Każdy fanatyk czytający te słowa, żyjący "od meczu do meczu" czeka z utęsknieniem na połowę sierpnia. Nie ze względu na urlop, nie ze względu na koncert jakiejś podstarzałej gwiazdy muzyki POP, ale oczywiście ze względu na start kolejnych rozgrywek ligowych. Tymczasem dookoła niego rozgrywa się obwoźny cyrk zwany Euro, czyli Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, zamienione w komercyjny spektakl mający na celu ściągnięcie na stadiony i tzw. fan campy (strefy kibica z angielska - dla tych niemodnych), żeby ci wydali jak najwięcej kasy. Cyrk ten raz na cztery lata przyjeżdża do danego kraju (czasem dwóch) i w 2012 przybył zbierać swe finansowe żniwa właśnie do Polski oraz na Ukrainę. Czas to dla fanatyka trudny. Oglądać musi na okrągło sezonowych patriotów od stóp do głów poprzebieranych w narodowe flagi z napisem Tyskie i zastanawia się o co tutaj tak naprawdę chodzi? Dlaczego mnie tam nie ma? Dlaczego tak wyśmienita okazja do zaprezentowania całej Europie i reszcie świata fanatycznego, żywiołowego polskiego dopingu, znanego z ligowych boisk, nie może zostać wykorzystana? Dlaczego ktoś próbuje się pozbyć fanatyków już nie tylko ze stadionów na czas Euro, ale także wymienić publikę na "lepszą" podczas zmagań klubowych? Dokonać swoistej "eksmisji szalikowców" z ich drugiego domu? Otóż dlatego:
Szeroko rozumiana "władza", czy jak mawia Korwin-Mikke - "władzuchna", pod pojęciem której kryją się: nasza wątpliwa klasa polityczna, struktury zarządzające ligą, sponsorzy i przeróżne lobby, mają dwa zasadnicze powody, dla których interesowna i korzystna jest wymiana fanatyków, czy "kibiców świadomych", na widownię z portfelem.
Pierwszym z nich, co od razu nasuwa się samo, jest oczywiście aspekt finansowy. Wszelakiej maści sponsorom zależy na tym, aby na stadionach pojawiały się całe rodziny, bo to po prostu generuje zyski. Tato zabierający ze sobą nieświadomą piłkarskich zasad żonę oraz dwójkę dzieci wyda na tzw. okołomeczowe przyjemności dużo więcej pieniędzy, aniżeli stały bywalec trybun, który w przeciwieństwie do nowobogackich, szukających rozrywki rodzin, posiada karnet na wszystkie mecze swojej drużyny, toteż nie ma możliwości wydojenia go z kasy sprzedając mu drogie bilety w dniu spotkania. Fanatyk nie kupi za 10zł 3.5% sikacza zwanego potocznie piwem, bowiem ma rozum i woli zakupić normalny trunek, w normalnej cenie i w normalnym sklepie przed lub po meczu (jeżeli wypije przed, to ma szansę nie spodobać się ochroniarzom i nie wejść na obiekt - znacie ten paradoks, prawda?). Nie kupi oryginalnej koszulki lub szalika w oficjalnym sklepiku klubowym, gdyż już posiada kilka, wyprodukowanych i puszczonych w obieg przez własnych kolegów, stojących na dużo wyższym poziomie jakościowym oraz "merytorycznym".
Po co więc "władzuchnie" ktoś, kto nie kupi 4 niejadalnych hamburgerów, tandetnego szalika, na którym klubowy dyrektor ds. marketingu pomylił kolejność barw oraz nie wybuli 50zł za bilet w dniu meczu? Potrzebni są tacy, którzy przyjdą na stadion choćby raz na kwartał, ale wydadzą na te wszystkie "pierdoły" więcej, niż Wy przez cały sezon. Dobrze zaplanowana i poprowadzona w mediach strategia marketingowa, aby tych "normalnych" kibiców nie brakowało co mecz, widoczna jest gołym okiem teraz, właśnie w czasie Euro 2012.
Drugim istotnym powodem, dla którego "władzuchna" najchętniej wygoniłaby z trybun ultrasów, fanatyków, tych rzekomo "złych" kibiców, jest ich niepokorność. Ich nonkonformizm jest solą w oku obozu rządzącego, jak i całej pseudo elicie politycznej. Kibice, ci prawdziwy w naszym, kibolskim, rozumieniu, nie łykają telewizyjnej papki, są odporni na pranie mózgu, gardzą komercyjnym szambem płynącym z każdego programu 45-letniego pozera i narkomana kpiącego sobie z polskich wartości na antenie stacji TVN oraz jemu podobnym, MAJĄ SWOJE ZDANIE I POTRAFIĄ GO BRONIĆ !
