawet wczoraj słuchając też już zdziadziałego Szpaqa denerwowało mnie że co by nasi nie zagrali było źle a u San Marino wręcz odwrotnie. I cały czas krytykował zamiast komentować przez co odechciewało mi się oglądać meczu. Analizę powinien zostawić w pomeczowych programach. Szkoda że Szpaqu jeszcze nie wspomniał o tym że boczni obrońcy powinni biegać do ataku a nasi nie biegają czego naoglądał się na MŚ i mu się spodobało wytykając później naszym na każdym kroku :roll: I np tu Borek się myli - TVP też krytykuje Leo :P

Awatar użytkownika
Duch
Entuzjasta Kraftu
Entuzjasta Kraftu
Posty: 9212
Rejestracja: 12 sie 2005, 10:26
Reputacja: 196
Lokalizacja: z Tych najlepszych

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Duch » 11 wrz 2008, 12:41

Wilmore pisze:Borek może teraz udawać ostatniego sprawiedliwego na dzikim zachodzie.
Taka praca dziennikarza. Ma swój program i może w nim mówić co tylko mu się podoba. Zresztą jakby na to nie patrzeć, to Borek i jego kompania od dłuższego czasu krytykują Beenhakkera ... tylko czy nie mają racji? Czy mówią coś czego byśmy nie wiedzieli? I nie wydaje mi się też żeby robił/robili to w jakiś specjalnie agresywny sposób. To że Leo jest przeczulony na każde słowo krytki (no bo jak to, przyjechał światowiec, a my śmiemy mu rzucić kilka słów prawdy w twarz) to już jego problem. Niech się lepiej tłumaczy ze swojej koncepcji (czy tam antykoncepji jak mawia Tomaszewski).

Jeśli chodzi o "weszło" to faktycznie nie są serwisem najwyższych lotów. O Kowalu już gdzieś pisałem, ale jak widzę niekiedy uda mu się napisać co sensownego i nawet ironicznego bez przeklinania i rzucania mięsem. KLIK

Wilmore
Laureat Złotej Piłki
Laureat Złotej Piłki
Posty: 8191
Rejestracja: 09 sty 2008, 0:42
Reputacja: 108
Lokalizacja: Niepołomice

Re: Artykuły prasowe warte przeczytania

Post Wyświetl pojedynczy post autor: Wilmore » 11 wrz 2008, 13:19

Sorry, ale Borek jako ostatni rzetelny dziennikarz broniący prawdy w walce ze złym smokiem Leo się tylko ośmiesza.
Prowadzi program, w którym każdy nie może wystąpić, w którym każdy nie może wszystkiego powiedzieć, chyba że mówi zgodnie z uzgodnioną przed nagraniem linią programu. Borek kłamie - nawet jeśli Leo go obrażał w rozmowie z nim, to mnie to nie zaskakuje - kiedy taki dziennikarzyna kłamałby mi w żywe oczy i udawał, że jest rzetelnym dziennikarzem, to nie wytrzymałbym i facet wyleciałby oknem - nie mam serca do takich kłamców.
Miałem szacunek do Borka, póki nie zaczął robić z siebie z Kołtoniem gwiazdy i zachciało mu się kariery w mediach - teraz wziął sobie na celownik Leo i zaczyna kłamać na jego temat. Wstyd, człowiek niegodny swojego zawodu, ale czego oczekiwać od człowieka PS.
Nie wchodzę w relacje Leo między piłkarzami, bo Holender bardzo ceni prywatność i rozmowy między piłkarzem a trenerem poza tę dwójkę nie wychodzą - nie mam pojęcia, jak wygląda sytuacja, ale mam wątpliwości, czy Leo naprawdę z Wichniarkiem czy Jeleniem nie rozmawiał, a czy Ci nie kreują się na ofiary - Leo ma to do siebie, że rozmawia na osobności z każdym piłkarzem, nie widzę powodów, by z tą dwójką nie rozmawiał - ale nic nie wiem dokładnie.
Leo jest przeczulony na krytykę ostatnimi dniami, bo to krytyka niesprawiedliwa - Polacy wierzą święcie w to, że zupełnie nowa kadra, która zmienia ustawienie z meczu na mecz będzie gromić rywali od zaraz, a tu niespodzianka i brutalna rzeczywistość - i własną frustrację, bo krytycy pieprzą głupoty, które się nie sprawdzają, przelewają na Leo - czeher czy inny cloner chciałby dwucyfrówek od zaraz, a tu niespodzianka, Słowenia to jednak nie amatorzy, a z San Marino jak oni śmią tylko 2:0. :roll:
Jeśli chodzi o "weszło" to faktycznie nie są serwisem najwyższych lotów. O Kowalu już gdzieś pisałem, ale jak widzę niekiedy uda mu się napisać co sensownego i nawet ironicznego bez przeklinania i rzucania mięsem. KLIK
Cały Kowalczyk, widać, że wypił wcześniej tylko pół litra, a nie pięć, bo nie ma za wiele bluzgów - ale sensu nie ma za grosz. Ale cóż, Kowalczyk jak wielu Polaków nadal wierzy święcie w to, że Polacy są wielcy i godni obserwować najwyżej Brazylię, a i ją tylko wtedy, kiedy ta się wspina na szczyty, a San Marino niegodne jest uwagi - tymczasem wczoraj San Marino zaprezentowało się znacznie powyżej swoich możliwości, i to nie tylko ze względu na słabą Polskę.
Ale Kowalczyk nie przepuści ani jednej okazji do skrytykowania sztabu Leo - mam nadzieję, że kiedyś Kołtoń, Borek, Kowalczyk czy inni pseudospecjaliści będą mieli okazję prowadzić kadrę i pokazać wszystkim, jak sami się kompromitują.
Bo im więcej o Leo czytam, tym bardziej chcę jego zwolnienia - niech na jego miejsce przyjdzie kolejny specjalista, lepszych wyników mieć nie będzie. Chyba że to będzie jakiś kolejny Janas czy Engel, wtedy to będzie kompromitacja. I wtedy dopiero Yukasz, czeher czy inni krytycy za nim zatęsknią.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Kultura, polityka, wydarzenia”