Tak Panie i Panowie, kibol to ktoś, kto niczym kot idzie własną drogą, pod prąd. Ma swoje ideały, swój kodeks, i nie sprzeda ich za żadne pieniądze. To stadion jest w dzisiejszych czasach ostoją wartości moralnych. To, obok umierającego ZHP, ostatnie miejsce, gdzie człowiek może nauczyć się nie tylko piosenek kpiących z przeciwników, ale także jak być dobrym człowiekiem i dobrym Polakiem. Świadome trybuny żyją zgodnie z tradycją, zgodnie z poczuciem godności i własnej wartości, wyznając tak zapomnianą maksymę: "BÓG, HONOR, OJCZYZNA". Tylko na stadionie młody chłopak, oderwany od komputera i wyciągnięty przez kolegę na mecz, niczym zahipnotyzowany będzie uczył się stojąc w "młynie" nie tylko kto z kim ma zgodę, ale przeczyta także jakiś twór na kawałku białej podszewki z napisem: "17 września 1939 - IV rozbiór Polski", który z przekreślonym symbolem sierpa i młota tak bardzo przeszkadza PZPN-owskim działaczom, tęskniącym za czasami komuny, gdy mogli kraść i popuszczać pasa. I może ten chłopak, gdy nucąc pod nosem nowo poznaną piosenkę, śpiewaną na trybunach szczerze i prosto z serca (nie dla kasy, jak 90% radiowych hitów), wróci do domu, wejdzie w "wikipedię" i sprawdzi kto to był ten Stalin i o co w tymwszystkim chodziło. Stadion uczy przywiązania do barw, do miasta, do lokalnej społeczności, do własnego narodu. Kultywuje patriotyzm, wierzy w zasadę, że nigdy sam, bracie. Nie łyka tego mainstreamowego (takie nowe, modne słówko) bełkotu, który podświadomie każe zapomnieć o 11 listopada, o 3 maja, a lecieć w lutym do kina lub kwiaciarni, a w listopadzie do biedronki po dynię.
Bywalcy polskich stadionów ligowych nie tańczą tak, jak zagra im "władzuchna". Nie ugną się pod ciężarem kar i zakazów, nie pozwolą sobie zakneblować ust rządową cenzurą. Im nikt nie wmówi, że białe jest czarne i na odwrót. Nie wmówią im, że samolot może się robić o brzozę, że pensje rosną, a ceny maleją. Nie "ściemnią" im, że mamy dobrobyt, kiedy PB 95 dochodzi do 6zł za litr, a Pan Premier lata do domu rządowym samolotem za 5mln PLN za kurs.
Taka stadionowa społeczność, złożona z buntowników i ludzi trzeźwo myślących jest dla władzy bardzo niewygodna. Nie można jej kupić, zniszczyć, ogłupić i założyć jej kagańca. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że "głupim społeczeństwem łatwiej manipulować" i jest to prawda. Na stadionie głupich nie ma. Nie chodzą pod dyktando "Władcy marionetek", ujawnią każdy PR-owy kit, wcisną szpilę antypolskim dziennikarzom. Są bardzo groźni. Są - i trzeba to zmienić.
Piszę ten felieton dziś, kiedy to Ogólnopolski Związek Stowarzyszeń Kibiców, upublicznił, że działacze PZPN zwróciły się do liderów polskiego ruchu kibicowskiego o pomoc w poprowadzeniu dopingu na meczu Polska-Czechy podczas Mistrzostw Europy! Ten sam PZPN, który zakazał używania "sektorówek", a na meczu z południowym sąsiadem szykuje (przy wsparciu prywatnych firm, które szyjąc ją w swoich zakładach mogą się za pół-darmo wypromować) gigantyczną (ponoć) flagę, ten który wygonił z trybun fanatyków, dziś prosi ich o pomoc, gdyż kilkadziesiąt tysięcy "euro-fanów" nie potrafi stworzyć takiej atmosfery, jak 100-osobowy młynek, tworzony co dwa tygodnie, przez chłopaków kochających swój klub, który tuła się gdzieś po okręgówce. Chłopaków, których pod pretekstem używania rac, bluźnierstw i handlem tonami narkotyków oraz gwałtami i rabunkami (takie głodne kawałki wstawiają "opiniotwórcze" media), chce się wyrzucić z ich własnych trybun. Ktoś zna większą hipokryzję i bezczelność?
Drogi fanatyku, kiedy kolejny raz zrobi Ci się niedobrze na widok wysypu sezonowych patriotów, rzucających się sobie w ramiona po strzale "Ojgena", któremu to wolno bluzgać w mediach i wszystkim się to podoba, a Ty za "ku...a mać" lecisz na 48h z grzywną i zakazem, pomyśl sobie, że już niedługo sierpień. Skończy się Euro, znikną flagi tyskiego i Maryla Rodowicz, rozładują się korki i zacznie się to, co tak kochamy, i czego nam nigdy nie zabiorą!
Z kibolskim pozdrowieniem
Ryan



